Piłkarz musi mieć przynajmniej jedną broń

Rozmowa z Marcinem Dorną, dyrektorem sportowym PZPN-u

Jerzy Brzęczek i jego reprezentacyjne orły, z lewej Filip Rózga, z prawej Oskar Pietuszewski Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus

Wszyscy ekscytujemy się naszą młodzieżówką. Czy jej postawa w jesiennych meczach eliminacyjnych to jednorazowy wybryk, czy to złote pokolenie?

– O tej reprezentacji możemy dyskutować w paru obszarach. Po pierwsze: roczniki ją stanowiące są podobne do siebie, każdy kolejny daje nam piłkarzy na dobrym poziomie. Mierzymy to debiutami w reprezentacji narodowej. Najmłodszym zawodnikiem, który zadebiutował w ostatnim roku, jest Filip Rózga – rocznik 2006. Z 2005 jest Jan Ziółkowski, wcześniej byli piłkarze z 2004 – to też jest miara sukcesu. Wierzę, że tych awansów do pierwszej reprezentacji będzie więcej, jeżeli chodzi o młode roczniki. To jest coś naturalnego, ich czas musi przyjść; bo młodzieżówka jest naprawdę ciekawym zjawiskiem. Należy przede wszystkim docenić pracę sztabu szkoleniowego Jerzego Brzęczka. Mamy tam Darka Dudkę, mamy Michała Siwierskiego, który na co dzień pracuje w Wiśle Kraków. Ale mamy też Michała Pujdaka, który się edukował w Anglii i był asystentem Marcelo Bielsy i Jessego Marscha w Leeds. Jest Mateusz Oszust, który pracował jako trener przygotowania fizycznego w pierwszej reprezentacji. Jest w końcu i Arek Onyszko, który pamięta olimpijskie czasy reprezentacji 1992 roku. To świetna ekipa...

ale wygrywają zawodnicy na murawie. Więc jak to jest z siłą tej reprezentacji?

– Jesienią zanotowała sześć zwycięstw z rzędu w eliminacjach. Z tego, co pamiętam, to pierwsza taka seria od czasów, kiedy Jerzy Brzęczek był kapitanem drużyny młodzieżowej! Historia zatacza koło i oby zatoczyła ją też w kontekście awansu do finałów mistrzostw Europy, a później na igrzyska olimpijskie. A ta droga jest trudna. Chciałem też zwrócić uwagę na to, że w tej grupie zawodników mamy chłopaków urodzonych w latach 2004-2008, przesuniętych na przykład z reprezentacji U-18, bo to w niej mógłby przecież jeszcze grać Oskar Pietuszewski. Podobnie jest z graczami z zespołów U-19 czy U-20. Niektórzy – jak Kacper Potulski z Mainz – są już po debiutach w Bundeslidze czy europejskich pucharach. Jak powiedziałem, przesuwamy ich do „starszych” reprezentacji, bo wierzymy, że to jest fajny kierunek indywidualnego rozwoju. Warto przypomnieć, że rocznik 2004 trenera Marcina Brosza grał w finałach mistrzostw Europy na Malcie. Rocznik 2005 z Darkiem Gęsiorem – w mistrzostwach Europy U-17 w Izraelu. Rocznik 2006 z Marcinem Włodarskim w tej samej kategorii – w mistrzostwach Europy na Węgrzech oraz mistrzostwach świata w Indonezji. Rocznik 2007 z Rafałem Lasockim w mistrzostwach Europy na Cyprze. Suma tych doświadczeń sprawia, że to jest grupa bardzo wyjątkowa jak na nasze krajowe warunki, doświadczona w konfrontacjach z najlepszymi. Na dodatek mamy też tam w końcu sporą grupę piłkarzy, która z Adamem Majewskim była na mistrzostwach Europy U-21 w czerwcu 2025 na Słowacji. Tomek Pieńko, Michał Gurgul, Antek Kozubal, Mateusz Kowalczyk, Sławek Abramowicz – oni oczywiście dostają szanse w klubach i tam się najintensywniej rozwijają.

Marcin Dorna. Fot. Adam Starszyński / Press Focus

Widzi pan, że to jest początek tego horyzontu? Że za nim jest coś dalej w kolejnych rocznikach, czy za chwilę będzie dziura?

– Nie, myślę, że tak nie jest. Myślę, że to będzie taka spirala, która po pierwsze będzie podnosiła wartość polskich piłkarzy. Po drugie: mieliśmy jesienią aż cztery zespoły grające w Lidze Konferencji, co też bez konieczności wyjeżdżania w bardzo młodym wieku do innych lig jest przestrzenią dla rozwoju naszych talentów. Tych wspomnianych jak Gurgul, Kozubal, Abramowicz, Pietuszewski, ale też Bartek Mazurek, który znakomicie zagrał przeciwko Włochom w U-19 czy Urbańscy – Kacper i Wojciech.

Główne pytanie powinno więc brzmieć: Polska to dobre miejsce dla młodych piłkarzy?

– Bardzo dobre. Pod warunkiem, że zostaną tu nieco dłużej, zagrają kilkadziesiąt spotkań na poziomie ekstraklasy. Jesteśmy – co jednoznacznie wynika z raportu firmy Double Pass, a więc firmy, z którą podpisaliśmy trzyipółletnią umowę odnośnie diagnozy i wsparcia „ekosystemu” piłki nożnej w Polsce relatywnie dość starą ligą, jeżeli chodzi o średnią wieku. Jest więc przestrzeń do rozwoju młodych – o ile zostaną tu dłużej. To zresztą sprzężenie zwrotne: jeśli liga będzie trochę młodsza, dobrzy jakościowo zawodnicy będą chcieli w niej zostawać.

Wydaje się jednak, że zawsze będzie tu konflikt interesów, bo młodym – a czasem bardzo młodym – marzy się wyjazd do Włoch, Anglii czy Niemiec. Śląski przykład to choćby Dariusz Stalmach – najmłodszy w historii Górnika debiutant w ekstraklasie, dziś – w 2. Bundeslidze...

– Nie ma jednej ścieżki rozwoju, choć oczywiście analizujemy każdy przypadek wyjeżdżającego młodego piłkarza. Generalnie wniosek jest – naszym zdaniem – jeden: warto dłużej zostać w Polsce i dłużej pograć w lidze. Przed wyjazdem nikt nie jest w stanie przewidzieć – no może poza licznym gronem „ekspertów”, którzy znakomicie przewidują... wstecz, na zasadzie: „gdyby zrobić to tak, byłoby lepiej” co ten wyjazd przyniesie. Darek zdecydował się na konkretny ruch. Ma dziś 20 lat, wciąż jest więc młodym piłkarzem z szansami na karierę. Nie wiemy, jak potoczyłaby się jego historia, gdyby nie wyjechał do Włoch. Ma potencjał na grę w reprezentacji U-21; być może byłby dziś dużo bliżej niej, gdyby miał rozegrane 68 meczów w Górniku, w ekstraklasie. Wierzę w to, więc zawsze będę rekomendować dłuższe pozostanie w kraju. Statystyki działają na wyobraźnię: liczba nastolatków, którym się powiodło po wyjeździe, jest ograniczona dość mocno, a liczba tych, którzy wracają później do Polski lub ich droga nie kończy się tam, gdzie planowali, jest dużo większa. Oczywiście każdy przypadek jest inny, ale te same statystyki pokazują, że powodzenie wyjazdu jest większe, kiedy zawodnik ma już doświadczenie zebrane w ekstraklasie, na poziomie seniorskim w Polsce.

Kilka dni temu piłkarska Polska żyła transferem 17-letniego Oskara Pietuszewskiego. Można by zapytać, czy  w kontekście pańskiego zastrzeżenia nie rzucił się na głęboką wodę zbyt wcześnie?

– Oskar spełnia warunek zebrania niezbędnego doświadczenia przed ruszeniem na Zachód. Ma na koncie  dobrze pamiętam 54 występy w seniorskiej drużynie Jagi, w różnych rozgrywkach: ekstraklasie, Pucharze Polski, Lidze Konferencji. Ma w niej bramki i asysty, ma mecze w reprezentacji młodzieżowej, z superstatystykami. To jest akurat chłopak, który ten trudny proces przejścia z piłki juniorskiej do seniorskiej przeszedł bardzo płynnie. Mocno za niego ściskam kciuki, życzę mu powodzenia.

Kolejne pytanie: tych młodych musi mieć kto szkolić, ale przede wszystkim – stawiać na nich. Czy tu przyszłość jest równie jasna?

– Mocno promujemy indywidualne podejście do rozwoju piłkarza; to, by się skoncentrować na drodze jednostki na najwyższy poziom, a nie tylko i wyłącznie na efekcie wynikowym. Od kilku lat Polski Związek Piłki Nożnej edukuje dyrektorów sportowych, dyrektorów akademii, trenerów przygotowania motorycznego, trenerów, analityków i skautów w tym właśnie zakresie tematycznym. Do tej pory skauting traktowany był jako rzecz, nie chcę powiedzieć intuicyjną, ale to nie była struktura. Dzisiaj natomiast widzimy na naszych akcjach szkoleniowych, że wielu ludzi z klubów przyjeżdża i tych najbardziej utalentowanych zawodników ocenia właściwie. Więc wierzę w to, że ten proces edukacji rozwija się na tym samym poziomie, co jakość piłkarzy.

Wspomniał pan o tych kilku konkretnych rocznikach, że one są fajne. A czemu ich nie było – dajmy na to – dwa lata wcześniej?

– Nie powiedziałbym, że dwa lata wcześniej było słabiej. W każdym roczniku mamy około 40 tysięcy chłopców trenujących piłkę, potencjał roczników jest więc podobny. W jednym urodzi się wyjątkowy napastnik, który dotrze do najwyższego poziomu. W innym nie będzie napastnika, ale będzie dwóch wyjątkowych środkowych obrońców i oni dadzą nam reprezentacyjny kapitał. Analizuję te roczniki wstecznie i patrzę, ilu zawodników dochodzi do najwyższego poziomu – to jest naprawdę bardzo podobna statystyka. Czy mniej zdolny był rocznik 2003 z zawodnikami takimi jak Łęgowski, Kozłowski, Mosór, Włodarczyk czy Olek Buksa? Mnóstwo piłkarzy, którzy szybko nazwani zostali „top talentem”, którzy są już po pierwszych decyzjach życiowych i pierwszych wyzwaniach. Rocznik 2002? Proszę bardzo: Peda, Tobiasz, ale też Kuba Kamiński i Nicola Zalewski – dziś już etatowi reprezentanci.

Szymon Włodarczyk ruszył w Europę dwa i pół roku temu jako 20-latek. Graz, Salerno, teraz Rotterdam – czy tak sobie wyobrażał swój rozwój?  Fot. ANP/SIPA USA / Press Focus

Kolejny ważny temat: program nadawania polskiego obywatelstwa piłkarzom z polskimi korzeniami. Wciąż działa, patrząc na nasze reprezentacje w rocznikach juniorskich.

– Rzeczywiście, mamy naprawdę bardzo rozwinięty skauting zagraniczny. Na świecie żyje kilkanaście milionów osób z prawem do polskiego obywatelstwa i paszportu natychmiast, a z polskimi korzeniami jeszcze dużo więcej. Mamy piłkarzy, którzy wyemigrowali w bardzo młodym wieku albo takich, którzy urodzili się za granicą i grają w naszych reprezentacjach narodowych. W związku z tym mamy departament, który zajmuje się zagranicznym skautingiem. W październikowej przerwie na kadry było na zgrupowaniach różnych roczników aż 11 takich piłkarzy, z pierwszą reprezentacją włącznie. Nicola Zalewski to przypadek, który wszyscy znamy, ale na przykład w kwalifikacjach U-19 grał z nami Michael Izunwanne, urodzony w Austrii. Jednocześnie kadra U-18 grała na turnieju w Hiszpanii przeciwko Norwegom, w szeregach których biegał piłkarz z polskimi korzeniami i prawem do gry w naszej reprezentacji. W półfinale niedawnych mistrzostw świata U-17 w jednej z drużyn grał zawodnik, który ma mamę Polkę. Wiemy o nim, monitorujemy temat. Bo choć nazwisko nie brzmi polsko, staramy się każdy taki przypadek wychwycić i niczego nie przegapić. Ten rynek reprezentacyjny zbliża się nieco do rynku klubowego, gdzie piłkarze mają więcej opcji wyboru niż tylko jedna kadra. To nie jest tendencja wyłącznie w Polsce. W Anglii 80 procent piłkarzy ma prawo do gry w innej reprezentacji niż angielska! A we Francji pewnie jest ich jeszcze więcej. Dzisiaj miejsce urodzenia nie musi być determinantą tego, w jakiej gra się reprezentacji. Możemy się z tym nie zgadzać; możemy mówić o radykalizmie pod tytułem „Dla Polski teraz albo nigdy”, ale świat tak nie wygląda.

A jak wygląda praca tego departamentu?

– Od 17 lat organizujemy spotkania w ambasadach i konsulatach na terenie Anglii i Niemiec. Najczęściej w Kolonii, ale były też spotkania w Monachium i Londynie. W zeszłym roku mieliśmy pierwsze w Manchesterze. Na takie spotkania zapraszamy piłkarzy, którzy albo się urodzili w danym kraju, albo wyemigrowali w dzieciństwie, a których rodzice uznają wartość gry dla Polski jako nadrzędną. Proszę mi wierzyć, to są wyjątkowe spotkania. Tam jest mnóstwo emocji, bo polskość, zbliżenie się do barw a rozdajemy tam koszulki reprezentacji Polski – to dla tych ludzi wielka sprawa. W tym roku pierwszy raz na takim spotkaniu był pracujący z nami od niedawna Radek Sobolewski, trener kadry U-18, i nie mógł wyjść z podziwu, jak wielkie to są emocje. A przecież mówimy o atlecie, o wielkim piłkarzu, o charakterze.

Robimy też takie campy w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku i Chicago, oraz w Toronto w Kanadzie. Ci piłkarze latem przyjeżdżają do Polski. Do polskich akademii właśnie z tych naszych projektów za oceanem trafili Zachary Zalewski – dziś w Jagiellonii oraz Oliver Scott – obecnie w Rakowie. I mam nadzieję, że za chwilę o nich usłyszy cała Polska. Cały ten proces zaś nie nazywam „naturalizowaniem”, a raczej „identyfikowaniem”.

Urodzony w Kanadzie, wychowany za Atlantykiem, dziś nadzieja Jagiellonii. Zachary Zalewski to jeden z chłopaków wyłowionych z campów. Fot. Akademia Jagiellonii

Czy macie jakieś badania na temat tego, jak wiek, w którym rozpoczyna się treningi, wpływa na „dorosłe” losy piłkarza?

– Oczywiście wiek startu mocno się obniżył. Widzieliśmy projekty, gdzie już dosłownie paroletnie dzieci próbuje się „przywiązać” do piłki nożnej. Jest bardzo mocna rywalizacja różnych dyscyplin, bo przecież mamy sporty wczesnej specjalizacji, do których trzeba trafić bardzo wcześnie, żeby sobie w nich poradzić. Piłka nożna do nich nie należy, nie ma granicy wiekowej, po przekroczeniu której nie można odnieść sukcesu. Mamy przypadki dziewcząt i chłopców, którzy zaczynali trenować w wieku lat nastu i to ciągle nie jest za późno. Dekady temu proces treningowy zwyklerozpoczynał się w wieku lat trzynastu-czternastu, choć inna rzecz, że ówczesny świat podwórek, obejmujący gry „dzielnica na dzielnicę” czy „blok na blok”, był dużo bardziej rozwinięty, a naturalne środowisko tego współzawodnictwa było na wyższym poziomie. Dziś też mamy zawodników i zawodniczki, którzy przez lata trenowali tylko raz czy dwa w tygodniu w małym klubie, ale jednocześnie wykazywali dużą aktywność poza strukturą klubu, by w wieku lat piętnastu-szesnastu trafić do najlepszych akademii w Polsce. Swoją drogą te akademie mają rozwinięte projekty w swoich miastach, trenują dzieci od szóstego czy siódmego roku życia, a w wieku lat piętnastu ich skauting i tak ściąga 80 chłopców z całej Polski, często z miejscowości bardzo małych. To znaczy, że jest wiele innych środowisk, w których te talenty mogą się rozwijać, i jest to kwestia ludzi.

Co to znaczy?

– Dam przykład z naszych badań: mamy dwa sąsiadujące miasta. Jedno ma 60 tysięcy mieszkańców i nie wydało dotąd żadnego reprezentanta Polski. Inne, leżące obok, ma tylko 15 tysięcy, ale pochodzi z niego aż trzech kadrowiczów. Przecież to nie jest kwestia miejsca narodzin, ale dobrze pracujących ludzi! Ja pochodzę z Wielkopolski. Istniał tam klub Marcinki Kępno, który w ciągu dekady dochował się czterech reprezentantów Polski!

Prowadzicie w związku wiele tego typu badań. Popularna teza, że lewonożnym łatwiej przebić się do wielkiej piłki, jest uzasadniona?

– Miałem takie statystyki, ilu lewonożnych w ogóle jest w społeczeństwie, ilu leworęcznych i ilu „dotyka” sportu. I rzeczywiście jest tu ich jakaś drobna procentowa przewaga. Podobnie rzecz się ma jednak w przypadku ludzi bardzo szybkich na tle całego społeczeństwa, albo bardzo wysokich. To potwierdzenie, żeby się w swym sportowym rozwoju skoncentrować na atutach. Widziałem taki fajny cytat na ścianie jednego z klubów niemieckich: „Piłkarz musi mieć przynajmniej jedną broń”. Jak ma więcej niż jedną, to może grać na poziomie reprezentacji. Jak ma jedną, to może grać w Bundeslidze. Jeśli ktoś jest wybitnie szybki, to budujmy jego rozwój wokół tego, że jest szybki i nie narzekajmy, że w tym czasie nie kontroluje dobrze piłki. Gdy ktoś znakomicie rozumie grę i fantastycznie zachowuje się w defensywie, to próbujmy budować jego rozwój wokół tego atutu. Szukajmy u każdego piłkarza tej jego szczególnej broni.

A w tych badaniach zauważacie, że zmienia się podejście samych zawodników do tego, co robią? Że jest u młodych ludzi większa świadomość tego, co powinni zrobić, żeby coś osiągnąć?

– Zdecydowanie tak. Generacje – a dyskutujemy o generacjach urodzonych w XXI wieku, używając do ich określenia kolejnych liter alfabetu się zmieniają. Potrzeby własnej ekspresji, własnego rozwoju są dzisiaj bardzo duże u młodego pokolenia. Kiedyś jednak chyba bardziej byliśmy w strukturze zespołowej, uwzględniającej poświęcenie dla innych. Dzisiaj grabie zasadnie grabią w swoją stronę. I wcale się temu nie dziwię, bo każdy chciałby się realizować, rozwijać. I trzeba w zespole tym ludziom dać przestrzeń ku temu, ale pamiętając o tym, że to jest zespołowa gra sportowa. Bezwzględnie jednak – chciałbym, żeby ten temat wybrzmiał – gigantyczny wpływ na młodych ludzi mają postaci wzorcowe.

Kogo pan ma na myśli?

– W polskim przypadku oczywiście Ewę Pajor i Roberta Lewandowskiego. Ten drugi absolutnie zmienił postrzeganie słowa „profesjonalista”. Miałem doświadczenia z trzynasto- i czternastoletnimi kandydatami do gry w reprezentacji Polski. Oni – wpatrzeni w „Lewego” dbali o dietę, o psychologa, o to, żeby skoncentrować się na każdym szczególe w przygotowaniu do treningu. Momentami to sfokusowanie na tym, by być „profi”, sprawiało wrażenie przejaskrawionego. Być może czasem tych bodźców jest za dużo i ktoś musi kontrolować ten cały proces, bo nie zawsze „więcej” znaczy „lepiej”. Ale nie mam wątpliwości, że z tego dziedzictwa Ewy czy Roberta polska piłka będzie korzystać.

Rozmawiał i notował Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się