Poszedł w wielki świat, ale pozostał sobą

Rozmowa z Iwo Mandryszem, legendą częstochowskiego dziennikarstwa sportowego

Jacek Magiera (z prawej) - mimo licznych rozmów z Michałem Świerczewskim i Wojciechem Cyganem - nigdy nie został trenerem Rakowa. Fot. Rafał Rusek / Press Focus

Jacek Magiera nie żyje...

- Wciąż w to nie wierzę...

Ponad 30 lat śledził pan jego boiskowe i trenerskie losy. Pamięta pan początki „Magica”, pierwsze spojrzenie nań na piłkarskiej murawie?

- To musiał być rok 1993. Niewiele ponad 16 lat miał wtedy Jacek, kiedy objawił się w drużynie seniorskiej Rakowa. Debiutował w II lidze, w meczu z Wartą, wszedł w końcówce. Szczupły, rosły chłopak, bez doświadczenia ligowego. Krótko potem przyszedł mecz z GKS-em Tychy. Byłem wtedy spikerem przy Limanowskiego, więc całą sytuację widziałem z wieży, dobrze ją zapamiętałem. Zaraz na początku spotkania Arek Gaik zderzył się z Andrzejem Wróblewskim. Ten drugi był wtedy podporą defensywy częstochowskiej. Musiał jednak zejść z boiska, W jego miejsce wszedł wtedy właśnie „Magic”. I zagrał fantastyczny, „profesorski” mecz! Nie było żadnego przypadku w tym, że w tamtym okresie stanowił też podporę kadry Andrzeja Zamilskiego, z którą sięgnął po mistrzostwo Europy U-16.

Z Rakowem – jako nastolatek – awansował do elity!

- Tak, oczywiście. I był podstawowym zawodnikiem drużyny, z ogromną boiskową inteligencją w grze, wyczuciem. A prywatnie też był bardzo życzliwym, bardzo sympatycznym człowiekiem.

Pierwsze spotkanie, rozmowa na linii dziennikarz – zawodnik, zostało panu w pamięci?

- Jacek zawsze był skromnym facetem, starał się raczej nie wychodzić przed swoich starszych kolegów. Zadowalał się grą i... miejscem w ich cieniu. Sam do przodu się nie pchał, za to – kiedy już musiał – dawał się przez „starszyznę” wypychać do mikrofonów. Głównie wtedy, kiedy strzelał ważne bramki w ekstraklasie – w Zabrzu na przykład.

Jako nastolatek jeszcze, w debiutanckim sezonie Rakowa w ekstraklasie – 1995/96.

- Tak jest. Z tego okresu pamiętam fajną historię. Nieżyjący już Tadeusz Magiera – ojciec obu braci - był w Rakowie kierownikiem drużyny. W 1995, kiedy w klubie usuwano na boczny tor ludzi sympatyzujących z trenerem Zbigniewem Doboszem – robotę stracił m.in. kierowca autobusu, ja jako spiker oraz właśnie pan Tadeusz, siedziałem z Magierą-seniorem pod klubowym budynkiem. On wtedy uniósł głowę, spojrzał w okno na piętrze i powiedział z zadumą: „A może tak będzie lepiej dla tego grajka?”. Poszedłem za jego wzrokiem, i zobaczyłem za szybą sylwetkę Jacka...

No i ułożyło się lepiej, patrząc na dokonania Jacka Magiery!

- Poszedł w wielki piłkarski świat, ale pozostał sobą. Chętnie wracał do Częstochowy, wpadał na mecze Rakowa. Gdy się mijaliśmy, nigdy nie omieszkał zagadać, wymienić paru słów. Kiedyś, przy okazji jakiegoś spotkania „starej gwardii” rakowskiej, poprosiłem go o załatwienie dedykacji Lucjana Brychczego, wręczając mu biografię „Kiciego”. „Trzeba było dzwonić, panie Iwo. Przywiózłbym z Warszawy egzemplarz, już by pan miał” - powiedział. Oczywiście załatwił wszystko, przywiózł książkę przy okazji następnej wizyty. Podpisaną. Taki był: nie było dla niego trudnych spraw. Szanował każdego.

I miał do pana sentyment. To pańskie nazwisko przywołał na jednej z konferencji prasowych, opowiadając o zadaniach domowych, odrabianych w budynku klubowym Rakowa między treningami!

- Ja naprawdę pamiętam tego kilkunastoletniego chłopaczka, z tornistrem czy plecakiem, który się tu kręcił po klubowych korytarzach. Raków miał cały czas w sercu. Klub znaczył dla niego tak wiele, że tuż przed oficjalnym zakończeniem kariery jeszcze na chwilę tu wrócił – to już chyba była trzecia, a nie czwarta liga – i coś jeszcze mu dał. A ile on znaczył dla Rakowa? W 1993 Częstochowianie sięgnęli po wicemistrzostwo Polski juniorów młodszych. W pierwszym meczu finałowym, z Lechią, wygranym w Częstochowie (2:0 – dop. aut.) Jacek grał. W drugim z jakiegoś powodu go zabrakło. I Raków tam przegrał wysoko, roztrwonił zaliczkę....

Rakowska legenda, choć szybko odszedł do Legii...

- Legenda, owszem. Dla kibiców też był wielką postacią. Przez to, że pamiętał o tych swoich korzeniach. Że zawsze wracał do Częstochowy i mówił, że jest wśród swoich. Kiedy przyjeżdżał jako trener drużyny gości, zawsze był entuzjastycznie witany. To już na zawsze będzie dla nich Ktoś – przez bardzo duże K.

No bo był Kimś, przed duże K.

- Tak jest. O, następna historyjka... U progu lat 90. juniorska drużyna Rakowa była na turnieju w Holandii, w Ermelo. I właśnie jedno ze zdjęć tam zrobionych obiegło potem wszystkie polskie gazety. Młodzież częstochowska miała okazję spotkać się z miejscowymi gwiazdami. Odwiedził wtedy Raków m.in. Marco van Basten – jego fotka z Jackiem stała się dla „Magica” fantastyczną pamiątką.

Piękna rzecz. No a teraz, po latach, miał okazję – u boku Jana Urbana – poprowadzić reprezentację przeciwko „Pomarańczowym”.

- Zasłużył na to. Tak na marginesie: może nie nazwałbym tego „zadrą”, ale gdzieś głęboko siedziała w nim odrobina żalu, że nigdy w tym pierwszym zespole narodowym nie zagrał. Nie powiedział mi tego wprost – zresztą chyba w ogóle publicznie nigdy tego nie powiedział – ale ja odczuwałem, że nosił to w sercu.

Mówi pan o nim trochę jak o... synu, mam wrażenie.

- No bo trochę tak było... Już nie wracam do tego chłopaczka z plecaczkiem, czekającego w klubie na trening i pieczołowicie coś skrobiącego w zeszycie. Ale i ja, i jego rodzice mieszaliśmy bardzo niedaleko stadionu Rakowa. Może z półtora kilometra do przejechania. Ale gdy tylko spotykaliśmy się przy Limanowskiego z jakiejś okazji, zawsze – już będąc nawet w sztabie szkoleniowym Legii – zawsze mi proponował podwózkę do domu. A ja – przyznaję – często z tego korzystałem. Teraz mogę mówić, że II trener reprezentacji woził mnie swoim autem (śmiech).

Szkoda, że już nie będzie woził...

- Skończę tak, jak zacząłem: wciąż w to nie wierzę...

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Z kroniki Pana Iwo

Notka z cyklu „Sami o sobie” - odpowiedzi 16-letniego Jacka Magiery na pytania wymyślone i postawione w ankiecie przez Andrzeja Gęsiarza

Informacja red. Iwo Mandrysza o zdobyciu przez polskich 16-latków – w tym Jacka Magierę – tytułu mistrzów Europy w tej kategorii wiekowej, opatrzona wycinkiem z „Dziennika Częstochowskiego” z wywiadem z młodym piłkarzem Rakowa.

Iwo Mandrysz. Fot. Raków Częstochowa

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się