Papszun nie zdawał sobie sprawy...

Rozmowa z Mariuszem Śrutwą, legendą Ruchu, byłym piłkarzem Legii, zdobywcą 103 bramek w ekstraklasie

Niewyraźna mina Marka Papszuna w gronie paru współpracowników z 28-osobowego sztabu szkoleniowego... Fot. Weronika Morciszek / Press Focus

Jak pan postrzega Ilję Szkurina?

– Kogo?

No... Ilję Szkurina? Napastnika. Dziś w GieKSie, poprzednio w Legii, a jeszcze wcześniej w Stali Mielec.

– A ile on – jako ten napastnik – goli nastrzelał w lidze?

W Stali to w sumie ze dwadzieścia. W Legii dwa, w GKS-ie – na razie też dwa w ekstraklasie, i jeszcze trzy w Pucharze Polski.

– No proszę. Czyli generalnie zawodnik na... drugą ligę, która dziś zwie się pierwszą. Oczywiście wiem, kto to jest Szkurin. Moje pytanie było przekorne. Ale pewnie bardziej by mi w oczy wpadł i został z tyłu głowy, gdyby się rzeczywiście w lidze wybijał. A my niestety problem mamy taki, że bardzo dużo u nas takich napastników, którzy tymi napastnikami są tylko z nazwy. A jak przychodzi do tego, co powinni robić na boisku, czyli strzelać bramki, to okazuje się, że w dwa lata strzelili ich cztery. Najgorsze w tym wszystkim jest zaś to, że kluby się... i tak za nimi zabijają, kibice przecierają oczy ze zdumienia, co ten gość robi w tym towarzystwie, a najwięcej zarabiają na tym menedżerowie. Chłop za chwilę ląduje w kolejnym klubie, a my wszyscy się zastanawiamy, czy będzie, czy nie będzie strzelać. No więc odpowiadam: nie będzie. Mamy bardzo dużo bylejakości w polskiej lidze pochodzącej spoza granic naszego kraju. Pytanie, czy jeśli i tak ma być byle jako, to może lepiej postawić na któregoś z młodych Polaków. Przynajmniej bardziej swojsko będzie. No i pytanie: ile zarabia taki gość – często z publicznych pieniędzy? Sądzę, że niejeden z nas pozazdrościłby tego, co dostaje każdego miesiąca. A już na pewno tego, co zarobił jego menadżer.

No i tu – zdaje się – mamy wyjaśnienie pytania, po co ten ruch w interesie z bylejakością...

– W większości normalnych piłkarsko krajów, gdzie ligi są na dużo wyższym poziomie, trzeba być lepszym od rodzimego piłkarza, żeby zaistnieć. A my ciągle bylejakością się zadowalamy. Niedawno któryś ze znajomych powiedział mi, że by zobaczyć polskich piłkarzy, musi oglądać Barcelonę lub Porto, bo tam jest ich więcej niż w Radomiaku na przykład. Co gorsza, przechodzimy nad tym do porządku dziennego, budzi to w nas już tylko politowanie i śmiech. A powinno – złość.

Padła już nazwa Legia, którą ćwierć wieku temu poznawał pan od środka. Zaskakuje pana obecne jej miejsce w tabeli?

– Nieszczególnie. Lata i dekady mijają, właściciele i trenerzy przychodzą i odchodzą, tylko w samym obrazie klubu nic się nie zmienia: wciąż bardzo duże pieniądze, ogromne aspiracje, fantastyczne możliwości i wyniki kompletnie do tego wszystkiego niepasujące.

Dlaczego?

– Bo jest tam za dużo ludzi, którzy patrzą tylko na to, żeby dobrze i godnie żyć, a nie żeby dobrze i godnie pracować. Bardzo źle dobierane składy, jeżeli chodzi o charakterologiczne podejście do drużyny, wielu gra dla siebie, a nie dla zespołu. Jak mamy takich „gwiazd” pięć, sześć, osiem, dziesięć czy nawet piętnaście w drużynie, to już w ogóle jest katastrofa. Topione kolejne miliony, wielka klapa z ludźmi z teoretycznie dobrymi nazwiskami i nieustające dywagacje, o co w tym chodzi. No to ja powiedziałem, o co chodzi...

Marek Papszun poradzi sobie?

– Na razie ma przede wszystkim dużo szczęścia. Gdyby nie cud w Gdyni i dwie bramki strzelone w doliczonym czasie, byłby z Legią na samym dnie. To fachowiec, ale myślę, że nie zdawał sobie sprawy właśnie z tego, jaki to jest klub, jak tam w środku to wszystko wygląda.

Nawet jako rodowity warszawianin, który w końcu dostał szansę realizacji marzeń?

– Marzenia można mieć, natomiast w końcu trzeba je skomponować, skonfrontować z rzeczywistością. A ta jest w Warszawie co prawda kolorowa, ale... nieciekawa. Papszun musi mocno okrzepnąć, zaglądnąć we wszystkie klubowe zakamarki... Podejrzewam – a nawet jestem pewien – że nie spodziewał się, że będzie tak ciężko na starcie. Teraz jedzie do Katowic, gdzie też nie będzie miał łatwo. A w przypadku porażki zacznie się już pierwsze wieszanie na nim psów i krytyka się pojawi.

Myśli pan, że zdąży się ogarnąć przed końcem sezonu i Legia nie spadnie?

– Spadek – z takim budżetem i z takimi piłkarzami – byłby katastrofą dla Legii, dla trenera... Poczekajmy jeszcze dwa-trzy mecze – zobaczymy, co się zmieni.

Kibice też tak uważają. I zagrozili zawodnikom, że ich „za***ią”, jeśli Legia spadnie.

– Kibice to bardzo specyficzna grupa społeczna. Zazwyczaj mają jakieś podstawy do takiego zachowania. Pewnie wiedzą więcej o tym, co dzieje się poza treningami, na tak zwanym mieście. Nie wierzę, że gdyby zawodnicy byli bardzo mocno zaangażowani i profesjonalnie podchodzili do swoich obowiązków, takie okrzyki by się na trybunach pojawiły. Te słowa oczywiście nie są miłe, dużo osób powie, że nieakceptowalne. Ale nie padłyby, gdyby ci zawodnicy dawali z siebie wszystko i przegrywali po walce, po zaangażowaniu, po sportowej postawie na boisku i poza nim.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Mariusz Śrutwa jak zawsze nie gryzie się w język. Fot. Norbert Barczyk / Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się