Poznań razy dwa i do Świdnika
RAJZY RAJKA - Mariusz Rajek
Świdnik jaki jest - każdy widzi. Avia wydaje się największą atrakcją tego dość topornego miasta. Fot. Mariusz Rajek
Poznań – miasto doznań?
Jak się okazuje trzy dni w piłce to całkiem sporo, aby zobaczyć na tym samym stadionie zupełnie inną liczbę kibiców, wymienioną w licznych miejscach murawę oraz totalnie inne oblicze zespołu – w tym przypadku poznańskiego Lecha. W moim subiektywnym odczuciu Raków w znacznym stopniu przyczynił się do awansu Zabrzan – Lechici włożyli w niedzielny mecz tak dużo sił, że trzy dni później przypominali jedynie cień samych siebie. Oczywiście, Górnikowi w żaden sposób nie ujmuje sukcesu – objąć prowadzenie przy Bułgarskiej, obronić rzut karny, a potem jeszcze przez blisko 20 minut bronić się dziesięciu na jedenastu przed poznańską nawałnicą, to duża sztuka. „Puchar Polski znowu będzie nasz! Znowu będzie nasz. Znowu będzie nasz…” – odśpiewali fani 14-krotnych mistrzów Polski po ostatnim gwizdku. Obserwuję z perspektywy trybuny prasowej obecną kampanię Górnika w tych rozgrywkach od 1/16 finału i widzę jedną prawidłowość – Zabrzanie są coraz bliżej domu. Była Gdynia, był Gdańsk, był Poznań… – Może w końcu zagralibyśmy u siebie?! – dało się słyszeć od przedstawicieli nie tylko klubowych mediów ekipy z Roosevelta. Życzenie się jednak nie spełniło – będzie Bydgoszcz. Ten cykl w zamyśle nie ma opisywać meczów, a bardziej wszystko wokół miejsc, gdzie są rozgrywane, ale w Poznaniu poza obiadem w barze „U Gosi” (blisko dworca, niewielka powierzchnia, miła obsługa, dobre jedzenie – polecam!) zwyczajnie nie było na to czasu.
Kierunek Wschód
Tak się bowiem złożyło, że nazajutrz Raków grał w Świdniku z Avią, i to o 13.30. W praktyce oznaczało to chwilowy powrót pociągiem do Częstochowy, ale tylko po to, aby dołączyć do ekipy samochodowej i ruszyć w kierunku Lubelszczyzny – w życiu dziennikarza przeważnie nie ma miękkiej gry.
W Świdniku byłem po raz pierwszy i po prawdzie nie wiedziałem, czego się spodziewać po 38-tysięcznym miasteczku, znanym z produkcji samolotów. No i poza pomnikiem helikoptera oraz ciągle latającymi nad miastem samolotami ciężko było zabrać stamtąd wspomnienia, które zostałyby w pamięci dłużej niż kilka godzin. Centrum Świdnika podobne jest zupełnie do nikogo – bloki, żabki, cukiernie, apteki – ot wszystko to, co w każdym tej wielkości mieście. Zaskoczeniem był jedynie duży mróz i wciąż zalegające śnieżne zaspy, które w okolicach Częstochowy już się wytopiły.
Sam stadion całkiem niezły jak na klub grający w 3. lidze, a w zestawieniu z obiektem wicemistrza Polski prezentował się wręcz jak La Bombonera! Dla miejscowych było to duże święto i trzeba przyznać, że starali się, aby takim było, a przybyli do nich goście czuli się dobrze. Zadbali o skromny catering, specjalnie wydrukowane na tę okoliczność programy meczowe czy piosenki… o meczu Avii z Rakowem! To na plus, ale kilka rzeczy, chcąc myśleć o 2. lidze, muszą jednak poprawić. Na trybunie prasowej powinien być dostęp do prądu, jakiekolwiek WI-FI,czy składy meczowe, o które nie trzeba się upominać dziesięć razy. Pod tym względem był to inny świat, ale na usprawiedliwienie trzeba wziąć pod uwagę, że w Świdniku na co dzień grają z Kolbuszową Dolną, Czarnymi Połaniec czy Naprzodem Jędrzejów, a nie Rakowem, Lechem czy Legią.
Osobliwa była również konferencja prasowa zorganizowana pod balonem, gdzie zimą można było w cieplejszych warunkach organizować mecze sparingowe. Avia organizacyjne może jest na innej planecie niż Raków, ale sportowo wcale mu nie ustępowała, będąc blisko sprawienia największej sensacji obecnej edycji. O tym jednak w innym miejscu.
Podsumowanie
Mecze w Poznaniu oraz Świdniku były odpowiednio już 10. oraz 11. meczem obecnej edycji Pucharu Polski widzianym na żywo, i to licząc tylko od 1/16 finału. Bilans pucharowej środy oraz czwartku to 1300 kilometrów przejechanych różnymi środkami transportu. Sporo, ale... nie takie wojaże ma się na sumieniu!
