Polishman in New York
Mucha nie siada, felieton Tomasza Muchy
„Wczoraj hat-trick, dzisiaj Big Apple” – powiadomiła świat sławna Anna, zdając relację, jaki to bujny i dynamiczny żywot wiedzie jej nie mniej sławny mąż. Więc najpierw trzypak na europejskim boisku w Barcelonie, a zaraz potem Big Apple, czyli Wielkie Jabłko, Nowy Jork, centrum świata, przynajmniej tego zachodniego. Ja bym nieskromnie poprawił wpis słynnej żony, dopisując na końcu „jutro Warszawka i big gównoburza”.
Nie dołączę do chóru jobów na Lewandowskiego po odpaleniu świecidełek na Empire State Building – robiłem to, gdy nie było to jeszcze tak modne, a „Lewy” wpadł na pierwszy w pandemii trening nową furą, okazując brak jakiegokolwiek wyczucia chwili i empatii dla zastygłego w przerażeniu świata, za co sekta piłkarza odsądziła mnie od czci i wiary. Nie znaczy to, że nie mam mieszanych odczuć po nowojorskim fajerwerku kapitana Orłów, ale uznaję, że Lewandowski jest „poza tym światem”; dawno przyjąłem do wiadomości, że kategorie stosowane do oceny zwykłych śmiertelników – czy nawet kolegów z reprezentacji – jego nie dotyczą, nie mają sensu. „Zawsze byłem inny” – niby puszcza oko sam piłkarz, ale dostrzegam w tym samoprzekonanie. Więc daremne, by komar kopał konia.
Natomiast autentycznie rozbawił mnie filmik-mem, w którym „Lewy” w Dzień Niepodległości pociąga za słynną już wajchę, zapalając biało-czerwone żarówki na najsłynniejszym drapaczu chmur, czym uruchamia istny dzień zagłady – w sekundy cały Nowy Jork, a może i nasz świat, ulegają widowiskowej filmowej katastrofie, obracając się w pył. Jedni powiedzą, że katastrofie wizerunkowej uległ sam piłkarz, inni zaś, że takiej propozycji nie mógł odmówić, nic tylko duma, zaszczyt, honor i inne egzaltowane przymiotniki.
To prawda – nie wszyscy rodacy podzielili tę dumę. No bo jednak ostrzymy zęby na Holendrów, chcemy im naklupać, zrobić z „pomarańczowych” tyłków jesień średniowiecza, tymczasem ten, który ma być głównym sprawcą upokorzenia Oranje, ma inne priorytety niż terminowa zbiórka przed ważną misją – Wielkie Jabłko, po drodze dwa jet-lagi, zawrót głowy, odsypianko, a dopiero potem gierka z chłopakami. Czy nawet „nadludzki” Lewandowski – pamiętajmy: ledwo wrócił po miesięcznej kontuzji i od razu zapakował rywalowi trzypaka! – po takim last minute nie zostanie przeżuty przez van Dijka i wypluty jak nadgryzione jabłuszko?
Trzeba się jednak chyba pogodzić, że Lewandowski to przypadek „równych i równiejszych” – jak mu się nie chce, albo musi odpocząć, albo ma taki kaprys, to na kadrę nie przyjeżdża, jak w czerwcu przed Finlandią. Ten, który chciał go w kadrze zrównać z innymi, szybko przestał być selekcjonerem, mamy to jeszcze świeżo w pamięci; Probierz chciał „Lewego” kijem, to został mu ino kij golfowy.
Status Lewandowskiego jest inny – nigdy nie mieliśmy wszak strzelca tej klasy, nawet jeżeli król strzelców mundialu Lato i inny medalista, Boniek, mogą się na ten wyrok zżymać. Ale nikt z nich nie utrzymywał się w światowym topie napastników tyle lat, co piłkarz Barcelony, choć oczywiście podkreśleniu jego wyjątkowej pozycji nie wspiera brak sukcesów z reprezentacją, w przeciwieństwie do Messiego czy Ronaldo, do których sam „Lewy” chce być porównywany.
I tu być może mamy odpowiedź na wybory Lewandowskiego – on już dla reprezentacji nie poświęci wszystkiego, bo ani te lata, ani ta drużyna, ani ta wiara, ani ta perspektywa. Jak przekonują ci, którzy znają go lepiej, lepiej go poznali (patrz skłócony o pieniądze Cezary Kucharski) albo wiedzą więcej niż przeciętny Kowalski (autor nowej biografii, Sebastian Staszewski), w myśleniu naszej gwiazdy niewiele jest empatii, gry zespołowej, socjalizacji, wspólnoty. Pamiętamy wszak to ostentacyjne rozkładanie rąk na brak podań i domniemaną niedołężność kompanów, zaznaczanie swojej odrębności. Poza najbliższą rodziną dla „Lewego” liczy się przede wszystkim On sam. „Mam zbyt wiele fajnych rzeczy w swoim życiu, żebym się przejmował krytycznymi komentarzami” – podkreślił, żebyśmy się nie łudzili, że ma to, wiadomo gdzie.
Mamy więc do czynienia z typowym indywidualistą w grze zespołowej. Paradoks jest taki, że prawdopodobnie bez tego Lewandowski nie byłby tym, kim jest; nie strzeliłby tylu goli, nie biłby rekordów w kadrze, Bayernie i Bundeslidze, nie byłby królem strzelców w LaLiga, dla połowy kibicowskiej Polski nie miałby statusu narodowego bożyszcza, nie miałby propozycji z empajer w Dzień Niepodległości. No ale dzień zagłady i tak jest blisko.
