Pasy pasują (do wszystkiego)

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Jeśliś jest tatą piłkarza, nie masz problemu z prezentami. Antek rozbija bank każdego grudnia, urodzony w Barbórkę, dostaje podarki na geburstag, od Mikołaja, pod choinkę, a na każdą z tych okazji chce mieć koszulkę piłkarską. Najchętniej Barcelony, pomarańczowa wyjazdówka, musztardowa wyjazdówka (ja to mam swoją wyjazdową musztardówkę, chętnie napełniam destylatem rozgrzewającym), klasyczna niebiesko-czerwona domówka – trykotów nigdy dość, łazi w tym po domu, do szkoły, gra po godzinach, zakłada do śniadania, kolacji, korepetycji, do grania w fifę lub na nerwach starym.

Koszulka jest dobra na wszystko, jajka też wtranżalałby tylko w koszulkach, od kiedy matka mu podała kiedyś na szparagi. Jest to, trzeba przyznać, dla rodzica ułatwienie fundamentalne – nigdy nie jesteś w stanie przestrzelić z prezentem - wujowie i cioteczki też już wiedzą, po urodzinach Antek tonie w koszulkach i wcale nie ma nikomu za złe, że ktoś kogoś zdublował, jak nie Barca, to Legia, bo wiedzą, że w niej gra, ważne, że na rozmiar. Najbardziej gustuje w koszulkach pasiastych, ma to po ojcu, czyli po mnie, jakby mu kto przez pomyłkę podarował Atletico, Milan czy Inter, też się ucieszy, ach, on by się nawet ucieszył, nie przymierzając, z koszulki Polonii Bytom. Barwy jak najbardziej barcelońskie, a minionej jesieni i wyniki podobne, tak się w Bytomiu pod wodzą Łukasza Tomczyka rozpędzono, że już go Raków zamierza przytulić w ranę po Papszunie jako opatrunek.

Nie ma się co zresztą dziwić, Tomczyk to częstochowianin rodowity, w Rakowie pierwsze kroki stawiał, to dla niego powrót do macierzy, tak, jak w pewnym sensie na ojcowiznę Papszun wraca do Warszawy. Byłaby to nadzwyczaj romantyczna historia, gdyby na tej rotacji skorzystali wszyscy, znaczy: Tomczyk dowiózł mistrzostwo, Papszun utrzymał Legię, a i Polonia z rozpędu do ekstraklasy wróciła. Klubów śląskich nigdy dosyć, jeśli czegoś w swojej kibicowskiej biografii żałuję, to żem się urodził o dekadę za późno i ekstraklasy złożonej w połowie z drużyn naszego województwa pamiętać nie mogę. Wszelako, w kontekście koszulkowym obejrzałem niedzielny mecz Crystal Palace (a jakże! Niebiesko-czerwone pasy!) z obywatelskim Męczesterem, który gospodarzy zaMęczył i wygrał bez większego trudu. Choć gdybym to ja miał moc decyzyjną, w ogóle bym ekipy Guardiolli na boisko nie wpuścił w komplecie poprzetykanym neonową żółcią, walącą po oczach nie tylko kibiców, ale i piłkarzy – są granice agresywnego kiczu, które te stroje wyjazdowe Obywateli przekraczają.

Cóż począć, Palace na pocieszenie ma swoje zwycięstwo estetyczne. Bo pasy zawsze estetycznie wygrywają. Dla takiego Jurka Pilcha to była jedyna pociecha w jego nieszczęsnym żywocie fana Cracovii, idealnie wpasowanym między sukcesy klubu, które odnosił rzadziej niż od wielkiego dzwonu (Zygmunt bije częściej niż Cracovia coś zdobywa) - Jurek urodził się 4 lata po ostatnim mistrzostwie Pasów, zmarł kilka tygodni przed zdobyciem Pucharu Polski. Jako mistrz kibicowskiej mizerabilistyki pisał o cierpieniu fana klubu, który zawsze przegrywa, za to koszulki ma najpiękniejsze. Jest jakaś dynamika napięć w pionowych pasach, która sprawia, że nawet jak drużyna ledwie człapie, zdaje się, że jest wybiegana. Pasiaste koszulki dają kibicom złudzenie optyczne, ale też dobrze się kojarzą – mnie jako fanowi Argentyny (pozdrawiam Pawła Czado) kojarzą się najlepiej pod słońcem ze wznoszeniem Pucharu Świata przez Messiego, Maradonę i Pasarellę. Niebiesko-białe pionowe pasy bywały też strojami Ruchu, zarówno w jednym z sezonów mistrzowskich z lat siedemdziesiątych, jak i niestety na początku serii spadków, zakończonej wylotem z centralnego poziomu rozgrywek.

Czarno-białe pasy to ikoniczny strój wielkiego Juventusu, na którego legendarnym duecie Boniek – Platini się w latach osiemdziesiątych wychowałem, to była dla Polski pierwsza taka sytuacja, nasz człowiek jako gwiazda najlepszej drużyny na świecie, zaprzyjaźniony z najlepszym piłkarzem Europy; mieliśmy papieża w Watykanie i Bońka w Juventusie, łatwiej było znosić wielką smutę gnijącego PRL-u. W żółto-czarnych pasach biegał też w XXI wieku nasz tercet dortmundzki, który wyważył drzwi do wielkiej piłki klubowej Polakom przez dwie dekady traktowanym jako futbolowy trzeci świat – wcześniej podniecaliśmy się pojedynczymi występami naszych piłkarzy w ligach top 5, bo najczęściej lądowali na saksach cypryjskich, izraelskich czy tureckich. Nasze gwiazdy mają szczęście do pasów (może poza Tomaszem Hajtą - jeśli redakcja uzna, że to zbyt czarny dowcip, proszę mnie ocenzurować). W ciemno bym pasom kibicował w derbach Madrytu – przeciw tej królewskiej, dostojnej bieli zawsze jestem po stronie rojiblancos, w ogóle zazdroszczę tych przydomków wziętych od kolorowych pasów: Blaugrana, Neroazzuri, Rossoneri – to przełamanie robi robotę zwłaszcza w językach obcych, no i kojarzy się z klubowymi potęgami.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się