Pamiętamy o Bogdanie Natherze
WSPOMNIENIE
Redaktor Bogdan Nather (z lewej) z Robertem Małkiem. Z sędziowskim środowiskiem był za pan brat. Fot. Wojciech Karpiński/Pressfocus
Ze „Sportem” związany był od 40 lat. Zaczynał jeszcze na studiach. Przechodził przez wszystkie etapy w redakcji. Słynął z kąśliwej uwagi, ironii, z niejednym miał na pieńku, ale jedno było pewne: jego teksty miały barwę i nie można było nie zwrócić na nie uwagi! Przykłady? O trenerze Johnie van den Bromie pisał, kiedy ten odchodził z Lecha: „Holendra potraktowano jak chrześcijańskiego męczennika idącego na spotkanie z lwem, zapomniano mu tylko powiedzieć, że nawet jeżeli pokona to groźne zwierzę, to i tak zostanie ukrzyżowany”.
O historycznym mistrzostwie Polski Jagiellonii w maju 2024, kiedy Białostoczanie wygrali z Wartą 3:0. „Mecz przypominał pojedynek Dawida z Goliatem, z tą różnicą, że tym razem lepszy był wielkolud. Trochę to przypominało ciosy zadane kulą do kręgli, na dodatek urozmaiconą zębami rekina”.
To był styl Bogdana! Czasami ostry i dosadny jak brzytwa, bo też potrafił rzucić przysłowiowym „mięsem”. Nie wiem, czy powinienem to pisać, ale jedno z jego powiedzonek to: „odejdź chu..., bo ci ubliżę”. Cały Bogdan!
Odszedł, jak wielu z nas sportowych dziennikarzy, stanowczo za wcześnie. Kiedy już chorował i nie wstawał z łóżka, podjeżdżałem do niego do Zakładu Opieki Długoterminowej. Już na dni przed śmiercią, kiedy wszystko zmierzało w złym kierunku, podjechałem, chwyciłem za rękę i zapytałem: „Bogdan, jak się czujesz?”. Otwarł oczy, spojrzał i odpowiedział: „jak ciebie widzę, to od razu lepiej”. Nie zapomnę tego. Szkoda, że nie ma go już z nami, bo bardzo by się teraz w „Sporcie” przydał, jak było zresztą przez cztery dekady!
Michał Zichlarz.
