Pojawiła się nadzieja we Wrocławiu

Jest wreszcie pierwsze zwycięstwo. Czy Śląsk pójdzie teraz w górę?

Pierwsze zwycięskie gole Śląska w tym sezonie pojawiły się dopiero w trzeciej kolejce. Fot. Gleb Soboliev / PressFocus

ŚLĄSK WROCŁAW

O tym, że po spadku lądowanie nie jest miękkie - Śląsk zdążył się już boleśnie przekonać się. Ba, zderzenie z I ligą było wręcz brutalne - na starcie ledwie remis u siebie z zespołem, który nigdy dotąd nie był na tym szczeblu rozgrywek, Wieczystą Kraków, a potem wyjazdowa, bezdyskusyjna porażka ze Stalą Rzeszów. O tym, że nie jest łatwo, przekonuje gehenna Wisły Kraków, ale aż tak mizerny start?! Ludzie złoci...

Trafione zmiany

Nic dziwnego, że dla trenera Ante Simundzy, który został po spadku ze Śląskiem, ostatnie dni z pewnością nie były łatwe. Teraz może odetchnąć, bo Śląsk wreszcie wygrał i to przekonująco. Ułożyło się, bo wygrywać po kilku ledwie minutach 2:0 - to nie zdarza się często. Przypomina się mecz ZSRR z Węgrami podczas meksykańskiego mundialu. Wtedy było 2:0 po 4 minutach, a skończyło się 6:0. Śląsk takiej „jesieni średniowiecza” Ruchowi nie zrobił, ale przecież nikt tego we Wrocławiu nie oczekiwał. Simundza po poprzednich meczach musiał reagować. W składzie Śląska zawieszonego Austriaka Marko Dijakovicia zgodnie z przewidywaniami zastąpił Mariusz Malec. W ataku miejsce Damiana Warchoła zajął Przemysław Banaszak, z kolei na lewym skrzydle pojawił się Jehor Szarabura zamiast Arnau Ortiza. No i co? Zarówno Banaszak, jak i Szarabura wpisali się na listę strzelców - jako jedyni...

Maraton, a nie sprint

Simundza wiele już w Śląsku zdążył przejść, nie ma więc mowy żeby zachłysnął się tym zwycięstwem. - Zdobyliśmy ważne i zasłużone trzy punkty po dwóch kolejkach bez zwycięstwa. Weszliśmy na odpowiedni poziom, pokazaliśmy pasję na boisku. Do tego byliśmy dokładniejsi i skuteczni. Nie pozwoliliśmy rywalom grać tak jak chcieli - mówił Ante Simundza, trener Śląska, na konferencji prasowej. - Jedna wygrana nie oznacza jeszcze, że wszystko jest dobrze. Musimy myśleć nad tym, jak stawać się lepsi. Już w tym meczu widziałem poprawę w obronie, ale potrzeba nam ciągle lepszego blokowania strzałów i zatrzymywania ataków. Potrzebujemy jakości na każdej pozycji. Walka o awans to jest jednak maraton, a nie sprint - przytomnie zauważał słoweński szkoleniowiec. - Te trzy punkty są niezwykle istotne. Szczególnie patrząc na to, co się działo wokół zawodników w ostatnich tygodniach. Ta jedna wygrana nie oznacza, że wszystko jest dobrze. Musimy wciąż ciężko pracować i myśleć o tym, jak być lepszym następnego dnia - przyznał.

Co za gość!

Wrażenie we wrocławskiej drużynie zrobił podczas meczu z Ruchem Besar Halimi. Ten 30-letni reprezentant Kosowa pokazał dobrą grę w środku pola. Ofensywny pomocnik brał udział w każdej bramkowej akcji gospodarzy. Przy pierwszym golu odebrał futbolówkę rywalowi, przy drugim i trzecim - zachwycił świetnymi podaniami. - To podobny profil zawodnika jak Jose Pozo (przejęty przez Pogoń Szczecin - przyp. aut.). Plusem Besara jest to, że może grać na pozycji numer 8. Jose jest sprawdzany na tej pozycji w Pogoni Szczecin, ale dla mnie to zawodnik bardziej na pozycję numer 10 - wyjaśniał Simundza. Wygląda na to, że od piłkarza, który dołączył do drużyny pod koniec czerwca, może w Śląsku wiele zależeć. Ma bogate CV - był jeszcze niedawno etatowym wręcz reprezentantem Kosowa, w latach 2016-21 zaliczył 32 występy (także trzy gole i cztery asysty). W piłce klubowej najlepsze lata kariery przeżywał w Brondby IF, zdobywał w barwach tego klubu Puchar Danii. Na wylot zna ligę niemiecką - choć tylko rezerwy Nurnberg, VfB Stuttgart i Mainz. Przed przyjazdem do Wrocławia grał w trzecioligowym SV Sandhausen. Można przypuszczać, że jego gra przyniesie Śląskowi jeszcze wiele satysfakcji, choć występy w pierwszych dwóch meczach przeszły bez echa. 

Paweł Czado