Petropuchary

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

„Tato, kiedy wreszcie znowu będzie El Clasico?”- zapytał bodaj tydzień temu Antoś, wygrzebawszy z szuflady oryginalną koszulkę Barcy, co ją był dostał pod choinkę. Przepraszam za natychmiastową dygresję, ale mam adhd: „oryginalność” zdaje się być odwiecznym fetyszem - jeszcze za moich czasów dziecięcych w siermiężnym PRLu towarem luksusowym były „oryginalne prospekty”, czyli zachodnie materiały promocyjne darmowo dostępne w salonach samochodowych, co to je wujowie z Reichu zgarniali i dołączali do paketów; we wczesnych najntisach królowały zaś w witrynach kiosków paczki papierosów Golden American, którym copywriterzy wymyślili bez szczególnego wysiłku skuteczne hasło reklamowe „oryginalny amerykański smak”. Owóż, Antoś przywdział wyjazdówkę Barcy, bo akurat była na wierzchu sterty tych wypranych i przypomniał sobie, że od ostatniego Gran Derbi minął już kwartał. Co w skrajnie skomercjalizowanym świecie futbolu oznaczać może tylko, że pora już najwyższa – najbardziej złotodajny towar, powszechnie konsumowany przez miliardową widownię pod każdą szerokością geograficzną, musi być dostępny co najmniej kilka razy do roku. Antoś trafił z pytaniem jeszcze przed półfinałami Superpucharu Króla, więc mu odpowiedziałem: „Jak wszystko dobrze pójdzie, Barca zagra z Realem już w niedzielę wieczorem”. Ale czy mogło pójść źle? Czy nie po to Saudowie ściągają rokrocznie do siebie cztery topowe drużyny z La Liga i rozstawiają je odpowiednio, żeby mieć swoje El Clasico? Po raz ostatni Real wywinął szpryngla przed pięciu laty, przegrywając półfinał z Bilbao, ale to było w covidzie przy pustych trybunach, więc się nie liczy, rok wcześniej Barca nie sprostała Atletico, więc Arabowie musieli się obejść smakiem i zobaczyć finałowe derby Madrytu.

W tym roku Barca załatwiła sprawę już w pierwszej połowie półfinału z Baskami, Fermin i Raphinha puszczali takie torpedy w okno bramki Unaia Simona, że nawet nie odprowadzał piłki wzrokiem – była na to za szybka. Antoś jak większość jego rówieśników jest nałogowym graczem w Fifę, wciąż łakomym zwycięstw, dlatego niezmiennie wygrywa na poziomie „amator”, a kiedy mu kiedyś dla witzu przestawiłem level na „klasę światową”, śmiertelnie się obraził. Jemu nie chodzi o rywalizację, on po prostu transowo łomocze przeciwników dwucyfrówkami, to go uspokaja. Mecz Barcy z Athletic wyglądał podobnie, Katalończykom wychodziło wszystko, Baskom nic. Joan Garcia sycił się schadenfreude, bo jego vis-a-vis jest numerem jeden w reprezentacji, a przecież nowy golkiper Barcelony już teraz zdaje się go przerastać talentem i werwą; fakt, że wciąż nie zdołał zadebiutować w kadrze Hiszpanii musi zdumiewać. Kilka dni wcześniej, w derbach Barcelony Garcia przeszedł samego siebie w sensie ścisłym: nie tylko wybronił wszystko, co było w jego zasięgu, ale przeszedł do historii paradą niemożliwą – popchnął swojego stopera tak, by ten upadając zablokował strzał, do którego bramkarz nie miałby szansy zdążyć. Trzeba mieć żelazne cojones, żeby takie sztuki wyprawiać na stadionie Espanolu, gdzie Garcia jest obecnie wrogiem publicznym numer jeden, wszak przed sezonem stąd właśnie, od znienawidzonego sąsiada, ściągnęła go do siebie Blaugrana. Młody Katalończyk był przez cały mecz lżony, nasłuchał się setek gróźb karalnych, fanatyczni kibice rzucali w niego sztucznymi szczurami i banknotami z wizerunkiem „zdrajcy”, ale to tylko go zmotywowało do zagrania meczu życia. W drugim półfinale Supercopa Atletico przegrało z Realem, bo Alexander Sorloth tylko raz dołożył umiejętnie głowę ze stuprocentowej pozycji, miał zaś obowiązek uczynić to co najmniej dwukrotnie, ale irytująco często zachowuje się jak, nie przymierzając, Mileta Rajovic, więc piłka odbija się od niego i leci w trybuny.

Oto więc dostaliśmy sznycel w złotej panierce na niedzielną kolację, Saudowie znowu mogli ocieplić swój wizerunek w świetle największych gwiazd futbolu, kto by się w takim blasku jupiterów przejmował tym, że za murami stadionu grasuje na co dzień policja religijna, za homoseksualizm wymierza się karę śmierci, a za samo upominanie się o prawa człowieka można zostać wychłostanym. Pecunia non olet, choć pytanie, czy petrodolary są obecnie brudniejsze od dolara amerykańskiego wydaje się zasadne – szejkowie przynajmniej nie udają, że demokracja ich nie interesuje.

W czwartkowy wieczór także Francuzi zagrali o Superpuchar na Półwyspie Arabskim - PSG zmierzyło się z Olympique Marseille i zdobyło pierwsze tegoroczne trofeum głównie za sprawą Lucasa Chevaliera. Chłop wybronił w czwartek tyle strzałów rozjuszonych Marsylczyków, także z najbliższej odległości, że wystarczyłoby do listy pięciu najlepszych parad roku, a jakby tego było mało, złamał rywalom serca broniąc dwa kolejne karne w serii jedenastek. Toż prosi się, by jakiś poemat bramkarski mu poświęcić, choć lecąc w górę jak żagiel na wiatrach to nie za Atlantyk wybił piłkę jednym ciosem, jak Zamora w wierszu Kazimierza Wierzyńskiego, lecz nad Zatokę Kuwejcką. Cieszmy się, że wciąż żyjemy w czasach futbolowej dominacji Europy, choć PSG jest klubem katarskim, Marsylia jest w rękach jankesa, Real reklamuje na koszulkach emirackie linie lotnicze, Barca reklamowała Quatar Airways. Jak się piłka ostatecznie przeniesie za pieniądzem na inne kontynenty, będziemy wiecznie niewyspani. Na samą myśl o nadchodzącym mundialu ziewam – wszak jeśli nasi awansują, trzeba będzie wstać przed czwartą rano, żeby zobaczyć, jak się kopiemy z Tunezją.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się