Polityka i kolorowe mgły

WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Nie żebym miał temperament polemiczny, moi starzy wiecznie się kłócili, więc sam raczej stronię od pyskówek, za to uwielbiam się nie zgadzać z przyjaciółmi, spór merytoryczny mam za jedną z form wzmacniania relacji, wobec czego milczeć nie mogę, kiedy Paweł Czado, mój ulubiony redakcyjny kolega, ogłasza swoje dyskusyjne poglądy w sprawach stadionowych.

Ostatnio pomstował w dwójnasób na stadionowych fanatyków – że się angażują w politykę i że zadymiają stadiony. Jestem pewnie ostatnim człowiekiem w „Sporcie”, któremu z kibolstwem byłoby po drodze, ale wobec tych akurat dwóch grzeszków nie robiłbym rabanu. Apolityczność trybun to idee fixe, która nawet nie zdaje mi się piękną, albowiem masa ma prawo rezonować, a władza powinna bacznie taki rezonans obserwować i wysnuwać z niego wnioski. Zwłaszcza, jeśli to władza, która zapomniała, że pycha kroczy przed upadkiem.

Seria transparentów, które w ostatniej kolejce ligowej wywieszono na polskich stadionach, w dość nawet dyplomatyczny sposób jak na kibolskie obyczaje, tłumaczyła rezydentowi Batyrowi, że lepiej, jeśli nie będzie się już wśród braci po racy pokazywał, po tym jak zawetował nowelizację kodeksu postępowania karnego (między innymi miała ograniczyć możliwość orzekania i przedłużania aresztu tymczasowego, którym dzisiaj prokuratorzy szafują wedle własnego widzimisię).

„Nie jesteś jednym z nas”, przestrzega brać kibolska, która wszak była języczkiem u wagi w ostatnich wyborach prezydenckich. Przytulanek na Jasnej Górze już raczej nie będzie (tu pozwolę sobie na dygresję: Tomek Lipiński w pierwszej części swojej autobiografii „Jeszcze będzie przepięknie" zwraca uwagę, że Czarna Madonna to niekoniecznie poczerniały z wiekiem wizerunek Matki Boskiej, bo na jej chuście znajduje się pieczęć Salomona, znak królewskiej dynastii, której potomkami byli etiopscy cesarze, od Menelika I do Haile Selassie. „Jak bardzo zawaliłby się wasz świat, gdybym wam powiedział, że jasnogórski obraz może przedstawiać etiopską królową, i że trzymany przez nią chłopiec to cesarz Menelik?” pyta Lipiński. Polak katolik z trudem wypiera fakt, że modli się do Żydówki, teraz jeszcze miałby pojąć, że ten czarnoskóry maluch to nie żaden Jezusek, tylko afrykańskie dzieciątko?).

Listy do prezydenta, powstałe spontanicznie, nieudolnie zrymowane i wymazane byle jak na prześcieradłach, cieszyły moje oko nieporównanie bardziej, niż dopracowane komiksowe, tromtadrackie sektorówki. To jest lekcja pokory, na którą ludzie władzy powinni być przygotowani, podobnie jak na gwizdy. Liczę na to, że jeśli Nawrocki pojawi się dzisiaj na Stadionie Narodowym, zostanie wygwizdany także przez 60 tysięcy pikników. To jest prawdziwie mieszanie sportu z polityką, kiedy prezydent ze swoją świtą wchodzi do loży i jest zapowiadany przez spikera, licząc na poklask; to politycy powinni mieć zakaz wstępu na wydarzenia sportowe, chyba że uczynią to incognito, nie afiszując się ze swoją obecnością.

Race podczas meczu Legii Warszawa z Rakowem Częstochowa. Fot. Radosław Makuch / PressFocus

Apolityczność trybun to fikcja, ludzie mają prawo reagować, kiedy pozaboiskowa rzeczywistocha skrzeczy – czasem zresztą stadion jest jedyną okazją do obejścia zakazu zgromadzeń - z sentymentem wspominam skandowane w stanie wojennym „ZOMO chuj!”. Poza tym, czy na przykład hasło „jebać żydzew” jest apolityczne? Wolno urządzać nieustające festiwale nienawiści międzyklubowej, ale już manifestować niezadowolenia z władzy to nie?

Byłem na stadionie ŁKS-u z moim dziesięcioletnim synem w sobotę, kiedy do Łodzi przyjechał na mecz ligowy Ruch. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałem mecz w tak niezdrowym napięciu – setki policjantów, koniec w maskach ochronnych, psy, helikopter krążący nad stadionem, blokada ulicy, przez co nie mogliśmy dotrzeć na sektor rodzinny, ponurzy, zamaskowani kibole ostrzegający „Niech pan zabierze stąd to dziecko!”, na stoiskach z pamiątkami klubowymi szaliki z napisem „Jebać kuRwiska” (chorzowska erka oczywiście odwrócona).

Nawet, kiedy gospodarze trafiali do bramki, zamiast euforii, tubylcy wybuchali jeszcze bardziej ekstatyczną nienawiścią „Taaaak, jeebać te kurwyyy!!”. Antoś był cokolwiek przestraszony i prawdę mówiąc z ulgą i wytchnieniem przyjęliśmy te chwile, gdy sędzia musiał wstrzymać grę wskutek zadymienia stadionu.

Problem z modą na świece dymne mają tylko na nowoczesnych obiektach - na przestarzałych stadionach jest przeciąg, więc dym się szybko rozwiewa, w zabudowanych ze wszystkich stron nieckach mgła stagnuje czasem rzeczywiście irytująco długo. Ale dzięki temu piłkarze mają przecież dodatkową przerwę, mogą się skonsultować z trenerem, odsapnąć i „uzupełnić płyny”, kibice też mogą wyjść na siku. Ja nawet lubię, jak przez chwilę niczego nie widać.

Pamiętam, gdy przed laty Olafur Eliasson wystawił w prestiżowej berlińskiej galerii Martin Gropius Bau… mgłę. Moja córeczka miała naonczas dziesięć lat i serdecznie nie cierpiała „chodzenia do muzeów”, ale na tej wystawie mgły bawiła się setnie. Wszelkie bezkrwawe formy sublimacji morderczych popędów i sposoby na rozładowanie morderczej atmosfery uważam za bezcenne. Kolorowe mgły na stadionie to forma eteryczna, łagodząca twarde kibolskie obyczaje.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się