Ostatnie takie tango
35 lat – tyle minęło od ostatniego awansu polskiego klubu do półfinału europejskiego pucharu. Ci, którzy widzieli tamten sukces na własne oczy (choćby tylko w TV), z pewnością pamiętają każdy jego szczegół.
Po niemal 30 latach od pamiętnych meczów z Sampdorią Wojciech Kowalczyk na chwilę reaktywował swą boiskową przygodę w szeregach KTS Weszło. Fot. Adam Starszyński / Press Focus
Z lamusa
Barcelona, Manchester United, Juventus i... Legia – to skład półfinalistów Pucharu Europy Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Wielką sensacją była obecność w tym gronie ekipy z Warszawy. Nic dziwnego: w ćwierćfinale rywalem Wojskowych – w tamtym momencie wciąż jeszcze właśnie Ministerstwo Obrony Narodowej sprawowało rolę patrona klubu z Łazienkowskiej – była broniąca trofeum (i zmierzająca po jedyne w swej historii scudetto) Sampdoria. Pagliuca, Vierchowood, Lombardo, Vialli, Mancini, Dossena – w Genui zgromadzono plejadę włoskich gwiazd futbolu, a przecież byli jeszcze i niepospolici stranieri: Toninho Cerezo, Srecko Katanec czy Aleksiej Michajliczenko.
10 tysięcy dolarów „w pamięci”...
Naprzeciw genueńskiego dream teamu u progu marca 1991 stanęła grupa legionistów, którzy w ligowej tabeli pętali się gdzieś między miejscem siódmym a jedenastym, bez gwarancji utrzymania! Wyeliminowanie luksemburskiego zespołu Swift Hesperange przeszło bez echa, pokonanie (0:0 i 1:0) szkockiego Aberdeen też nie wywołało wielkiego „halo”. Podjęcie rywalizacji z Włochami wydawało się z kolei tak abstrakcyjną myślą, że generalicja bez większego zastanowienia przystała na wpisanie w umowę nagrody 10 tysięcy dolarów „na łebka” za ich przeskoczenie i awans do półfinału. Choć przemiany ustrojowe już trwały, taka suma wciąż wywoływała wielkie emocje, bo też wielką w tamtej rzeczywistości jeszcze była. Mundurowi wypłaty owej premii jednak nie zakładali.
…a na piersiach plastry
W głowach decydentów UEFA rodził się już w tym czasie podział na piłkarską „Europę dwóch prędkości”; do tego doprowadzić miała wcielona wkrótce w życie idea Ligi Mistrzów. Biedacy „zza żelaznej kurtyny” – nawet jeśli ona już opadła – pozostać mieli na peryferiach futbolu. A że tkwili w nich na całego, świadczy fakt, że przed dwumeczem z Sampdorią brakło kasy na nowe stroje, w których można byłoby się pokazać bez obciachu. Załatwił je dopiero kibic... Widzewa Andrzej Grajewski, ale widniejącą na nich nazwę niemieckiego koncernu mleczarskiego legioniści... we własnym zakresie zaklejali plastrami. I to na ostatnią chwilę, bo w klubie nie było świadomości, że takie reklamy wcześniej zgłosić trzeba do do UEFA...
Między Czerniakowską a kanałkiem
Pierwsze spotkanie, przy Łazienkowskiej, przyniosło niespodziankę. Po golu Dariusza Czykiera gospodarze wygrali 1:0, a do takiego wyniku przyczynił się nie tylko brak Viallego czy Michajliczenki w ekipie rywali, ale także grząskie boisko, którego stan po latach Wojciech Kowalczyk określił mianem „wstrząsającego dla Włochów”. Płyta była w tak kiepskim stanie, że nawet gospodarze przed meczem trenowali nie na niej, a „między Czerniakowską a kanałkiem na strażackim boisku z małymi bramkami; ale przynajmniej trawiastym” – powie parę dekad później „Kowal” portalowi „Legioniści”.
Z „Żylety” na boisko
A propos – „Kowal”... Chłopak z Bródna – jak opowiadał później – jeszcze w trakcie meczów z Luksemburczykami czy Szkotami siedział „na Żylecie” i zdzierał gardło, dopingując graczy z „eLką”. Kiedy zimą Roman Kosecki – za pół mln dolarów dla klubu, a kolczyk z brylantem i BMW dla niego – poszedł na wypożyczenie do Galatasaray, znalazło się dla „Kowala” miejsce w kadrze Legii. A kiedy we wspomnianym pierwszym meczu z Sampdorią już w 9 minucie kontuzji doznał jeden z dwóch napastników, Andrzej Łatka, trener Władysław Stachurski postawił na nastolatka. I... wygrał dzięki temu los na loterii: dla siebie i dla zawodnika. Krnąbrny, bezkompromisowy i... bezsprzecznie utalentowany – oto najkrótsza charakterystyka napastnika, który w rewanżu zadziwił piłkarską Europę. A wcześniej... jego zadziwiły warunki podróży. Zabrał piłkarzy do Lombardii wysłużony wojskowy JAK-40, w którym „siedzieliśmy jeden na drugim, kolana pod brodami” – opowiadać będzie ze śmiechem.
Główka i ręka
A potem był już mecz. „Gdy przyszło wyjść na boisko w Genui, nie miałem żadnej tremy. Nigdy przed meczami się nie bałem. Trener Stachurski po latach powiedział, że traktowałem każdy mecz jak zawody szkolne i walkę 7a z 7b” – napisze Kowalczyk w autobiografii. Był idealnym wyborem na mecz, w którym Legia mogła cierpliwie czekać na kontrę. I doczekała się szybko. Dariusz Kubicki wznawiał grę wykopem „z piątki”, a w środku pola pojedynek powietrzny wygrał Jacek Cyzio (– Chyba najważniejsza wygrana przeze mnie „główka”! – śmiał się kiedyś w rozmowie ze „Sportem”).
„Piłka wpadła w kozioł i zaskoczyła obrońcę, a ja się z nią zabrałem. Pobiegłem na skos, w lewą stronę, nieco się wyrzuciłem ze światła bramki, ale nie miałem wyboru. Strzeliłem lewą nogą (…) i wyszedł mi perfekcyjny strzał” – opowiadał z niezwyczajnym dla siebie wzruszeniem Kowalczyk. W 53 min Legii wyszła zaś druga kontra. Wspomniany Cyzio nie sięgnął piłki dośrodkowanej przez Leszka Pisza, ale ściągnął na siebie uwagę obrońcy. Futbolówka dotarła do niepilnowanego „Kowala”, trafiając go... w rękę. Dziś pewnie sytuacja zostałaby poddana analizie VAR i bramka zostałaby anulowana. Wtedy go nie było; młodziak – czego nigdy nie krył – dzięki owej „pomocnej ręce” opanował piłkę i uderzył nieuchronnie do siatki. 2:0 dla Legii w Genui!
„Szczeny” cios „na szczenę”
To nie był jeszcze koniec emocji, choć – przy obowiązującej wówczas zasadzie podwójnego liczenia goli zdobytych na wyjeździe – w niespełna 40 minut Włosi musieliby strzelić cztery bramki, by awansować. Zdobyli dwie – w 87 i 89 minucie. Ta druga dużo kosztowała rewelacyjnie broniącego w dwumeczu Macieja Szczęsnego. Wymiana „uprzejmości” między nim a Roberto Mancinim, próbującym szybko porwać piłkę z siatki na środek boiska, zakończyła się czerwoną kartką dla bramkarza. „Chciałem złapać piłkę i opóźnić wznowienie gry. Nie zdążyłem się odwrócić, a Mancini z rozbiegu (…) trafił mnie kolanem między biodrem a klatką piersiową. Miałem potem przez parę dni naprawdę duże problemy” – opowiadał po latach golkiper w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. „Szczena”-senior wyprowadził w odwecie cios „na szczenę” adwersarza i musiał pójść pod prysznic. A że limit zmian był wyczerpany, na ostatnie minuty – a grano ich jeszcze siedem – doliczone przez arbitra stanął między słupkami Marek Jóźwiak. „To był mój jedyny raz w bramce. (…) Rywale chcieli przedostać się pod naszą bramkę najprostszymi środkami. Posyłali więc, jak to się mówi, długą lagę do przodu i liczyli na łut szczęścia. W naszym polu karnym było dużo zamieszania” – wspominał w tym samym źródle stołeczny stoper. Pokonać się nie dał, okazji do interwencji – poza efektownym piąstkowaniem – nie miał zbyt wielu. Aż w końcu słabo prowadzący spotkanie Niemiec Wieland Ziller (wcześniej nie zwracał żadnej uwagi na drobne monety i zapalniczki, jakie leciały z trybun w kierunku Warszawian) gwizdnął po raz ostatni i sensacja stała się faktem: Legia w półfinale PEZP!
Niespodziewany awans stołecznego zespołu doceniono nie tylko w naszym kraju, ale także w samej... Genui. Po zwycięskim remisie ekipa Legii udała się na miasto świętować sukces. Do tego miała szczęście, bo trafiła do restauracji prowadzonej przez kibica Genoa CFC, lokalnego rywala Sampdorii. Gdy tylko ten dowiedział się, kim są goście, ci na koszt gospodarzamogli jeść i pić, ile chcieli. – Mnie akurat nie mogło być przy tym, bo ledwo mnie z autokaru wynieśli. Po wejściu korkami trudno mi było stanąć na nodze, która mnie bardzo bolała – przyznał po latach w „Przeglądzie Sportowym”, chyba nieco żałując, Kowalczyk, który w pod koniec rewanżu z powodu kontuzji musiał opuścić boisko.
35 lat czekania
W tejże fazie rozgrywek Czerwone Diabły z Manchesteru okazały się już za mocne, choć – po porażce 1:3 przy Łazienkowskiej (czerwona kartka Jóźwiaka w 44 minucie, przy stanie 1:1) – remis na Old Trafford po trafieniu – a jakże! – Kowalczyka, ujmy Warszawiakom nie przyniósł. Od tamtej pory polska piłka bezskutecznie czeka na powtórkę tamtego osiągnięcia Wojskowych, choć oczywiście pamiętamy, że wówczas wystarczyło im wygrać zaledwie trzy dwumecze: tyle, ile w obecnym sezonie Raków czy Jagiellonia musiały wygrać w... kwalifikacjach do fazy ligowej Ligi Konferencji....
Dariusz Leśnikowski
Puchar Europy Zdobywców Pucharów – ćwierćfinał (rewanż)
Genua, 20.03.1991
◼ Sampdoria – Legia 2:2 (0:1)
0:1 - Kowalczyk (19), 0:2 - Kowalczyk (54), 1:2 - Mancini (67), 2:2 - Vialli (87).
Sampdoria: Pagliuca – Mannini, Lanna, Pari, Lombardo – Vierchowod (46. Branca), Cerezo, Michajliczenko (54. Bonetti), Dossena – Mancini, Vialli.
Legia: Szczęsny – Bąk (68. Jóźwiak), Kubicki, Gmur, Czykier – Czachowski, Pisz, Iwanicki, Sobczak – Cyzio, Kowalczyk (78. Kupiec).
Sędziował Wieland Ziller (Niemcy). Widzów 30000.
Dramatyczne chwile – Marek Jóźwiak (z prawej) już gotów do założenia bramkarskiej bluzy Macieja Szczęsnego. Fot. FB/Kibicowski Punkt Widzenia /Ojciec Piłkarza
