Potwory i tetrycy

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Bundesliga znowu jest najbardziej przewidywalna w Europie - Bayern wciąż mści się za przegrany sezon 23/24 i wygląda na to, że pomsta będzie trwała długo. Żeby przerwać jedenastoletnią hegemonię Bawarczyków trzeba było kosmicznej, rekordowej serii bez porażki ekipy Leverkusen, która będzie sławiona w kibicowskich legendach. W Monachium tego znieść nie mogą - oni muszą mieć wszystko, zachłanność na wszelkie sukcesy jest bezwzględna, a najlepiej ją wyraża oblicze kiełbasiarza Hoennessa, który nigdy nie ma dość, to jest twarz siedemdziesięcioletniego bobasa, który nie lubi się dzielić smakołykami, a i łopatką potrafi przypi..dolić, jeśli mu się wkradniesz do piaskownicy. Ilekroć widzę w loży Hoennessa i Rummenige, przypomina mi się duet tetryków z Muppet Show – mało mają powodów do frustracji, bo niewygrywający Bayern to jest zjawisko rzadkie jak pleń na szlaku, głównie zatem poklepują się po sytych żołądkach i ewentualnie rechoczą, kiedy rywale próbują stawiać opór. „O, weszli na naszą połowę, niezłe…”, „Ohoho, patrz, oni nawet potrafią celnie strzelić, ale jaja”, „Strzelili nam gola, zaraz pęknę ze śmiechu”, „Te melepety jeszcze nie wiedzą, jaka ich spotka za to kara, trzymaj mnie, bo spadnę z krzesła, patrz jak się podjarali”. Ostatnia porażka przytrafiła im się tak dawno i tak daleko, że kibice już jej nie przeżywają, w dodatku Bayern przegrał na klubowym mundialu z PSG, więc łatwo to usprawiedliwić i zdeprecjonować - e tam, impreza eksperymentalna, no i w końcu Paryż to nie w kij dmuchał, zwycięzcy Ligi Mistrzów. Tak czy owak rehabilitacja musi się dokonać - wliczając wszystkie rozgrywki, także letnie mecze towarzyskie, Bayern właśnie wygrał po raz… osiemnasty z rzędu. I jeśli we wtorkowy wieczór na Parc De Princes podopieczni Luisa Enrique nie utrą Bawarczykom nosa, nie bardzo wiem, któż mógłby to zrobić. W sobotę na Alianz Arena przyjechał Bayer i dostał po pupie już w pierwszej połowie - gospodarze ani myśleli się szczególnie wysilać, wyszli bez największych gwiazd, a i tak mecz okazał się jednostronny, zaś przewaga Bayernu miażdżąca. Pokonanie Leverkusen to żadne wyzwanie ani zemsta - dzisiaj z mistrzowskiej ekipy Xabiego Alonso nic już nie zostało: trener jest w Realu, genialny lider Wirtz i wahadłowy Frimpong są w Liverpoolu, stróż bramki Hradecky w Monaco, stopera Taha zabrał sobie sam Bayern, Xhaka rozgrywa piłki dla rewelacyjnego Sunderlandu. Rozbiór rewelacyjnej ekipy przez zamożniejszych był nieunikniony, ale taką cenę warto było zapłacić za przejście do historii. Bayern już się potyka o własne tytuły, kibice nie nadążają z ich liczeniem, wiecznie napchani zwycięstwami zazdroszczą Aptekarzom tego jedynego, niepowtarzalnego tryumfu, szalonego wzlotu, pomnikowego sezonu nieskalanego przegraną, przemiany z Neverkusen w The Invincibles. Rozpieszczony Bayern nigdy już się nie dowie jak smakuje ten pierwszy raz - ta zazdrość pozostanie nieukojona, nigdy też nie przejdzie do annałów jako pierwsza niemiecka ekipa, która zakończyła sezon bez porażki - tę plamę można zmazać tylko w jeden sposób, niszcząc rywali w każdym meczu i kończąc rozgrywki z kompletem wygranych. Przy odrobinie szczęścia i dużym skupieniu to jest wykonalne - sportowo Die Roten odstają od reszty ligowej stawki, różnica jest wprost druzgocząca, a apetyty nieposkromione, oni chcą tam mieć niekończący się Oktoberfest. W lidze obili boleśnie wszystkich potencjalnych konkurentów, dzisiejszego wicelidera z Lipska już na dzień dobry, w pierwszej kolejce sponiewierali sześcioma golami, z kim niby mieliby przegrać, jeśli nawet bez Kane’a, Olise i Luisa Diaza wyglądali na tle Leverkusen jak seniorzy w meczu z trampkarzami? Jeszcze paręnaście dni temu Uli Hoeness przeżuwający kolejne tryumfy mógł zapytać Karl-Heinza Rummenige: „Czego nam jeszcze brakuje, co mają inni, czego możemy im pozazdrościć?”. „Nie wiem, donnerwetter, może tego gnojka z Barcelony?” „Yamala? Czekej no chopie, będziemy mieli Yamala, ino lepszego, bo on będzie niemiecki”. No i stało się - Kompany wyciągnął siedemnastoletnią kopię genialnego smarkacza z Camp Nou. Nazywa się Lennart Karl i wszedł z drzwiami zarówno do Champions League, jak i do Bundesligi. Drybling, fenomenalny strzał, błyskotliwość, no i ulubiony schemat - zejście z prawego skrzydła do środka i strzał lewą nogą: wszystko się zgadza, na domiar dobrego Karl nie ma najmniejszej nawet tremy, piłka go szuka, znajdują także partnerzy z drużyny, nawet jeśli nie strzela gola, jak choćby w sobotę i gra tylko przez godzinę, i tak jest najaktywniejszym, najbardziej błyskotliwym zawodnikiem w drużynie. W dyskursie ekspertów futbolowych w ostatnich latach często nadużywa się sformułowania, że ktoś „stworzył potwora”. Zaiste, wszystko wskazuje na to, że w Monachium właśnie powstała ekipa silna wprost monstrualnie. Ten potwór może zabić wszystkie rozgrywki w sezonie.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się