Od zera do bohatera
MUCHA NIE ŚPI, australijski felieton Tomasza Muchy
Szliśmy szeroką ławą w Melbourne, sześciorgiem singlistów w drugiej rundzie, ale to by było na tyle nocnych polskich szaleństw. Jeżeli nie zdarzy się jakaś katastrofa, w drugim tygodniu Australian Open znów zostanie nam tylko Iga Świątek.
Jeszcze dwa tygodnie temu zapowiadało się na odrodzenie Huberta Hurkacza, ale marzenia były płonne – „Hubi” wyglądał na korcie, jakby mu kazali biegać o czwartej nad ranem czasu w Polsce, a nie – jak było naprawdę – wczesnym popołudniem czasu australijskiego. Zresztą oboje najwięksi wygrani niedawnego United Cup zderzyli się w Melbourne z inną rzeczywistością. W czwartek zakończył się też sen najlepszej tenisistki imprezy w Sydney Belindy Bencic. Mistrzyni olimpijska z Tokio (2021) i dwukrotna półfinalistka turniejów wielkoszlemowych nie przegrała meczu od października, ale dała się zaskoczyć 126. na świecie Nikoli Bartunkovej.
19-letnia Czeszka jeszcze rok temu była w szóstej setce rankingu, a w swoim debiucie w Wielkim Szlemie pokazała, co to znaczy „czarny koń”. Najpierw przeszła przez trzystopniowe kwalifikacje, by w turnieju głównym pokonać były nr 8 na świecie Darię Kasatkinę (43. WTA) i właśnie rozstawioną z „10” Bencic. W obu meczach zbierała się w sobie po łomocie do zera w drugim secie, ale dała kolejny przyczynek starej maksymie „od zera do bohatera”. Na dodatek swoim entuzjazmem i stylem na korcie – odważnym, wszechstronnym, pełnym wolejów i skrótów – „kupiła” rzesze fachowców i kibiców. – Wzoruję się na Federerze i Alcarazie. Wszyscy bardziej agresywni zawodnicy – to moja inspiracja od dziecka. Lubię grać woleje, skróty, wszystko, bo wiem, że rywalki za bardzo tego nie lubią. Dlatego właśnie tak gram – stwierdziła Bartunkova. Dziewczyny i chłopaki znad Wisły – weźcie to sobie do serca!
