Od paru nocy nie mogę spać...

Rozmowa z Marcinem Żemaitisem, byłym piłkarzem i prezesem Piasta Gliwice

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: w sobotę Piast gra o ekstraklasowe życie. Fot. Norbert Barczyk/PressFocus

Latka lecą, ale nie mam wątpliwości, że Piast wciąż głęboko tkwi w pańskim sercu, prawda?

- No siedzi, siedzi... Choroba nieuleczalna!

No to – pozostając w tej konwencji – zapytam, czy Piast dziś jest w stanie przedagonalnym?

- Chciałbym, żeby tak nie było. Ale gra mecz z kategorii „wóz albo przewóz” i gdybym miał obstawiać, to bym raczej, niestety, naszego zwycięstwa w Łodzi nie obstawił. A jeśli przegramy, to by się musiało wydarzyć parę innych korzystnych dla nas rzeczy, żebyśmy nie spadli... Więc serce boli, tak jak boli wszystkich innych, którzy sporo pracy i... uczuć w ten klub włożyli.

Zmiany u steru władzy, zmiany trenerów, rewolucja personalna; nie da się ukryć, że nie było spokoju w klubie w ostatnich kilkunastu miesiącach!

- Nie było. Ale nawet nie to mnie najbardziej zbulwersowało. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, co ostatnio – w „Ekstraklasie po godzinach” - usłyszałem od redaktora Filipa Surmy. Aż się żachnął, gdy powiedział, że Piast jest w trójce czy czwórce ekstraklasowych klubów, które wydały najwięcej na agentów zajmujących sęi sprowadzaniem zawodników. Piast na ten cel wydał prawie cztery miliony! Jestem w szoku, bo to jest poziom wydatków Lecha czy Legii w tym temacie. A przecież potencjał finansowy tych klubów jest zupełnie inny!

To jedna rzecz. Druga – to pytanie, z kim tak naprawdę mają się identyfikować kibice Piasta, skoro co pół roku-rok zmienia się znacząca część szatni?

- I jeszcze teraz odchodzi „Dziku” (Patryk Dziczek – dop. aut.)!

Ostatnia legenda Piasta w obecnych czasach...

- „Dziku” jest wychowankiem Piasta. Pamiętam go jako „gówniarza”, jeszcze w grupie trampkarzy biegającego. Ostatnio z nim rozmawiałem. „Pełen szacun, Patryk. Odchodzisz, ale wciąż dajesz z siebie wszystko dla Piasta”. Jestem dlań pełen uznania za tę postawę.

A nie powinien ktoś „beknąć” za to, że taka postać odchodzi za darmo?

- Tu akurat trudno winić o to klub. Nie wiem, jak bardzo „Dziku” był zdeterminowany, by zmienić otoczenie. Ale pewnie nie obyło się bez nacisków czy podszeptów wspomnianych menedżerów. To zresztą – powiem to wprost – najgorsze zło piłki. Zna pan doskonale przypadek Arka Pyrki?

Znam. I zna go każdy kibic Piasta.

- No właśnie... Naprawdę chciał jeszcze zostać u nas. Wiedział, że to myśmy go wypromowali, że to trenerzy Piasta znaleźli dla niego pozycję na boisku. I po rozmowach był gotów podpisać nowy kontrakt – po to, żeby klub coś na nim zarobił. Ale gdy tylko wychodził z pokoju, menedżer nawkładał mu do głowy różnych rzeczy i chłopak wracał i odmawiał podpisania umowy, na którą wcześniej już się ustnie zgodził. Ech, złodziejskie nasienie ci agenci...

Odszedł Pyrka, odejdzie „Dziku”. Za to zostaje Kuba Czerwiński!

- To – mówiąc po naszymu - „fajny synek”. Kochany chłopak. Powiedział mu kiedyś, że to on nauczyć tego obecnego Piasta grać w obronie, tak jak za moich czasów, gdy graliśmy w II lidze, dokonał tego Alfred Skorupiński. Uważaliśmy go za profesora; teraz Kuba ma ten sam status. Bardzo go szanuję. Gdybym był prezesem, na pewno dałbym mu kontrakt. Ale... zastanowiłbym się nad jego długością, biorąc pod uwagę jego nawracające problemy zdrowotne.

Gdyby pan był prezesem, to by pan pewnie tych prowizji menedżerskich wypływających z klubu przypilnował...

- Jeszcze jak! Aż mnie zatkało, jak usłyszałem te kwoty podawane w Canal+. My nie należymy do najbogatszych klubów w lidze. No i mamy budżet zbudowany na dotacjach z miasta. A więc na pieniądzach wszystkich gliwiczan, które w ogromnej części trafiają do prywatnych kieszeni menedżerów. Niesamowite...

A nie jest tak, że formuła samorządowej własności klubu powoli się wyczerpuje? Nawet w Zabrzu Górnik idzie w prywatne ręce.

- Wie pan, jeszcze się w Polsce nie zdarzyło, żeby jakiś klub wyszedł na plus. Nie mówię o sezonie-dwóch, ale o dłuższej perspektywie czasowej. Ten moment kiedyś nastąpi, bo ekstraklasa naprawdę jest fenomenalnie „sprzedawana” przez Canal+. Ale na razie na klubie zarobić się nie da. Głównie dlatego, że gracze zarabiają u nas straszne pieniądze. Straszne! Aż trudno w nie uwierzyć.

Rozumiem, że na razie nie widzi pan szansy na scenariusz pod hasłem: Piast klubem prywatnym?

- Aż tak blisko klubu nie jestem. Natomiast wiem, że kiedy Zbyszek Kałuża szefował temu wszystkiemu – a to jest biznesmen, który wie o co chodzi w biznesie, a i tego piłkarskiego interesu się nauczył – było ponoć zainteresowanie ze strony różnych firm. Ale za dużo mieliśmy już w Polsce przypadków „biznesmenów”, którzy przychodzili do Polski, przejmowali klub, a krótko potem zostawały po nich już tylo długi. Swoją drogą – przyglądam się temu, co się dzieje w Lechii Gdańsk, w Pogoni... I mam wrażenie, że tam też jest coś „nie halo”. I że może się skończyć niefajnie.

A propos Lechii: to ona na razie jest „pod kreską”. I to ona może spaść zamiast Piasta...

- Też by mi jej było żal, bo jakoś tak się zdarzyło – pewnie jeszcze od czasu finału Pucharu Polski w latach 80. - że się Piast z Lechią zakolegował. Kontakty między działaczami były fajne, kibice się przyjaźnili... No ale jak miałbym wybierać: Piast czy Lechia do utrzymania, no to wybór jest oczywisty.

Tylko z Widzewem nie można przegrać.

- Wie pan, ja już od paru nocy nie mogę spać, kiedy o tym myślę. Swoją drogą – dodatkowym smaczkiem dla obserwatorów meczu Widzew – Piast będzie to, że obaj trenerzy „zamienili się miejscami”. Vuko wie wszystko o Piaście, trener Myśliwiec – wszystko o Widzewie.

Rozumiem pańskie bezsenne noce. Bo przecież były już w tym sezonie momenty, gdy wydawało się, że jest dobrze w tabeli...

- W Niecieczy trzeba było wygrać. Jak strzelasz na wyjeździe dwa gole, nie powinieneś przegrać. Natomiast kiedy widzę niektórych zawodników, jakich ściągnięto do Piasta na ten sezon, to nie mam wrażenia, że są w pełni zaangażowani w walkę o utrzymanie. Jestem tym wkurzony, że biegają sobie po boisku jak chcą.

Mogą być dwie przyczyny takiego biegania: albo – jak pan mówi – są mało zaangażowani w to, co robią, albo trener ich tak poustawiał.

- Ja jestem pewien, że trener Myśliwiec robi dobrą robotę. Za to, gdzie teraz jesteśmy, odpowiada facet o nazwisku Moelder. On chciał grać piękną piłkę, wyprowadzać ją pięknie od bramki, nie wybijać jej, nie grać długimi podaniami od bramki. To oczywiście bardzo fajnie brzmi dla laika, ale żeby tak grać, trzeba mieć wykonawców. I ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. A nie przyjść nagle, zaordynować taką grę z dnia na dzień i już! Straciliśmy w tym jego okresie mnóstwo głupich bramek, a efekt punktowy był żaden.

Maxa Moeldera już nie ma, ale konsekwencji za jego ściągięcie – i opłacanie kontraktu – nikt chyba nie poniósł?

- Nie słyszałem nic na ten temat. Wie pan, to był naprawdę niezwykły gość. Pamiętam, że jeden z piłkarzy Piasta – mniejsza o nazwisko – powiedział mi: „Prezesie, on jest odporny na jakiekolwiek argumenty. Nie chce nas w ogóle słuchać, nie chce z nami rozmawiać”. I pewnie tak było. A efekt jest taki, że w tamtym momencie byliśmy tam, gdzie byliśmy. I jesteśmy, gdzie jesteśmy. Obyśmy nie spadli...

Legia zaciężna Piasta będzie w meczu w Łodzi umierać za klub?

- Nie jestem naiwny. Wiem, że u takich najemników trudno wykrzesać maksymalne zaangażowanie tylko dlatego, że w danym momencie jest związany kontraktem z klubem. W tej chwili nie istnieje coś takiego, jak przywiązanie do barw klubowych. Nie znajdzie pan dziś takiego gościa, jak Gerard Cieślik, który grał całe życie w jednym klubie. Takiego - mniejszego od Cieślika – idioty jak ja, który tyle lat zakładał koszulkę jednej drużyny, też już nie ma. Dziś idzie się tam, gdzie dadzą ci więcej kasy.

A co ów czarny scenariusz – czyli spadek – oznaczałby dla Piasta?

- Naprawdę wolę o tym nie myśleć. Niech pan spojrzy, jakie są drużyny w pierwszej lidze. I jak wielka kasa musi być zaangażowana w walkę o awans. Na dodatek w Gliwicach, gdy zaczynaliśmy odbudowę Piasta, była – mówię w przenośni - „jedna drużyna juniorów”, w której na dodatek dziesięciu spośród jedenastu zawodników wypożyczonych było z Górnika. To – i brak przez te lata mocnego klubu w Gliwicach, na mecze którego by się chodziło - też jedna z przyczyn, że na spotkaniach Piasta bywa dziś 4-4,5 tysiąca kibiców i do tzw. dnia meczowego trzeba dokładać.

Ważny temat pan poruszył. Bo niedawno od ważnej postaci klubowych struktur usłyszałem, że „Piasta i Gliwic nie stać na własną akademię”. Jakby pan to skomentował?

- Chyba tylko tak, że poprzednie władze załatwiły 15 milionów na dofinansowanie stworzenia akademii z prawdziwego zdarzenia. A ja bym chciał, żeby wszyscy uświadomili sobie, że Piast to nie miejsce, do którego przychodzi się napaść i wylansować; że to część Gliwic – miasta, w którym jest mnóstwo młodych ludzi. I trzeba im zapewnić coś takiego, jak próba rozwoju przez sport.

No dobra; to jeszcze na koniec zataczamy koło i wracamy do meczu z Widzewem. Szykuje pan sobie na sobotę krople walerianowe albo nitroglicerynę pod język, na wszelki wypadek?

- Gdyby mecz był w Gliwicach, pewnie bym na niego poszedł. Jest w Łodzi, więc zostaje mi tylko telewizor. Wszyscy w domu wiedzą, że w takich momentach muszę z tym telewizorem być sam na sam; lepiej mi się wtedy pod rękę nie nawijać (śmiech). Mam wielką nadzieję, że skończy się dobrze. Ale nie powiem, że jestem tego pewien.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Marcin Żemaitis (z lewej) w rozmowie z Jakubem Czerwińskim. Fot. Norbert Barczyk/Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się