Piłkarz meczu ze srebrną łyżeczką
Gracze KuPS przyjeżdżają do Poznania w zasadzie dla formalności; Lech dał im tydzień temu lekcję skuteczności. Cztery dekady temu Polacy też uczyli Finów z Kuopio kopania piłki, samemu szkoląc się z kolei ze skandynawskiego sposobu życia.
Wojciech Rudy (z prawej, z kapitańską opaską Zagłębia) na chwilę przed wyruszeniem na fińskie saksy. Fot. archiwum „Sportu”/Halina Pindór
Najpierw, tuż po mistrzostwach świata w Hiszpanii, trafił tam jeden z asystentów Antoniego Piechniczka, trener Bogusław Hajdas. I to on ściągnął tam duet rodaków. - Zaczynał budowanie zespołu od defensywy i zaproponował przyjazd Jurkowi Krasce i mnie – wspomina Wojciech Rudy. Obaj panowie spełniali już ówczesne warunki uzyskania zgody PRL-owskich władz na zagraniczne „saksy”. Byli po „trzydziestce”, z reprezentacyjnym dorobkiem w CV. Zresztą całkiem znaczącym. Gwardzista z Warszawy był mistrzem olimpijskim z Monachium, sosnowiczanin – srebrnym medalistą igrzysk w Montrealu i uczestnikiem finałów MŚ w Argentynie.
Finlandia – podobnie jak i dziś – nie była piłkarskim hegemonem (choć w eliminacjach EURO'84 postawiła nam się i w Helsinkach, gdzie Biało-czerwoni wygrali 3:2, i w Warszawie, sensacyjnie remisując 1:1 w ostatnim reprezentacyjnym meczu na Stadionie Dziesięciolecia). Klubowy futbol zorganizowany był w sposób zupełnie inny, niż w znanej naszym „emigrantom” rodzimej rzeczywistości, w której zatrudnieni byli na etatach w zakładach pracy (czasem paru) lub służbach mundurowych.
Dla kasy i... z nudów
- KuPS było klubem typowo amatorskim. Zawodnicy normalnie pracowali, na treningach spotykaliśmy się ok. 18-19. Tylko Jurek i ja w pierwszym sezonie dostaliśmy zawodowe kontrakty. Ale już w kolejnym... poprosiliśmy o zmianę: obaj podjęliśmy pracę! Po pierwsze – bo oczywiście bardziej się nam to opłacało. Po drugie – szybciej upływał nam dzień – śmieje się nasz rozmówca. Pierwotnie pracował w magazynie sprzętu sportowego, prowadzącego sprzedaż wysyłkową. Później zaś – w firmie zajmującej się zagospodarowaniem terenów zielonych przy nowo oddawanych budynkach mieszkalnych. - Już wtedy Finowie przywiązywali ogromną wagę do ekologii, do zdrowia itp. Ale i do codziennego porządku – mówi nam Wojciech Rudy, przytaczając znamiennym przykład: - Między październikiem a kwietniem w Finlandii jest de facto zima. Śnieg czasami padał całymi tygodniami. A mimo to, kiedy rano wychodziło się z domu, na ulicach i chodnikach nie było go ani grama! Wszystko odśnieżone, i to oczywiście ekologicznie, bez użycia środków chemicznych. Długo nie mogliśmy się temu nadziwić!
„Przecież się otrujecie!”
Prozdrowotne podejście Finów do życia przejawiało się też w... codziennej rekreacji. W „krainie tysiąca jezior” jej mieszkańcy popołudniami, po pracy, zakładali narty i tysiącami wychodzili na zamarznięte tafle, przemierzając je – każdy we własnym tempie – wzdłuż i w poprzek. - Zdrowie, czystość, wzajemny szacunek, tolerancja – Rudy wymienia te elementy codzienności, które ujęły go w skandynawskim społeczeństwie, żyjącym blisko przyrody i w harmonii z nią. Ale nawet w tym elemencie Polacy potrafili czymś zaskoczyć gospodarzy.
- Z Kuopio na niektóre mecze jechaliśmy 400-500 kilometrów – mówi. - Ale wyjazdy i tak były w dniu spotkania wczesnym rankiem. Po drodze autokar zatrzymywał się w lesie. Wystarczyło wtedy wejść kilka-kilkadziesiąt metrów w głąb i już mogłeś wrócić z torbą pełną grzybów. Korzystaliśmy z Jurkiem z tej obfitości. Koledzy wtedy patrzyli na nas dziwnie, a nawet z przestrachem: „Przecież się otrujecie!” - opowiada były reprezentant Polski.
Reprymenda od narciarzy
Bogusław Hajdas zmienił też nieco zwyczaje treningowe. Wolne dawał podopiecznym wyłącznie na cztery-pięć tygodni, w okresie świąteczno-noworocznym. To był ten czas, kiedy on i jego rodacy mogli wpaść na chwilę do domu. Zaraz potem zaczynał zajęcia. Jego podopieczni – miast po górach, jak w Polsce – zasuwali po wspomnianych zamarzniętych jeziorach (- Kiedyś wysłał nas, jak się okazało, na trasę biegową przygotowaną dla narciarzy, z wyżłobionymi torami. Niezłą reprymendę zebraliśmy wtedy od biegaczy! - śmieje się Rudy), a potem trenowali w halach, wyposażonych w pełnowymiarowe (!) boiska piłkarskie.
Mimo obecności dwóch polskich internacjonałów na murawie, a trzeciego – na trenerskiej ławie, amatorzy z Kuopio w owych latach w lidze byli typowym średniakiem. Sezon 1983 skończyli na 9. miejscu, kolejny – tylko „oczko” wyżej. Nasi piłkarze potrafili jednak zaznaczyć swą obecność na murawie.
Zorze, białe noce, sauny
Rudy: - Podobnie jak w Polsce, grałem na lewej obronie. Ale miałem zgodę na ofensywne „wyprawy”, i bramek nastrzelałem tam więcej, niż przez lata gry w polskiej pierwszej lidze. Nazbierałem też trochę wyróżnień dla „piłkarza meczu”, wybieranego po każdym spotkaniu. Sponsorem była jedna z fińskich gazet, a nagrodą – zestaw... srebrnych łyżeczek. Do dziś mam ich w domu dość sporo, tak naprawdę to jedyna pamiątka po tych miesiącach spędzonych w Finlandii.
Zostały jeszcze oczywiście wspomnienia: zórz polarnych, białych nocy w trakcie polarnego lata, podczas których w piłkę można było grać przy naturalnym świetle i o 23.00, wizyt w saunach, które budowane były nawet w zwykłych blokach mieszkalnych. No i języka, którego w zasadzie nie sposób się było nauczyć!
Dariusz Leśnikowski
dziś, 21.00 – Polsat Sport 1
