Poślizg i krach
Maja Chwalińska była o jedną akcję od zwycięstwa z Mananchayą Sawangkaew, ale pech zniweczył wszystko. W tym roku kariery w Londynie nie zrobią też Magda Linette i Magdalena Fręch.
Finalistka Rolanda Garrosa długo także na trawie grała jak z nut, ale w jednej chwili wszystko runęło... Fot. instagram.com/wimbledon
WIMBLEDON
Światowe media piszą o pierwszej sensacji, a my możemy uzupełnić tę ocenę o pierwszy wielki dramat w rywalizacji kobiet. Po wielkim sukcesie w poprzednim szlemie Maja Chwalińska otrzymała od organizatorów w Londynie „dziką kartę” i została rozstawiona z nr 20. W swoim pierwszym meczu na trawie w tym roku finalistka Rolanda Garrosa grała znakomicie – zaczęła od prowadzenia z Mananchayą Sawangkaew 5:0, a po 1,5 godziny było 6:2, 5:2 i 40-30.
Tenisistka z Bielska-Białej znów zachwycała, jak robiła to na czerwonej mączce w Paryżu – 164. w światowym rankingu Tajka, która dostała się do drabinki głównej z kwalifikacji - nie potrafiła znaleźć sposobu na jej zmiany rytmu, niskie slajsy, skróty i loby. Polka imponowała pewnością siebie i doprowadziła do piłki meczowej – choć przy serwisie rywalki.
Upadek i załamanie
Gdy wydawało się, że zamknięcie spotkania i awans naszej tenisistki do drugiej rundy to już tylko formalność, sytuacja w jednej chwili zmieniła się o 180 stopni. Chcąc dobiec do piłki za linią końcową, Polka nieszczęśliwie poślizgnęła się i upadła, a jej prawa stopa podwinęła się. Szybko wstała, ale zaczęła odczuwać dyskomfort w kostce.
Początkowo uraz nie wydawał się poważny, jednak po przegraniu gema Chwalińska poprosiła o przerwę medyczną i otrzymała pomoc z powodu kontuzji prawej nogi. Kolejne dwa gemy były niezwykle wyrównane i kończyły się na przewagi, ale Sawangkaew zdołała uniknąć kolejnej piłki meczowej i doprowadziła do remisu 5:5. Od tego momentu gra Chwalińskiej załamała się – Polka praktycznie przestała biegać i Tajka wygrała drugiego seta.
Nie tylko kostka...
Choć w decydującej partii Maja szybko objęła prowadzenie 2:0 z przełamaniem, ostatnich sześć gemów należało już wyłącznie do Sawangkaew. Pod koniec spotkania Polka miała ogromne problemy z odbiciem się z prawej nogi. Po dwóch godzinach i 40 minutach zeszła z kortu pokonana.
- Chciałam kontynuować grę, to jest Wimbledon, nie chciałam skreczować, ale nie czułam się komfortowo podczas poruszania się. To na pewno nie pomogło mi później, ale takie jest życie – mówiła 25-latka z Dąbrowy Górniczej, która przyznała, że znacznie poważniejsze od urazu stawu skokowego okazały się skurcze. - Już pod koniec drugiego seta zaczęły mnie łapać w całym ciele, a nigdy mi się nie zdarzyły aż w takiej skali. Myślę, że ich źródło nie było czysto fizyczne. Na pewno miał też udział stres, intensywny czas przed Wimbledonem, bo nie miałam perfekcyjnych przygotowań. To był jeden z najcięższych meczów w mojej karierze. Nowe doświadczenie. Popłaczę sobie chwilę i działamy dalej - dodała Chwalińska, nie rozstrzygając na razie, czy zagra w deblu, do którego jest zgłoszona w parze z Austriaczką Sinją Kraus.
Walczyły, ale padły
Niestety, miłej niespodzianki nie sprawiły w poniedziałek ani Magdalena Fręch, ani Magda Linette. Obie nasze reprezentantki nie miały szczęścia w losowaniu – trafiły na rozstawione Annę Kalińską (nr 19.) i Mirrę Andriejewą (5.), i choć momentami dotrzymywały kroku Rosjankom, przegrały w dwóch setach niemal w identycznych rozmiarach i pożegnały się z rywalizacją w singlu.
Fręch uległa Kalińskiej 6:7 (5-7), 4:6 i była to jej czwarta z rzędu porażka w pierwszej rundzie Wimbledonu i czwarta bez choćby wygranego seta. 28-letnia Łodzianka ostatnie zwycięstwo w Londynie odniosła w swoim debiucie, w 2022 roku, gdy dotarła nawet do trzeciej rundy. W pierwszej partii z Kalińską – która przegrała z Chwalińską w ćwierćfinale Rolanda Garrosa - długo miała inicjatywę, prowadziła już 5:3 oraz 5:4 i 30-15 przy własnym serwisie. Rosjanka zdołała jednak odrobić stratę i seta rozstrzygnęła na swoją korzyść w tie-breaku.
W drugim emocji było znacznie mniej. Już w gemie otwarcia Fręch została przełamana. Kalińska do końca utrzymała podanie, nawet raz nie musiała bronić break pointa. Tyle wystarczyło jej, aby awansować do drugiej rundy.
Decydowały detale
Bardziej postawiła się Linette, która mierzyła się z triumfatorką z Paryża, 19-letnią Andriejewą, prawdopodobnie przyszłą liderką rankingu. O losach meczu zdecydowały detale, o czym świadczą statystyki. Rosjanka miała o jedno więcej zagranie wygrywające (23-22) i o jeden mniej niewymuszony błąd (23-24) od Linette. W pierwszym secie Andriejewa przejęła kontrolę w końcówce. Przy wyniku 5:5 przełamała Polkę, a następnie serwując zamknęła partię.
W drugiej faworytka prowadziła 4:2, ale Linette doprowadziła do remisu 4:4. Niezwykle długi był gem dziewiąty, w którym serwowała Polka. Rozegrano w nim aż 16 piłek. 34-letnia Poznanianka miała dwie okazje, aby wyjść na 5:4. Obroniła też trzy break pointy, jednak przy czwartym skapitulowała. To wyraźnie ją podcięło, a dodało animuszu Rosjance. W kolejnym gemie szybko wygrała cztery punkty i mogła się cieszyć z awansu. Szkoda, bo przy łatwiejszym losowaniu Linette mogła w tym turnieju odegrać większą rolę...
Osaka świeciła
Pewnie do 2. rundy awansowała wciąż aktualna światowa „jedynka” Białorusinka Aryna Sabalenka, która serbskiej kwalifikantce Teodorze Kostović oddała 3 gemy. Znów błyszczała też – także dosłownie – Naomi Osaka. Japońska podopieczna Tomasza Wiktorowskiego na mecz z Elsą Jacquemot wkroczyła ubrana w zwiewny, przypominający kimono szlafrok z bufiastymi rękawami i misternym haftem, co wywołało entuzjastyczną reakcję publiczności. Wielu z niecierpliwością czekało z telefonami w górze, aby nagrać jej wejście na kort. Sportowo Osaka też zostawiła Francuzkę w tyle.
(ToM)
