Ordnung kaputt!
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Jerombol, dyć mój starzik z Wehrmachtu sie we grobie obroco - to je gańba, co te Niymce grali! Tak słabego Mannschaftu w życiu nie widziałem.
Wbrew pozorom, nic tego nie zapowiadało, z Ekwadorem sobie odpuścili, bo mieli awans, a pierwszym dwóm meczom trudno coś zarzucić - rekordowe zwycięstwo z karaibską Holandią D, a potem odwrócenie w ostatniej chwili wyniku z silnymi Iworyjczykami. Paragwaj grał swój parafutbol, to był przeciwnik do obowiązkowego ogrania, nawet jeśli Niemcy mieli akurat dzień kryzysowy. Ekipa Nagelsmanna naprawdę w pocie czoła wystarała się o to, by odpaść. To jest oczywiście największa sensacja turnieju; kiedy Niemcy odpadają, to jest jednak zawsze sensacja, nawet kiedy czynią to za sprawą najbardziej lichej kadry pod wodzą kiepskiego trenera.
To trzeci z rzędu mundial, na którym nie są w stanie przejść do 1/8 finału, na dwóch poprzednich nawet nie wyszli z grupy. Jakby po sławetnym mineirazo z 2014, najpewniej najlepszym meczu w historii reprezentacji i zarazem największej klęsce piłkarskiej Brazylii, jakiś szaman czarnej makumby obłożył Niemców klątwą. Co prawda zadziałała z opóźnieniem, bo złoty gol Mario Goetzego dał im czwarty tytuł kosztem Argentyny, ale od tamtej pory nasi zachodni sąsiedzi boją się mundiali niemal tak, jak Polacy. Wiadomo że pojadą do domu po trzech, góra czterech meczach.
Niemoc i nieudolność w ofensywie, chaos w obronie – a nade wszystko dojmujący brak solidności. Niemiecka niesolidność? Piekło zamarzło. Z przodu Nagelsmann pod naciskiem opinii publicznej wystawił od początku Undava, no i wyszło na jego, bo choć napastnik kurdyjskiego pochodzenia doskonale sprawdzał się jako dżoker, grając w pierwszym składzie już nic nie wskórał. Musiala też Niemców nie zbawił, ani Woltemade, wyglądający jak nieślubne dziecko Rudi Voellera i Heike Drechsler - z każdą zmianą Niemcy grali coraz gorzej, ale przed karnymi można się było jednak łudzić, że zachowają zimną teutońską krew.
Tyle że do decydującego karnego nie miał kto podejść, bo trener wyznaczył tylko piątkę do strzelania. Żaden z piłkarzy nie był przygotowany na ten moment, w końcu odpowiedzialność wziął na siebie stoper Bayernu, który w swojej trzydziestoletniej karierze… nigdy nie wykonał „jedenastki”. Ordnung kaputt. Tah trafił w dah. Niemcy jadą do domu. Przepuścili dalej Metysów, którym w kolejnej rundzie Mbappe wybije piłkę z głowy.
Fascynujący pojedynek rewolwerowców trwa – dwóch najskuteczniejszych napastników mundiali ściga się o tytuły króla i cesarza strzelców - na razie Messi i Mbappe trafili po sześć razy, a w klasyfikacji wszech czasów Argentyńczyk ma jednego gola więcej. Takiego epickiego kina jeszcześmy nie widzieli i pewnie już nie zobaczymy – w tym starciu tytanów stary mistrz trzyma się nadzwyczaj dzielnie, choć wiadomo że uciec daleko nie zdoła – jeśli nawet Francuz nie dogoni go na tej imprezie, będzie miał jeszcze kilka mundiali przed sobą.
Les Bleus grają koncertowo, kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa, każdemu rywalowi strzelają co najmniej trzy bramki i… to właśnie może być ich jedynym zmartwieniem, bo nawet najsilniejsi nie są w stanie zagrać ośmiu perfekcyjnych meczów z rzędu, a utrzymanie takiej formy przez ponad miesiąc może być trudne, chyba że na pożegnanie swojej złotej kadencji Didier Dechamps stworzył drużynę tak potwornej mocy, że to, co dotąd wyprawiali Francuzi, było zabawą na zaciągniętych hamulcach, a pełnię możliwości pokażą dopiero na końcu.
Niesamowicie zapowiada się prawdopodobny ćwierćfinał z Marokiem, które wydaje się być jeszcze mocniejsze niż przed czterema laty, a zatem należy je uznać za w ogóle najsilniejszą afrykańską drużynę w historii. Byli o krok od pożegnania z turniejem po golu Codyego Gakpo, przeżywającego osobistą tragedię, bo dzień wcześniej jego partnerka poroniła - popłakał się chłopak po tym golu, drużyna go wsparła i właściwie z czysto ludzkiego, a także dramaturgicznego punktu widzenia Holendrom ten awans się należał, ale gapiostwo Virgila Van Dyke’a sprawiło, że mecz się przeciągnął do karnych, a tam Europejczycy już się zupełnie pogubili.
Gospodarze awansowali w komplecie do dalszych gier, ale dla dobra futbolu wolałbym ich już nie oglądać w fazie ćwierćfinałowej. Kanada wygrała z RPA po największym paździerzu tego turnieju, Meksyk wykorzystał słabość Ekwadoru (potężne rozczarowanie, są piłkarze, ale nie ma drużyny – na papierze to jest jedna z najsilniejszych linii defensywnych na świecie, ale Caicedo, Pacho i Hincapie nawet nie zbliżyli się do poziomu, jaki reprezentują w topowych klubach europejskich, a ten ostatni zapisał się jeszcze w annałach frajerską czerwoną kartką za zasłanianie ust), a jeśli Jankesi coś zwojują na mundialu i w końcu zarażą swój kraj miłością do soccera, marnie widzę los kibiców z Europy.
Pomijając dokuczliwą dla nas różnicę czasu, Amerykanie zmakdonaldyzują piłkę nożną, a że czego się dotkną, zmieniają w tandetę, stworzą superkomercyjną superligę dla najbogatszych, z której nikt nie spadnie, za to hydration breaks się rozmnożą i wydłużą, żeby gawiedź miała przerwę na burgera i siku, a sponsorzy czas reklamowy. Zgiń, przepadnij, maro, niechże wreszcie ktoś ich powstrzyma...
Jonathan Tah więcej do karnego raczej nie podejdzie...Fot. PAP/EPA
