Pierwsze wyzwanie królowej
Kort centralny, wtorek, 14.30 - to wtedy Iga Świątek zainauguruje obronę tytułu. Po drugiej stronie stanie rywalka jedyna w swoim rodzaju.
Taylor Townsend odbiega może od standardowego wyobrażenia o mistrzyni tenisa, ale to pozory... Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus
WIMBLEDON
Nasza rakieta numer 1 będzie musiała od samego początku zachować pełną koncentrację w starciu z jedną z najlepszych deblistek świata, Taylor Townsend. Będzie to pierwsze w historii spotkanie tych zawodniczek. 30-letnia leworęczna Amerykanka co prawda w Wimbledonie w singlu nie grała dalej niż w drugiej rundzie – jest mistrzynią w grze podwójnej sprzed dwóch lat – ale marzy o sprawieniu sensacji i pokonaniu sześciokrotnej mistrzyni turniejów wielkoszlemowych.
Jedna z dwóch
Przez długi czas trawa była dla Igi Świątek najbardziej problematyczną nawierzchnią, a mimo to przed rokiem przeszła przez siedem meczów Wimbledonu i zdobyła tytuł, tracąc po drodze zaledwie jednego seta, a w finale z Amandą Anisimovą nie oddała nawet gema!
Dzięki temu została: pierwszą Polką - lub Polakiem - w historii, którzy wygrali singlowy Wimbledon, pierwszą kobietą od czasu Moniki Seles w 1992 roku, która zamieniła swoje pierwsze sześć finałów Wielkiego Szlema w sześć tytułów oraz jedyną aktywną tenisistką, która zdobyła wielkoszlemowe tytuły na wszystkich trzech nawierzchniach: ceglanej, twardej i trawiastej. Dopiero ostatni powrót Sereny Williams sprawia, że obecnie aktywne są już dwie takie tenisistki.
Przed rozpoczęciem tegorocznej edycji Iga wspominała swój wielki triumf. – Pamiętam, że byłam wtedy całkowicie skupiona na celu. Czułam ogromny spokój i pewność swoich uderzeń. Nie miałam prawie wątpliwości. To właśnie pozwala wygrywać. Wiele zawodniczek ma umiejętności, by zdobyć tytuł wielkoszlemowy, ale to sfera mentalna robi największą różnicę – podkreślała Polka.
Szuka bez skutku
Problem w tym, że Świątek od dawna nie ma niczego z wymienionych: spokoju, pewności na korcie, siły mentalnej. Od zdobycia tytułu w Seulu we wrześniu ubiegłego roku nie potrafi odzyskać swojej najlepszej formy. Kulminacja problemów nastąpiła trzy miesiące temu w Miami, gdzie porażka z Magdą Linette oznaczała jej pierwszą przegraną już na inaugurację turnieju od 2021 roku. Trzy dni później zakończyła współpracę z Wimem Fissette'em, z którym wspólnie wywalczyli ubiegłoroczny triumf na Wimbledonie.
W kwietniu Polka rozpoczęła nowy etap, nawiązując współpracę z Francisco Roigiem, w latach 2005-22 członkiem sztabu Rafaela Nadala. W maju pojawiły się pierwsze oznaki poprawy – dotarła do półfinału w Rzymie, osiągając swój najlepszy wynik od czasu zwycięstwa w Korei. Jednak Roland Garros, który przez lata był jej prawdziwą twierdzą, zakończył się rozczarowaniem. W 1/8 finału Świątek poniosła wyraźną porażkę z Martą Kostjuk.
Bez dużych oczekiwań
Sprawdzian na trawie też wypadł blado – zakończył się porażką z Emmą Navarro już w pierwszym meczu w Bad Homburg, gdzie przed rokiem Raszynianka biła się w finale. Obecnie zajmuje dopiero 11. miejsce w tegorocznym rankingu WTA Race (czyli zabrakłoby jej w wieńczącym sezon WTA Finals), ale mimo to nic nie jest w stanie przyćmić radości Świątek z powrotu na korty SW19.
- Jestem dumna z tego, co wydarzyło się w zeszłym roku. To było więcej niż spełnienie marzeń, bo wcześniej uważałam, że to jest niemożliwe, ale przede mną kolejny turniej, muszę skupić się na teraźniejszości. Jestem jednak w takim miejscu, że staram się nie mieć zbyt wysokich oczekiwań. To turniej, który stawia przed obrończynią tytułu zupełnie inne wyzwania, głównie ze względu na całą otoczkę, jaka się z tym wiąże. Dlaczego tak trudno powtórzyć ten sukces? Nie potrafię odpowiedzieć – przyznała Iga.
Miała zrzucać kilogramy...
O jej potencjalnych rywalkach w dalszej fazie turnieju i drodze do obrony tytułu – co nie udało się w Wimbledonie żadnej tenisistce od dekady, a tylko trzem w ostatnich 30 latach - nie ma za bardzo co mówić. Na razie trzeba pokonać Townsend, tenisistkę jedyną w swoim rodzaju.
Inspirująca się Martiną Navratilovą i siostrami Williams – jej starsza siostra też grała w tenisa, do czasu poważnej kontuzji – 30-latka rodem z Chicago była najlepszą juniorką świata, wygrywała Wielkie Szlemy w singlu i w deblu. W 2012 roku skłóciła się jednak z amerykańską federacją USTA. Od zawsze była „duża”; rodzice jej rywalek-rówieśniczek często chcieli sprawdzać jej metrykę, czy aby nie jest starsza niż podaje. Zamiast „dzikiej karty” do seniorskiego US Open, na którą liczyła, wręczono jej bilet na 8-tygodniowy obóz fitness, by zrzuciła zbędne kilogramy... Nie posłuchała, zagrała w turnieju dziewczyn, a potem wyrzuciła z siebie wszystko na konferencji prasowej. Od tej pory jej relacje z USTA stały się więcej niż chłodne.
Mimo braku wsparcia nie poddała się, choć miała epizod depresyjny i na kilka miesięcy rzuciła nawet tenis. Townsend zwierzała się też z rasizmu i wykluczenia, jakiego doświadczała. W marcu 2021 urodziła syna - Aydn Aubreya - i zawiesiła karierę, ale wróciła i choć odbiega wyglądem od wizerunku „standardowej” tenisistki, radzi sobie doskonale: jest jedną z dwóch – obok Kateriny Siniakovej – najlepszych deblistek świata, w grze podwójnej wygrała 16 turniejów, na korcie zarobiła ponad 9 milionów dolarów.
Nie chce do szufladki
Townsend nie chce być jednak „specjalistką od debla”. Po awansie do pierwszych w karierze finałów w singlu powiedziała, że zamierza „robić wszystko po swojemu” i uciszyć krytyków. Najbliżej tego była przed rokiem w US Open – najpierw pokonała Jelenę Ostapienko, z którą miała następnie słowną utarczkę przy siatce („nie masz klasy, ani wychowania” - zarzuciła jej sfrustrowana Łotyszka), ale to ona zyskała uznanie kibiców i innych zawodniczek. Potem sensacyjnie wyeliminowała Mirrę Andriejewą i była o krok od awansu do pierwszego w karierze ćwierćfinału turnieju wielkoszlemowego – w spotkaniu z Barborą Krejcikovą miała 8 piłek meczowych (!), ale Czeszka się obroniła i wygrała w trzech setach.
Najwyżej była notowana na 46. miejscu, obecnie jest 79. Słynie z potężnego serwisu, lubi grać slajsem i przy siatce (jak to deblistka). Przeszła sporo na korcie i poza nim, jest zahartowana i twarda. Świątek nie będzie łatwo zrobić pierwszy krok w misji niemożliwej...
Tomasz Mucha
„Złodziejka”, seria druga
- Nie został mi już ani jeden ręcznik z zeszłego roku. Chcieli je moi znajomi, moja rodzina. Część oddałam na cele charytatywne, bo cała historia stała się viralem. Chyba będę musiała „ukraść” jeszcze więcej, bo to najlepsza pamiątka, jaką można przywieźć z turnieju – przyznała Iga Świątek z rozbrajającym uśmiechem. Przed rokiem została „przyłapana”, jak po swoich meczach pakuje wimbledońskie ręczniki do toreb.
