Potrzeba fantazji i szczęścia
Rozmowa z Antonim Szymanowskim, mistrzem i wicemistrzem olimpijskim, brązowym medalistą mistrzostw świata w 1974 roku, 82-krotnym reprezentantem
Oskar Pietuszewski - uosobienie polskiej (futbolowej) fantazji. Fot Piotr Matusewicz/PressFocus
Zacznijmy od krótkiego podsumowania meczu z Albanią. Kamień z serca spadł?
- Choć drgnęło coś w naszej reprezentacji, choć pojawiło się paru młodych – ale i paru powracających do reprezentacji zawodników - i choć drużyna jest prowadzona prawidłowo przez trenera Urbana, nie oznacza to, że jest całkiem dobrze. Wciąż mam wrażenie, że reprezentanci dużo lepiej spisują się w klubach. Kiedy zaś przychodzi grać w reprezentacji, nie mogą wykrzesać z siebie tego, czego byśmy od nich oczekiwali. O błędach nie wspominam, bo one zawsze będą w futbolu, tego się nie uniknie. Natomiast gra jest szarpana, zdarzają się przestoje. Efekt jest taki, że zespoły nigdy niebędące nawet średniakami idą w górę, a my wciąż mamy daleko od wyżyn, na które powinniśmy się wspinać. Albania okazała się bardzo trudnym rywalem. Fragmentami mecz był równy. Albańczycy, na mój gust, na tle Polaków pięknie operowali piłką. Utrzymywali się przy niej, tworzyli coś, strat mieli dużo mniej. Kreowali grę. U nas – poza kilkoma minutami na początku – te elementy szwankowały.
Jednak wygraliśmy...
- Ale mieliśmy dwa arcytrudne momenty, czyli stuprocentowe okazje rywali przy stanie 0:1 i 1:1. Tracąc gola po którejś z nich, prawdopodobnie byśmy się już nie pozbierali. Dopisało nam szczęście. Mnie martwi, że bez tego szczęścia nie jesteśmy, niestety, w stanie wygrać spotkania. Drużyny z topu, te aspirujące do miana „wyżej niż średniak”, potrafią i ładnie grać, i ładnie wygrywać, a my potrzebujemy – jak powiedziałem - łutu szczęścia. A to Robert Lewandowski intuicyjnie znajdzie się we właściwym miejscu i wysoko wyskoczy do piłki, a to Piotrek Zieliński nada piłce taką parabole, że będzie sprawiać wrażenie, że wyjdzie obok słupka, a potem nagle skręci i wpadnie do siatki... Inna rzecz, że Zieliński rzeczywiście parokrotnie szukał w tym meczu tego strzału.
Do duetu naszych liderów rzeczywiście trudno mieć pretensje, ale do paru innych – i owszem. W tej kontrze Albańczyków, kiedy mogli trafić po raz drugi, to niektórzy wracali u nas w tempie żółwi. Jakby na zasadzie: „zrobią to za mnie inni”. Co to ma być - odrabianie pańszczyzny w kadrze?
- Nie sądzę, bo mentalnie – mam wrażenie – tworzy się coś nowego. W tej sytuacji po prostu niektórzy zagapili się, zbyt się odkryli, poszli do przodu. Fantazja zbyt daleko poszła w kierunku gry ofensywnej. Zabrakło też reakcji ze strony naszych defensorów, przywołania tych, którzy mieli być przeszkodą dla rywala przy kontrataku. Inna rzecz, że – pomijając wykończenie – ta kontra Albańczyków była wzorcowa.
A propos obrońców, Bednarek zbiera komplementy tydzień w tydzień w Porto, a potem w reprezentacji robi takiego „babola”. Jak to możliwe?
- Kiks, zwyczajny kiks. Był w wyskoku, nie skoordynował wszystkiego, nie trafił w piłkę. To nie była łatwa sytuacja, więc na jego miejscu bym kombinowałbym, nie próbował sztuczek technicznych, tylko po prostu wybił. Generalnie natomiast uważam, że sposób gry Bednarka nieco się zmienił. W Anglii tylko podawał do najbliższego partnera. Teraz gra inaczej, mniej zachowawczo. Natomiast trzeba pamiętać, że to zawodnik, który jest w stanie, niestety, popełnić błąd.
Boleśnie kibicom o tym przypomniał, bo akurat defensywa we wcześniejszych meczach Jana Urbana wydawała się wielce solidną formacją...
- Niczego tak doświadczonemu trenerowi nie odważę się sugerować. Dla mnie jednak zawsze gra czwórką obrońców będzie bardziej przejrzysta, bardziej ułożona. Gra wahadłowymi ma to do siebie, że w pewnym momencie może im zabraknąć zdrowia, gdy za bardzo się zaangażują w akcję do przodu. Przykładem tego był ów kontratak rywali, o którym mówiliśmy. Pogubili się w tamtym momencie obaj nasi wahadłowi. Gra czwórką z tyłu, z dwoma klasycznymi bocznymi obrońcami, jest bezpieczniejsza.
Kiedy się pomyśli, że Bednarek czy Kiwior – niebędący demonami szybkości – mają nadążyć za Viktorem Gyokeresem, to... skóra człowiekowi cierpnie. Panu podobnie?
- Inny będzie ciężar gatunkowy tego meczu i inne nastawienie mentalne. W czwartek wychodziliśmy na boisko w roli faworyta, a wtedy głowa jest naszpikowana pewnością. Nikt sobie nie wyobraża, że może coś się złego wydarzyć. Kwitnie mentalność ofensywna i... czasem braknie koncentracji. Teraz – jak sądzę – czwartkowe 3:1 Szwedów z Ukrainą zadziała na naszych zdecydowanie mobilizująco. Pamiętam swoje pokolenie, nie było dla nas niczego cenniejszego w kontekście mobilizacji niż fakt, że stawiano nas na pozycji straconej. Kiedy miejscowa prasa nas tłamsiła, kiedy nas lekceważono.
Myśli pan, że teraz może być tak samo?
- Podobno w niektórych szwedzkich mediach już zaczyna się „łomot”. To może być tylko i wyłącznie atut dla nas. Na pewno mentalnie będziemy świadomi tego, że rywale mieli przez te ostatnie półtora roku potężny kryzys i przełamali go w najważniejszym momencie. Byłem zaskoczony ich czwartkową grą, choć może trzeba by powiedzieć – rozczarowany Ukraińcami. Liczyłem, że pokażą coś więcej. Szwedzi odbili się od dna, wygrali pewnie i... może staną się nieco mniej czujni we wtorek? Po tej wygranej znajdują się w sytuacji drużyny, która – przed własną publicznością - „musi”. Musi wygrać. To jest pewien plus dla Biało-czerwonych. Oczywiście dla nas to będzie jeszcze trudniejszy mecz niż z Albanią, poprzeczka zawieszona będzie dużo wyżej. Nie możemy dać się zepchnąć do zbyt głębokiej defensywy, ale jest nadzieja na to, że w którymś momencie wykorzystamy kontratak, który polska piłka kocha, bo w ataku pozycyjnym – mówiąc szczerze – nie jesteśmy w stanie na połowie przeciwnika wymienić zbyt wielu podań.
Ale Piotr Zieliński w Interze w każdej akcji wymienia ich kilkanaście, a przecież Cristian Chivu nie jest lepszym trenerem niż Jan Urban. Więc wracamy do pańskiego pierwszego spostrzeżenia: w klubach nasi grają lepiej niż w kadrze. Czemu?
- Nie chodzi tutaj o trenera. Chodzi o zawodników. Mamy takich, jakich mamy. W swoich klubach nie grają ogonów, są w nich jakąś wartością, ale – żeby przywołać Lewandowskiego na przykład - jest obsługiwany bardzo dobrze, dokładnie. Może liczyć na „serwis” od Raphinhy czy Yamala. My w kadrze nie mamy tego pokroju zawodników. Więc musimy mieć inne atuty na boisku. Nie chcę się zagalopować, ale bardzo chciałbym, żeby nasi w każdym meczu walczyli jak Brytyjczycy albo raczej Irlandczycy. Im czasem umiejętności brakuje, ale są konsekwentni w tym co robią i szalenie, szalenie ambitni, więc bardzo bym chciał, żeby we wtorek wyszli nasi chłopcy mentalnie nabuzowani, a i fizycznie spróbowali wykrzesać z siebie jeszcze więcej niż przeciwko Albanii.
Będą zmiany w naszej jedenastce?
- Nie będę mędrkować, ale... fajnie, że Skóraś znów gra Belgii, znalazł w Gent przychylne mu środowisko i się odbudował, ale coś mi się wydaje, że Zalewski w dobrej formie musi zagrać. No i ten nasz debiutant też.
Oskar Pietuszewski?
- Oczywiście. Widać, jak on bardzo chce. Ma świetne predyspozycje szybkościowe i kapitalny drybling. Nie przeszkadza mu, że ma naprzeciw siebie jednego czy dwóch przeciwników. On szuka wejścia w kiwkę. Pozycja wahadłowego – a może raczej skrajnego pomocnika – jest dla niego stworzona. Ważna też będzie kwestia defensywnego pomocnika, którego Janek – chcąc z Albanią grać bardzo ofensywnie – unikał. Myślę, że tym razem ustawienie aż tak ofensywne nie będzie, choć generalnie selekcjoner zmienia mentalność chłopaków w kierunku bardziej odważnej gry. No i jest jeszcze wątek Matty'ego Casha. Bywał już bardziej przebojowy w reprezentacji, dziś nie jest tym piłkarzem, którego byśmy wszyscy oczekiwali.
No to podsumujmy - w Szwecji wywalczymy bilety na mundial?
- Nie wiem. Po cichu liczę, że po raz kolejny szczęście będzie przy nas.
Po raz kolejny?
- Ostatnio zwykle udawały nam się losowania grup eliminacyjnych. Tak jakby losujący mieli „gorące kulki” z nazwą „Polska” (śmiech). A jak już nie daliśmy rady na boisku, to – dzięki nowościom w regulaminie – dostawaliśmy szansę w barażach. Dalej, szczęśliwie Robert Lewandowski dostaje jedną dobrą piłkę w meczu i daje nam radość. Szczęśliwie Piotrek Zieliński albo kogoś ładnie obsłuży podaniem, albo sam uderzy nie do obrony. Szczęśliwie bramkarz coś fajnego wybroni, więc jeśli będziemy mieli owo szczęście i w Szwecji, to się jakoś uratujemy, przepchniemy, a jak go nie będzie, to... przegramy po prostu. Może jednak – szczęśliwie – nasza polska fantazja będzie górą w starciu ze szwedzką konsekwencją i wyrachowaniem w grze? Nie jestem hurraoptymistą, ale ku optymizmowi się skłaniam. Nie jesteśmy chłopcem do bicia, kopciuszkiem. Mamy atuty, tylko mentalnie musimy być dobrze do tego meczu przygotowani.
No to trzymamy kciuki!
- Tak. Na koniec mam jeszcze małą refleksję w kontekście niektórych byłych reprezentantów, a dziś – ekspertów medialnych. Większość z nich w tej kadrze osiągnęła tyle, co kot napłakał. Może więc zamiast krytykować, lepiej spróbować dodać chłopakom trochę otuchy? Jeśli ci, którzy dziś grają w reprezentacji, coś spartolą na boisku, doskonale to wiedzą. I chcieliby raczej zrozumienia, a nie dołowania na każdym kroku.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
