Odszedł wielki bokser
Z Bielska-Białej nadeszła smutna informacja: w wieku 86 lat zmarł Marian Kasprzyk.
Marian Kasprzyk we Władysławowie-Cetniewie na słynnej Alei Gwiazd Sportu. Fot. PAP / Barbara Ostrowska
W poniedziałek wieczorem odszedł Marian Kasprzyk, wybitny pięściarz, jeden z podopiecznych słynnego trenera Feliksa Stamma. Urodził się 22 września 1939 roku w Kołomani koło Kielc. Jako dziecko przeniósł się z rodzicami na Dolny Śląsk, gdzie rozpoczął treningi bokserskie w Sparcie Ziębice. Potem reprezentował Nysę Kłodzko, BBTS Bielsko-Biała, Górnika Wesoła i Górnika Pszów.
Był trzykrotnym olimpijczykiem. Po raz pierwszy wystąpił w Rzymie. W wadze lekkopółśredniej w ćwierćfinale pokonał obrońcę tytułu Władimira Jengibariana (ZSRR), ale w półfinale z powodu kontuzji – doznał jej po uderzeniu przez rywala „z byka” – nie wystąpił i zdobył brązowy medal. Był jednym z ulubieńców Papy Stamma i to dzięki niemu wystąpił cztery lata później w Tokio. Trener „wyciągnął” go bowiem z więzienia, gdzie trafił za bójkę z milicjantami. W jednej z licznych rozmów pan Marian zapewniał mnie, że był niewinny. Po prostu stanął wtedy w obronie dziewczyny (została później jego żoną – przyp. red.), a milicjanci zrobili z tego aferę. Jako sportowiec został dożywotnio zdyskwalifikowany, ale udało się karę uchylić. Pojechał na zgrupowanie kadry narodowej do Cetniewa, gdzie o wyjazd do Tokio rywalizował ze słynnym Leszkiem Drogoszem i okazał się lepszy. Ta historia była inspiracją dla reżysera Juliana Dziedziny, który na podstawie scenariusza Bohdana Tomaszewskiego stworzył w 1966 roku film „Bokser”, z Danielem Olbrychskim w roli głównej.
W turnieju olimpijskim w stolicy Japonii w wadze półśredniej odpłacił się wszystkim za zaufanie i pomoc w najlepszy możliwy sposób, zdobywając złoty medal. W walce finałowej zmierzył się z wielkim faworytem, dwukrotnym mistrzem Europy, Rikardasem Tamulisem (ZSRR). W pierwszej rundzie złamał kciuk w prawej ręce, ale mimo wielkiego bólu walczył dalej i nawet posłał rywala na deski.
Miał też szansę na trzeci olimpijski medal w Meksyku, bo uważany był za faworyta. Tam miał jednak ogromnego pecha. Gdy był już ringu przed pierwszą walką... pękły mu spodenki. Szybko zareagował masażysta Stanisław Zalewski, dając mu swoje, ale te były za duże. To tak go zdeprymowało, że pojedynek z Meksykaninem przegrał 1:4.
Kasprzyk był też brązowym medalistą ME w Belgradzie w 1961 roku. Ciekawostką jest fakt, że nigdy nie był mistrzem Polski. W całej karierze zdobył tylko srebrny i brązowy medal tej imprezy. W sumie stoczył 270 walk, z których 232 wygrał, 10 zremisował i poniósł 28 porażek.
Po zakończeniu kariery zawodnika został trenerem, jednak zrezygnował z tego zajęcia, gdy najpierw zachorował na chorobę nowotworową, a potem opiekował się swoją kochaną żoną Krystyną, chorującą na stwardnienie rozsiane. Wtedy też, jak sam mówił, odnalazł Boga. Stał się osobą głęboko wierzącą. Swoje medale – olimpijskie i mistrzostw Europy – przekazał do sanktuariów w Częstochowie i Rajczy.
Był niezwykle ciepłą osobą i ciekawym rozmówcą. Często gościł podczas różnych pięściarskich imprez. Pamiętam jedną z rozmów z nim, podczas benefisu z okazji 70. urodzin Zbigniewa Pietrzykowskiego, czterokrotnego mistrza Europy, trzykrotnego medalisty olimpijskiego i jedenastokrotnego mistrza Polski, i jego 65. W październiku 2004 roku w Bielsku-Białej zorganizowano wtedy towarzyski mecz Polska – Węgry. Jego starszy kolega, oglądając polskich bokserów, nie szczędził krytycznych słów, mówiąc między innymi, że gdyby było otwarte okno, to żaden z nich by nie wyleciał i kariery nie zrobi...
Kasprzyk zaś zwrócił uwagę na 20-letniego wtedy Grzegorza Proksę, który w dobrym stylu przed czasem wygrał swój pojedynek. – Ten chłopak może zostać mistrzem świata... Wiele się nie pomylił, bo Proksa został zawodowym mistrzem Europy w wadze średniej i walczył, ale przegrał walkę o mistrzostwo świata ze słynnym Kazachem Giennadijem Gołowkinem.
I takim Mariana Kasprzyka zapamiętam – pogodnym oraz życzliwym dla wszystkich.
Andrzej Wasik
