Ostatni! Ostatni! Ostatni?
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
1 września 2026. Trzeba napisać kolejny felieton. Ale jak? Przecież dziś mam urodziny! 63 lata temu dostałem tornister w prezencie i mało brakowało, bym musiał maszerować do szkoły. Na szczęście była sobota, więc się upiekło i pierwszy, jakże ważny rok szkolny zacząłem dopiero w poniedziałek, trzeciego.
Bieżące urodziny uczciłem sobie kolejnym tomem „Remanentu”. Wyszło pięknie – siedem tomów na siedemdziesięciolecie! A do tego jeszcze tomik poezji licealnej, wyjętej ukradkiem ze starej szuflady. Napisałem się w tym życiu aż nadto, więc nawet jeśli właściciel tytułu i naczelny na to nie pozwolą, to i tak biorę sobie wolne. Na życzenie. I robię sobie sam laurkę. Na własną odpowiedzialność. W dniu premiery „Gry bez piłki” proponuję nie tylko tym, którzy mi dobrze życzą, tekst z cyklu „Wybrał i wstępem opatrzył” z tomu siódmego „Remanentu”.
Jubilat powinien mieć prawo do tygodnia odpoczynku!
Było kiedyś takie groźne, ale nośne społecznie hasło opozycji w PRL: „Siedem pożarów na siódmy zjazd”! Postanowiłem trochę inaczej: siedem tomów na 70. urodziny. Niestety, własne. A pożar to mieli w wydawnictwie, bo wakacje za pasem, a tu autor upiera się, by skończyć kolejny „Remanent” do 1 września. Do szkoły idzie znowu, czy co? A może w tornistrze brakuje mu książek do historii i polskiego?
Panna to bodaj najgorszy przypadek ze znaków Zodiaku. Gość tak urodzony jest gorszy niż filatelista, bo nie dość, że chce mieć serie, to jeszcze lubi znaczki niestemplowane. Unika też zawsze kancery. Grymasi. Uprze się taki i weź mu wydaj na urodziny! A my mamy akurat targi i sprzedajemy w wakacje wszystko jak leci, ale to, co mamy już wydrukowane! Po co nam nowe tomy, no po co? Lepiej poczekać do grudnia, bo w grudniu po południu przychodzi Mikołaj, więc łatwiej sprzedać nawet milionowy nakład.
Sześć moich tomów w portfolio SQN. Jak się sprzedały? Nie narzekam. Tu nie chodziło o zysk. Raczej o skwitowanie życia redakcyjnego. Przypilnowałem więc, by zgodnie z mało znanym rozporządzeniem książki trafiły do siedemnastu najważniejszych bibliotek w kraju. To robiło mi robra! Szczecin, Białystok, Wrocław, Lublin, Opole – wszędzie był REMANENT! A w rodzinnym mieście jest nawet więcej niż egzemplarz, bo mam tam zobowiązania.
Cieszy mnie stale, że seria ma wciąż aż tak wielu chętnych. Na dawnym Twitterze znalazłem prawie czterdziestu, którzy sfotografowali na półkach komplet tomów. Postanowiłem więc nagrodzić ich... „czarnym krukiem”. To nie pomyłka! Piąty tom został bowiem wydany z alternatywną, czarną okładką, bo idąc za podszeptem pani Kasi, Czytelniczki z Wielkopolski, chciałem mieć grzbiety książek w kolorach pięciu kół olimpijskich.
To teraz już „siódemka” i... wkrótce się rozstaniemy? Zapraszam zatem do „szwedzkiego stołu” z tekstami. Spięte są ozdobną klamrą. Taki swoisty miks sałat. Otwiera ten wybór wspomniany w tomie pierwszym debiutancki tekst pewnego stażysty w tygodniku „Sportowiec”. Ma wyjątkowo proroczy tytuł „Dzik oswojony”. Dla tych, którzy nie pamiętają tej historii – naczelny wysłał mnie w pierwszą delegację do Trójmiasta, bym odszukał mistrza w strzelectwie sportowym. Pan Greszkiewicz przyjął mnie w swoim mieszkaniu, na szczęście bez służbowej broni. Pogadaliśmy jak Jerzy z Jerzym, a kilka dni później pan Witold, brat Elżbiety Duńskiej-Krzesińskiej, przyniósł mój reportaż, rzucił na biurko opiekuna stażu – redaktora Biegi – i skwitował:
– Nie wiem, Maćku, co o tym sądzić, bo ten młody człowiek na pięciu stronach maszynopisu użył 17 razy nazwiska Greszkiewicz, a pisał przecież tylko o jednym i tym samym człowieku.
Tę lekcję o podmiocie domyślnym zapamiętałem na resztę zawodowego życia i teraz często opowiadam o tym doświadczeniu. Ale dziś już nie umiem powiedzieć, na czym polegała ta konkurencja ukryta pod nazwą „strzelanie do sylwetki biegnącego dzika”. Takiego z metalu, przesuwanego po szynie.
Wracając do ostatniego tomu – podtytuł „Gra bez piłki” jest nieco dwuznaczny. Uprzedzam, bo nie tylko o futbolu pisywałem, gdyż na początku stażu byłem ledwie trzecim, a nawet czwartym do brydża. Stąd znalazły się nawet teksty nowicjusza o skądinąd okrągłych kręglach. Ale gra bez piłki to nie znaczy, że... nie ma nic o piłce. Są bowiem Szmal, Bielecki, trener Nowiński – czyli ręczni. Choć nie tylko. A do tego cenne retrospekcje – „Teczka wspomnień” o przedwojennym piłkarzu Tomaszu Lisowskim, który grał w warszawskim Sarmacie z Januszem Kusocińskim, i opowieść „Tradycja pod folią” o zasłużonym klubie Huragan Wołomin, który długo opierał się wiatrom historii. A nawet NKWD. To takie moje perły z lamusa. Jest spora domieszka publikacji ze strony internetowej TVP Sport, bo ta stała się moją oazą dobrych wywiadów u schyłku kariery. Tom zamyka „Rozmowa przedemerytalna” z Andrzejem Janiszem, mój ostatni poważny wywiad przed pójściem na emeryturę. O zawodach w... naszym zawodzie, którego nie udało nam się ocalić przed zalewem clickbaitów. Uznany komentator sportowy pięknie spuentował kolegów po mikrofonie: „Teraz ma być gęsto i głośno”. Reszta niestety nie jest milczeniem. Jest li tylko słowotokiem.
Fot. RCH
Ostatni, co tak pisał? Fot. SQN
