Poczułem tu zaufanie
Rozmowa z Jakubem Lemanowiczem, bramkarzem Pogoni Siedlce
Jakub Lemanowicz chce w tym sezonie poprawić swój rekord spotkań bez straty gola. Fot. Gleb Soboliev/Press Focus
Co by pan powiedział przed sezonem, gdyby kibic Pogoni życzył panu, żeby po ośmiu meczach miał pan najmniej straconych goli w I lidze?
– Na pewno pomyślałbym, że to... kibic-optymista. Nie ma co ukrywać, że przed sezonem czuliśmy niepewność. Podobnie mogą jednak mówić zawodnicy większości klubów, bo latem w każdej drużynie sporo się zmieniło i często kadry zamykane były na ostatnią chwilę. U nas też łataliśmy luki transferami last minute i sam byłem ciekawy, co z tego wyjdzie i jak będziemy wyglądać bez Marcina Flisa oraz kilku innych kluczowych zawodników.
I co wyszło?
– W pierwszych trzech meczach straciliśmy pięć goli, a w pięciu kolejnych spotkaniach dwa i trzy razy zagraliśmy na zero z tyłu. Można więc powiedzieć, że szybko znaleźliśmy wspólny język. Na pewno w grze defensywnej wszyscy sobie pomagamy, więc trudno mówić o tym, że ktoś zastąpił Marcina Flisa, ale boiskowe doświadczenie i cechy charakteru Przemka Szura stawiają go wysoko w drużynowej hierarchii. Jego przyjście było dla nas na pewno istotne i to dla naszej drużyny bardzo ważne ogniwo. On lubi i umie dowodzić, a raczej pomagać kolegom z linii obrony. Bardzo dobrze się z nami komunikuje, a to jest fundament dobrej współpracy.
Można powiedzieć, że to pana stary znajomy. Czy to przyśpieszyło znalezienie wspólnego języka?
– Bardzo dobrze się nam współpracowało w Polonii Warszawa, gdzie byliśmy razem. Ze stołecznej drużyny zresztą znamy się także z Bartkiem Poczobutem i Szymonem Kobusińskim, więc to pomagało w aklimatyzacji. Nie trzeba się było poznawać od zera i już w sparingach oraz pierwszych meczach czułem, że to idzie w dobrym kierunku. Nasza szczelność w grze obronnej jest tego konsekwencją. Bardzo dużo pracujemy nad grą w ataku pozycyjnym i nad utrzymaniem się przy piłce, a to daje pewność w graniu.
Jak to się stało, że Siedlce stały się pana najważniejszym miejscem w dotychczasowej karierze?
– Od początku poczułem tu zaufanie od trenera Adama Noconia i zarządu. Bardzo to sobie cenię. Nie dostałem szansy w Wiśle Płock, do której trafiłem jako 13-latek z macierzystego Pegaza Drobin. W Płocku skończyło się na czwartoligowych rezerwach i Centralnej Lidze Juniorów U-19. Później był trzecioligowy Sokół Aleksandrów Łódzki, przymiarka do I ligi w Olimpii Grudziądz, która spadła, i znowu III liga, tym razem Świt Nowy Dwór Mazowiecki, z którego trafiłem do drugoligowej wtedy Polonii Warszawa. Grałem, gdy zdobywaliśmy awans, a później już znacznie mniej i zimą 2025 roku zostałem wypożyczony do Pogoni. To był trudny moment dla drużyny z Siedlec, bo do rundy wiosennej startowaliśmy, mając jedynie dziewięć punktów! Nikt w nas nie wierzył, a jednak się uratowaliśmy. Moim celem było wtedy jak najwięcej grać i się pokazywać. To się udało, a przy okazji znalazłem tu swoje miejsce. Podpisałem kontrakt na dwa lata i w minionym sezonie odpłaciłem za zaufanie, kończąc dziewięć spotkań bez straty gola. To dało mi pewność siebie i mogę powiedzieć, że w Pogoni cieszę się z gry i staram się utrzymywać równą formę oraz pełną koncentrację. Na tym chcę bazować.
Który mecz tego sezonu był najlepszy w pana wykonaniu?
– Dobrze się czułem z Lechią Gdańsk, ale przegraliśmy 0:1, a w Głogowie w ostatnich sekundach obroniłem rzut karny i pomogłem drużynie wywalczyć punkt, a to jest najważniejsze, żeby pomagać drużynie, więc mecz z Chrobrym postawię najwyżej.
Czy zakotwiczy pan w Siedlcach?
– Bardzo dobrze mi się tu żyje i razem z narzeczoną jesteśmy szczęśliwi, cenimy sobie to miejsce i jego spokój. Są jeszcze Płock, w którym się wychowałem, i Gdańsk, czyli rodzinne miasto Zuzi, która ostatnio dogląda tam remontu mieszkania, bo tam chyba kiedyś osiedlimy się na stałe. Na razie jednak o tym nie myślę, bo mam nadzieję, że rozwijając się w Pogoni i nadrabiając stracone lata z młodości, jeszcze wypłynę na głębsze piłkarskie wody.
Jaki ma pan plan i cel na ten sezon?
– Marcin Flis właśnie w Pogoni pokazał, że marzenia się spełniają nawet po trzydziestce. Ja mam 27 lat i też marzę, więc poza celem numer jeden, a takim jest utrzymanie, chciałbym z drużyną powalczyć o wysokie miejsce w tabeli. Natomiast moim indywidualnym celem jest poprawienie rekordu z poprzedniego sezonu, czyli zanotowanie dwucyfrowej liczby meczów bez straty gola.
Na jakiego rywala szczególnie pan czeka?
– Każdy mecz z przeciwnikiem, który jest utytułowany i znany w Polsce, jest dla mnie szczególnie mobilizujący, a takich rywali jest w I lidze sporo. Gdy graliśmy na przykład w poprzednim sezonie z Ruchem na Stadionie Śląskim, czy w Krakowie z Wisłą albo w tym sezonie w Gdańsku z Lechią, to mobilizacja sama rosła. Szczególnie atmosfera z Krakowa, gdzie na trybunach zasiadło 33 tysiące ludzi, zapadła mi w pamięć. W takim spektaklu po prostu chce się grać. Na razie jednak myślę o... odpoczynku, bo korzystając z kilku dni urlopu, jaki od środy do poniedziałku dał nam trener, zaplanowaliśmy z narzeczoną oraz moją i jej mamą krótki wyjazd, a po powrocie – mam nadzieję – będziemy z kolegami kontynuować dobrą grę.
Rozmawiał Jerzy Dusik
