Projekt zakończony

Być może zamiast zwalniania trenera warto było rozważyć inne scenariusze...

Boris Balibrea, entuzjasta basketu, jest już poza Dąbrową Górniczą. Fot. Marcin Bulanda/PressFocus

MKS DĄBROWA GÓRNICZA

Kibicowałem MKS-owi z powodu trenera. Z powodu projektu, na który półtora roku temu prezes umówił się z trenerem. - Jestem w Polsce aby budować długoterminowy projekt. Uwielbiam rozwijać projekty, które mogę tworzyć od podstaw, dlatego podpisałem kontrakt z Dąbrową Górniczą, odrzucając nawet ofertę drużyny z najwyższej półki ze Szwecji. MKS proponował mi ciekawą możliwość zaangażowania się w długoterminową perspektywę - mówił Balibrea zaraz po przyjeździe do Polski.

I nie były to puste obietnice. MKS zaczął funkcjonować na profesjonalnych zasadach, według europejskich standardów - wszystko poukładane, każdy z pracowników wiedział za co odpowiada, specjalny interaktywny kalendarz treningów dla zawodników, aplikacje, poprzez które porozumiewa się sztab trenerski. Zasadnicza zmiana nastąpiła w sposobie gry - MKS w ubiegłym sezonie grał basket ofensywny, umiejętnie skomponowany zespół zaskakiwał rywali, drużyna po raz pierwszy od lat przełamała niemoc i awansowała do fazy play off. MKS miał dobrą prasę, był chwalony, lubili go kibice, nie tylko ci z Zagłębia Dąbrowskiego.

Projekt, który zaczął rozwijać Balibre,a okazał się strzałem w dziesiątkę. Wydawało się, że z każdym rokiem będzie lepiej. Niestety, latem wszystko zaczęło się psuć. Już w maju w mediach pojawiły się pierwsze informacje o płacowych zaległościach dla zawodników, a na tablicy Koszykarskiego Trybunału Arbitrażowego FIBA pojawiła się informacja o transferowym zakazie.

Klub bardzo długo zwlekał z decyzjami co do nowego sezonu. Większość zawodników rozeszła się po innych zespołach, także trener miał wolną rękę w poszukiwaniu pracodawcy. Dopiero w lipcu rozpoczęto budowę składu, Balibrea robił co mógł, łatał dziury, wymyślał nowe sposoby gry z dwoma centrami. I znowu zaskoczył ligę - MKS sensacyjnie pokonał na wyjeździe Legię i Śląsk, po 5 kolejkach miał dodatni bilans i był w górnej połówce tabeli.

Wtedy wbito ostatni gwóźdź do trumny MKS-u - zespół opuścił Souley Boum. Bez lidera i superstrzelca gra dąbrowian się rozsypała. Trener próbował kombinować, sprowadzał nowych graczy, ale to już było nie do uratowania.

W końcu prezes rozłożył ręce i po serii porażek postawił krzyżyk na trenerze. „Decyzja dotycząca rozwiązania umowy z Borisem była dla mnie bardzo trudna, gdyż łączył nas nie tylko układ biznesowy, ale również koleżeński. Niestety, w takiej sytuacji trzeba spojrzeć na „cyfry” i one same dadzą nam odpowiedź. Szalę na niekorzyść Borisa przeważyły ostatnie wyniki naszej drużyny" - napisał szef MKS-u w oficjalnym komunikacie.

Trudno zrozumieć ten ruch, bo przecież nie Balibrea był przyczyną załamania. Niski budżet, brak stabilnego składu, opóźniona budowa zespołu. Prezes powinien uderzyć się we własne piersi. Tego domagają się kibice, którzy od lat widzą popełniane co rok błędy.

Być może zamiast zwalniania trenera (bo drugi taki się już nie znajdzie) warto byłoby rozważyć inne scenariusze. Ten sezon wydaje się nie do uratowania. Może pora zejść z części kosztów i rozpocząć budowę drużyny pod kątem pierwszej ligi? Balibrea to najcenniejsze co miał od półtora roku MKS. Hiszpan to pasjonat, absolutny entuzjasta basketu. W Polsce wyrobił sobie markę i najprawdopodobniej szybko znajdzie nowego pracodawcę. MKS czekają tymczasem bardzo trudne wyzwania. Szkoda, że już bez Katalończyka...

(bb)