Okruchy igrzysk

REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Nie będę kłamał i nie napiszę, że nie odrywałem oczu od telewizora, laptopa i smartfona. Nie, co to, to nie! Unikam, jak mogę, żywota typowego emeryta, który jak pośpi, to by coś zjadł i obejrzał teleturniej, a jak wyłączy telewizor, to by pospał. Taki rytm życia to najkrótsza droga do oddania ZUS-owi nadwyżki z takim trudem zgromadzonych składek. Kiedyś Andrzej Poniedzielski policzył, że gdyby miał odebrać od tego ostatniego w naszym życiu „pracodawcy” to, co mu potrącono przez dziesięciolecia, musiałby żyć aż 140 lat. Artyści i felietoniści tyle nie żyją, więc pominąłem w transmisjach bobsleje, sanki, jazdę po muldach i częściowo... skialpinizm.

Oglądałem natomiast z nabożeństwem innych – panczenistów, biathlonistów i skoki w śnieżycy. No i oczywiście na do widzenia kibicowałem Kanadyjczykom, którzy porwali się z kijami na USA. Nie mam więc prawa oceniać wszystkich zwycięzców, a tym bardziej przegranych. Nie rozprułem też, jak kanadyjski kibic, ekranu telewizora piłą mechaniczną po tym, jak jego rodak nie trafił do pustej bramki.

A Ty, drogi, bo abonament znowu podrożał, telewidzu? Chcesz rozpamiętywać i oceniać starty naszych olimpijczyków? Było ich bodaj sześćdziesięciu. Pokwitowali cztery medale. No, nawet pięć, bo Wąsek też dostał. Mało? Zawsze może być lepiej i zawsze też może być gorzej! Jak powiedział swego czasu pewien tenisista, niektórzy trenują przecież w szopach, a zimą to nawet w pożyczonych bobslejach i na połatanych sankach. Chcesz kibicu więcej, to może kup sobie łyżwy i przejedź 500 metrów za cztery lata. Na czas. A potem odpowiedz na pytanie reportera – co pan czuł w ostatnich setnych sekundy jazdy?

Od dawna po każdej imprezie światowego formatu kolekcjonuję, jak filatelista znaczki, mikroobrazy. Okruchy z życia sportowców, bardzo ulotne, ale mówiące wiele o człowieczeństwie. Zapamiętałem sobie teraz na resztę życia norweskiego alpejczyka, który wypadł z trasy i stracił... prawo do intymności. Atle Lie McGrath odrzucił pechowe kijki, odpiął narty i chciał się zapaść pod śnieg. Uciekł więc pod płot. Najchętniej przykryłby się białą pierzyną jak Świątek ręcznikiem, chcąc pozostać anonimowym. Prowadził po pierwszym przejeździe, a jechał po medal dla dziadka, który odszedł z tego świata za wcześnie. Operatorzy oraz realizatorzy transmisji nie pozwolili alpejczykowi na intymność i porażkę w ciszy.

I drugi obrazek. 50 km biegu pań na nartach. Uciekały we dwie, potem Szwedka oddaliła się samotnie do mety. Po pewne złoto. Druga była Norweżka, a trzecia Szwajcarka. To niby ważne, ale najważniejsze miało być dopiero do pokazania. Piąta upadła za kreską Amerykanka Jesse Diggins. Jedna z faworytek. Upadła bez sił. Medalistki doszły do siebie, a ona leżała w bezruchu. I wtedy konkurentka z trzynastym numerem startowym pochyliła się nad nią i zaczęła bardzo delikatnie odpinać jej narty. Jak dziecku, które zasnęło za wcześnie na kanapie. Wzruszające.

Każdy kraj ma takich bohaterów, na jakich zasługuje. Nie ma co zazdrościć. My też mamy bohaterkę. Kobietę walczącą od dawna z przeciwnościami życia. Przybiegła ósma, nikt jej nart nie odpinał, a wyściskała tylko Justyna Kowalczyk-Tekieli. To taki nasz symbol „żelaznej lady”. Prawie pięć lat temu Elizie Ruckiej-Michałek zabroniono uprawiania sportu, bo mdlała na trasach, nie tylko w fińskiej Ruce. Urodziła potem dwójkę dzieci i na przekór losowi wróciła przed rokiem na śnieżne trasy. Nie miała olimpijskiej opieki szkoleniowej, ale miała kochającego męża-trenera.

Może właśnie dlatego po ponad czterdziestu kilometrach walki ze zwątpieniem dogoniła grupę biegaczek z szansami na brązowy medal. Nie dotrzymała im kroku, ale to jej ósme miejsce jest jak pierwsze! Odpiąłbym sam narty pani Elizie i nie podnosząc ze śniegu, przypiął order. To była bowiem podróż więcej niż za jeden uśmiech. Za kilka milionów uśmiechów. I zamiast hymnu dedykuję jej „Dla Elizy”.

Gdy zaczęto pokazywać w niedzielę przydługą ceremonię zamknięcia igrzysk, to uświadomiłem sobie, że nie byłem dotąd w Weronie. No, ale szybko się pocieszyłem, bo byłem przecież na... Veronie! W 1987 roku Hellas Verona grała w Pucharze UEFA z Pogonią w Szczecinie.

I tak sobie z tych zimowych igrzysk wracam teraz najkrótszą drogą do ekstraklasy, bo tabela nam się roztapia. Odwilż! Wystarczy na razie tej pogoni za medalami. Ciułajmy teraz punkty, bo igrzyska chleb co prawda dają, ale trzeba zająć co najmniej ósme miejsce. Ono jest tak samo dobre jak czwarte. A tych ósmych mamy jak zawsze pod dostatkiem. Tylko medali jakby mniej...

Ale kto ma Tomasiaka i panczenistę z importu, ten zimowych igrzysk się nie boi. Howgh!

Z dedykacją – „Dla Elizy”! Fot. Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się