Prezes Dziurowicz zmieniał mnie w przerwie
Rozmowa z Dariuszem Rzeźniczkiem, byłym piłkarzem GKS-u Katowice i GKS-u Bełchatów
W 1991 roku GKS Katowice zdobył swój drugi Puchar Polski w historii. "Sport" przypomniał, że był to drugi tytuł klubu pod wodzą Alojzego Łyski.
- Tych trzech nie było mi dane dograć i myślę, że to już się nie wydarzy (śmiech!)
Wiele z nich rozegrał pan w barwach GKS-u Katowice, w którym grał pan jeszcze przed powołaniem do reprezentacji. Wchodził pan do katowickiej szatni jako młody zawodnik. Spotkał pan w niej wielkie nazwiska, jak Jan Furtok, czy Marek Koniarek. Jakie wtedy towarzyszyły panu odczucia?
- Jak się wchodziło do szatni, to mówiło się wszystkim na „pan”. Byłem młodym zawodnikiem i to było dla mnie spore przeżycie. Pierwsza styczność z dorosłą piłką i od razu trafiłem do takiej szatni. Jednak bardzo szybko się zaadaptowałem. Dobrze mnie potraktowali, bo byłem „swój”, hanys ze Śląska. Miałem łatwiej, a nie ma co ukrywać, że przyjezdnym było nieco trudniej, żeby się zaaklimatyzować w tej szatni.
Jan Furtok był tym piłkarzem, który zapadł wszystkim w pamięć. To bez wątpienia największa klubowa legenda, a pan miał okazję przez moment dzielić z nim szatnię.
- Jeśli chodzi o Jasia Furtoka… Na tamten moment był to według mnie najlepszy zawodnik w ekstraklasie. Ale i w późniejszych latach, gdy wyjechał do Bundesligi, również był jedną z czołowych postaci. Bramki strzelał na zawołanie. Dopiero Robert Lewandowski przegonił go w liczbie strzelonych przez Polaków goli, a to mówi samo za siebie. U Jasia widoczne też było to, że zawsze był sobą. Nawet gdy wracał z Niemiec, widać było, że jego osobowość się nie zmienia. Nie miał zadartego nosa, że grał w Bundeslidze. Zawsze był fajnym kolegą, choć nie byłem bardzo blisko niego - z uwagi na to, że gdy ja zacząłem grać w GKS-ie, on niebawem wyjechał. Wspomnienia jednak mam i poza boiskiem był zawsze wesoły, pomocny, a w drużynie tworzył świetną atmosferę. Mogę o nim się wypowiadać tylko w superlatywach.
Ciekawą osobowością w szatni był z pewnością Mirosław Kubisztal, który po wyjeździe z Polski trafił do szwedzkiego Orebro, gdzie stał się legendą.
- O Kubisztalu zawsze mówiono „zdolny leń”. Jeśli mu tylko zależało, albo gdy były ważne mecze, potrafił się zmobilizować. Jednak czasami mu się nie chciało. Na treningach szkoleniowcy chcieli na niego naciskać, żeby zrobił to czy tamto, a on po linii najmniejszego oporu zawsze się prześlizgiwał. Nie lubił ciężko pracować, ale jeśli chodzi o umiejętności czysto piłkarskie, o przebojowość… był świetny. Wtedy GKS miał chyba najlepszy atak w Polsce. Jak graliśmy trójką napastników Koniarek-Furtok-Kubisztal, to oni siali postrach wśród obrońców.
Według dziennikarzy Dariusz Rzeźniczek został wybrany jednym z najlepszych piłkarzy finału Pucharu Polski w 1991 roku.
Pan również odegrał sporą rolę w historii GKS-u. Przyczynił się pan do zwycięstwa w Pucharze Polski w 1991 roku, bo to pan zaliczył świetną asystę przy jedynej bramce w meczu finałowym z Legią.
- Nie jestem skłonny, by porównywać się do nazwisk zawodników, o których rozmawiamy. Nawet nie śmiałbym. Byłem trybikiem w tej machinie. Mam epizody, jak wspomniany finał Pucharu Polski w Piotrkowie Trybunalskim. To utkwiło w pamięci. Moja asysta przy golu Andrzeja Lesiaka zostaje na długo… To zresztą jeden z moich największych sukcesów. Na pewno mile to wspominam, również dlatego, że wygraliśmy z Legią Warszawa. W meczach z takimi drużynami, jak Legia, Górnik Zabrze, Ruch Chorzów trener nie musiał wiele robić. Wystarczyło, że powiedział, w jakim składzie wychodzimy na boisko. Nie musiał nas specjalnie mobilizować
Skoro mowa o trenerze - wtedy szkoleniowcem GKS-u był Alojzy Łysko, który dwukrotnie z GKS-em sięgał po Puchar Polski. Co było w nim wyjątkowego?
- Bardzo ciepło wspominam trenera. Nie dość, że był fachowcem, to jeszcze był przyjazny, zawsze dostępny dla piłkarzy. Sympatyczny człowiek poza otoczką sportową. Podobnie jak trener Wyrobek, z którym miałem możliwość pracować w Bełchatowie. To były zbliżone postaci. Oprócz swojej fachowości w piłce potrafili z zawodnikami rozmawiać, nawet jeśli chodzi o sferę pozasportową. Kontakt na linii trener-piłkarze był zawsze przyjazny.
Sukcesy z zespołem w kraju wiązały się również z występami w europejskich pucharach. Czy są takie mecze z międzynarodowej areny, które zapadły panu w pamięć?
- Najlepiej wspominam mecz z Motherwell w 1991 roku w Pucharze Zdobywców Pucharów, choć przegrany, to strzeliłem w nim gola. Ale był też dwumecz z Benficą Lizbona w 1993 roku; zagrałem w obu starciach. Niestety, po moim błędzie straciliśmy bramkę u siebie na 1:1. Szkoda tego meczu, bo Darek Wolny miał sytuację na 2:0, która mogła zamknąć to spotkanie. Była szansa, żeby wyeliminować wielką Benficę, ale jednak stało się inaczej…
Ogólnie można powiedzieć, że w GKS-ie przeżywał pan wzloty i upadki. W pewnym momencie został pan wypożyczony do Ruchu Radzionków, który nie występował wtedy nawet na szczeblu centralnym.
- Nie czułem się z tym dobrze. Najlepiej wspominam momenty, w których byłem w ścisłej „16” kadry. Wtedy czułem się w GKS-ie dobrze, czułem się potrzebny. Była wtedy motywacja do pracy i do treningów. Ale gdy przychodziły okresy, w których byłem pomijany, nie działało to na mnie mobilizująco, choć może powinno. To jednak działa tak, jak w zwykłej pracy. Jeśli człowiek czuje się niedoceniany, to brakuje mu animuszu. Niewątpliwie zesłanie - tak to traktowałem - do Radzionkowa nie było niczym przyjemnym. Chociaż w samej drużynie Ruchu czułem się dobrze. Wśród zawodników była rodzinna atmosfera, byli fajni zawodnicy. Aczkolwiek pamiętam, że samo wypożyczenie nie odbyło się w miłych okolicznościach. Po prostu nie chciałem tego. Był to dla mnie krok wstecz, dwie ligi niżej, jednak prezes Marian Dziurowicz dosadnie wytłumaczył mi, gdzie mam się pojawić na treningu i nie było mowy o jakimkolwiek sprzeciwie.
Rzeźniczek zdawał sobie sprawę z tego, że jego asysta przy trafieniu Andrzeja Lesiaka była wyjątkowa.
Czy to właśnie te niesnaski spowodowały, że przeniósł się pan do Bełchatowa?
- Po pobycie w Radzionkowie wróciłem jeszcze do GieKSy, byłem wystawiany w pierwszym składzie, ale często prezes Dziurowicz, stojący w tunelu, zmieniał mnie w przerwie (śmiech!). Nie był to już mój najlepszy okres. Wtedy trenerem był Piotr Piekarczyk, czyli mój starszy kolega. Wiadomo, że podczas treningów mówiłem do niego z szacunkiem „panie trenerze”, ale po treningach, w luźnych rozmowach, byliśmy na „ty”. W jednej z takich rozmów Piotrek dał mi do zrozumienia, że dobrze dla mnie byłoby zmienić otoczenie, żeby jeszcze zaistnieć, żeby rozwinąć skrzydła, bo mój czas w Katowicach powoli się kończy. Za to mu bardzo dziękuję, bo zacząłem się rozglądać za innymi opcjami. W końcu Kaziu Węgrzyn powiedział mi, że w Bełchatowie tworzy się fajna drużyna, z trenerem Łachem. Od słowa do słowa pojechałem na konsultacje i po jednym treningu podpisałem kontrakt z GKS-em, i tam już zostałem. W pierwszym roku zdobyliśmy od razu awans do ekstraklasy. To było wypożyczenie, więc po roku GKS Bełchatów mnie wykupił i z tego, co pamiętam, nie było łatwo się dogadać. Szczęśliwie dobre stosunki między Marianem Dziurowiczem, a prezesem GKS-u Bełchatów Zdzisławem Drobniewskim doprowadziły do tych przenosin.
Jakie później miał pan relacje z prezesem Dziurowiczem?
- Raz doszło do bardzo fajnej sceny, po której czułem ogromną satysfakcję. Marian Dziurowicz, już jako prezes PZPN-u, przyjechał na mecz reprezentacji Polski i pogratulował mi awansu z GKS-em Bełchatów oraz powołania do kadry. To było miłe i sympatyczne. Nasze wcześniejsze kontakty, w końcówce mojego czasu w Katowicach, nie były najlepsze, ale później uścisnęliśmy sobie ręce i prezes życzył mi wszystkiego, co najlepsze. Nie miałem do niego żadnych pretensji, pomimo tego, że byłem przez niego traktowany trochę inaczej. On dbał o interesy klubu, widział to pewnie z innej perspektywy niż ja, a powiem szczerze, że drugiego takiego prezesa już później nie miałem.
Czy w trakcie pańskiej kariery nie było pokusy, żeby wyjechać za granicę?
- Były propozycje z niższych lig. Z trzeciej niemieckiej, a nawet pojawił się pomysł wyjazdu do Rosji, jednak wspólnie z żoną zdecydowaliśmy, że taki wyjazd nie wchodzi w grę. Liga rosyjska wtedy raczkowała, dopiero po kilku latach zaczęła się rozwijać i się rozrosła. Grali w niej klasowi zawodnicy z całego świata.
Rozmawiał Kacper Janoszka
Dariusz RZEŹNICZEKur. 22 maja 1968 r.
Kluby : GKS Katowice (1987-94), Ruch Radzionków (1993), GKS Bełchatów (1994-2000), KS Myszków (2000), Śląsk Świętochłowice (2002-10), Spójnia Osiek-Zimnodół (2011-12)
Sukcesy: Puchar Polski (1991), Superpuchar Polski (1991)
Aktualnie Dariusz Rzeźniczek jest kierownikiem w Domu Kultury „Chemik” w Siemianowicach Śląskich.
