O mijaniu się na autostradzie

W futbolu – jak w każdej dziedzinie życia – nic nie jest dane raz na zawsze. Jesteś na fali, ale za chwilę może być na niej ktoś inny. Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz.

Tak wyglądała górna część okładki naszego dziennika pół wieku temu. Fot. Grzegorz Kaczmarzyk

Ta refleksja naszła mnie z okazji ciekawego spotkania reprezentacji Polski, które odbyło się dokładnie… pół wieku temu! Reprezentacja Polski rozegrała 13 listopada 1974 roku towarzyskie spotkanie w Pradze z reprezentacją Czechosłowacji. Polacy byli wtedy na ustach całego piłkarskiego świata, ledwie cztery miesiące wcześniej – prezentując fantastyczną, ofensywną grę i niebotyczny poziom – objawili się podczas mistrzostw świata w NRF jako drużyna, która nie boi się nikogo. Zespół trenera Kazimierza Górskiego olśnił wszystkich entuzjazmem, swobodą i rozmachem.

Natomiast drużyna Czechosłowacji była wcześniej w małym dołku. Zabrakło jej na wspomnianych mistrzostwach świata, a niespełna dwa tygodnie przed meczem z Polakami dostała łupnia od Anglików na Wembley (0:3) w eliminacjach mistrzostw Europy. Mało kto mógł wówczas przypuszczać, co się stanie. Okazało się, że obie drużyny akurat jakby mijają się na autostradzie, choć oczywiście nikt wówczas nie mógł tego wiedzieć. Zaraz wyjaśnię, o co chodzi.

Przed meczem

Trener Górski wiedział, że ma silną drużynę i nie miał zamiaru jej właściwie zmieniać. Po co? Mecz z Czechosłowakami był już… 17 w tamtym roku kalendarzowym! Cóż, każdy chciał grać z rewelacyjnymi Polakami. Ciekawe, że listopad nie był wówczas miesiącem, w którym nasza reprezentacja rozbijała się po meczach międzypaństwowych. Orły Górskiego przez całą kadencję słynnego szkoleniowca rozegrały tylko jedno spotkanie towarzyskie w tym miesiącu: właśnie to w Pradze.

Polacy przygotowywali się do meczu podczas krótkiego zgrupowania na Bielanach. Wszyscy byli zdrowi, jedynie Grzegorz Lato narzekał trochę na ból kolana. Nie było reżimu, trener Górski pozwolił piłkarzom wyskoczyć choćby na ostatni seans do kina o sympatycznej nazwie „Śląsk” przy ulicy Wspólnej (jedno z trzech ówczesnych kin ministerialnych). – Czeka nas bardzo trudne zadanie. Czechosłowacy pałają żądzą rewanżu za 0:3 w Londynie. Oni walczyć będą o awans w europejskiej hierarchii, my musimy bronić wysokiej lokaty. Szkoda tylko, że ten niezwykle interesująco zapowiadający się piłkarski spektakl wypadł dla nas w wyjątkowo niekorzystnym okresie. Większość reprezentantów odczuwa już bowiem trudy niezwykle wyczerpującego sezonu. Mimo to wierzę, że desygnowani do gry zdobędą się na jeszcze jeden wysiłek – powiedział „Sportowi” Kazimierz Górski.

– W ostatnim ligowym meczu ŁKS-u z Szombierkami pięciokrotnie wyciągałem piłkę z siatki. Wystarczy. Wydaje mi się, że wyczerpałem limit puszczonych goli na jakiś czas – wzdychał z nadzieją Jan Tomaszewski.

Gospodarze podeszli do spotkania bardzo poważnie, choć mieli powody do niepokoju. Slovan Bratysława, który dostarczył do reprezentacji aż siedmiu piłkarzy, poniósł zaskakującą porażkę z beniaminkiem LIAZ Jablonec. Mimo to nie można było nie zauważyć, że drużyna reprezentacyjna jest na fali wznoszącej. Od 1972 roku prowadził ją Vaclav Jeżek, który budował ją konsekwentnie. Przed meczem czechosłowacki szkoleniowiec z uznaniem wypowiadał się Polakach. – Po Holandii na mistrzostwach zaprezentowali najbardziej nowoczesny styl. W polskiej drużynie najbardziej podobały mi się organizacja gry, dyscyplina taktyczna i wielka ambicja wszystkich zawodników. Jako jeden z nielicznych zespołów reprezentacja Polski preferowała atak skrzydłami – przekonywał czechosłowackich dziennikarzy.

Dobry początek

Ostatecznie Górski zdecydował się wypuścić na plac ósemkę ze srebrnej drużyny, wzmocnioną tercetem z mistrzowskiego Ruchu (Bronisław Bula, Piotr Drzewiecki i Jerzy Wyrobek, a do tego Joachim Marx na ławce). W ówczesnej kadrze Jeżka formacja obronna była najsilniejszą, u nas taki był atak, więc zapowiadało się ciekawie i… rzeczywiście tak było.

Na 40-tysięczny stadion przyszło ledwie 15 tysięcy ludzi, ale usprawiedliwieniem może być fakt, że tego samego dnia hokejowa reprezentacja gospodarzy grała w Pradze ze Szwecją.

Mecz – jak to zwykle między drużynami z krajów socjalistycznych – był bardzo ostry. Nikt nie zamierzał odpuszczać. Mało pamiętany fakt: drużyna Górskiego potrafiła grać twardo. Już w trzeciej minucie żółtą kartkę zobaczył Robert Gadocha. Właśnie skrzydłowy Legii popisuje się później kapitalną akcją: w mistrzowskim stylu mija slalomem czterech rywali, kładzie zwodem bramkarza Ivo Viktora i strzela do pustej bramki. Diego Maradona lubiłby to, gdyby widział, ale miał wtedy dopiero 14 lat…

Po przerwie Andrzej Szarmach dostaje dalekie podanie, nadzwyczaj łatwo ogrywa renomowanego obrońcę Jozefa Capkovicia i popisuje się celnym strzałem z linii pola karnego. Polska gra szybko, zajadle, nowocześnie. Wydaje się, że już jest po meczu, ale nagle wszystko się zmienia. Do akcji wkracza… sędzia.

Arbiter i lody

Postać sędziego tamtego meczu jest rzeczywiście ciekawa. Arbitra, można powiedzieć, symbolu czasów socjalistycznego futbolu. Adolf Prokop był wówczas najlepszym enerdowskim sędzią, stałym uczestnikiem najważniejszych imprez światowych, choć przyznać trzeba, że dla Polaków nie była to żadna rekomendacja i… trudno się dziwić. Od kilku zawodników z tamtego okresu słyszałem, że gdy w meczach z innymi reprezentacjami obozu socjalistycznego zawody prowadził arbiter z krajów byłego demoludu, Polacy zawsze mieli ciężko. Potwierdziło się to i w Pradze.

Tak czy inaczej, sędzia Adolf (rocznik 1939, nie miał chyba łatwo z tym imieniem, jak wielu innych Niemców urodzonych w tamtym okresie) pracował na co dzień jako inspektor w fabryce VEB Weimar, produkującej kombajny zbożowe. Przed niespełna 20 lat poprowadził w Oberlidze prawie 300 meczów. Dodatkowo przez 15 lat był sędzią międzynarodowym, w 1974 dopiero rozpoczynał światową karierę. Ledwie kilka miesięcy wcześniej, w Amsterdamie, prowadził pierwszy mecz międzypaństwowy (Holandia grała z Argentyną). Daleko zaszedł, sędziował na mundialach w Argentynie i Hiszpanii, na mistrzostwach Europy we Włoszech i Francji. Wśród licznych meczów europejskich pucharów, które prowadził, jest i finał Pucharu Zdobywców Pucharów, gdy Juventus pokonał Porto w 1984 roku oraz Pucharu UEFA trzy lata wcześniej (Ipswich ograło Alkmaar). Ciekawe, że niektórzy rodacy… mieli do niego pretensje. Był oficerem Stasi i wielu uważało, że faworyzuje drużynę będącą wizytówką resortu, czyli Dynamo Berlin.

Trudno się do tego odnieść, choć w Pradze rzeczywiście „kręcił lody”. Trener Górski w przerwie prosił piłkarzy, aby unikali wejść, po których sędzia mógłby podyktować wolnego albo karnego. Cóż… W drugiej połowie Prokop najpierw nie uznał bramki Szarmacha na 3:0, dopatrując się wcześniej faulu. Potem, po jednej z interwencji Jerzego Gorgonia w polu karnym, podyktował rzut wolny pośredni. Pavel Stratil zagrał krótko do nadbiegającego Jana Svehlika i padła kontaktowa bramka. Wyrównująca ociera się o skandal, ale co można było zrobić… W pomeczowej relacji „Sport” podkreślał, że decyzja Prokopa o podyktowaniu jedenastki była zbyt pochopna. „Jesteśmy zdania, że wejście Gorgonia powodujące upadek walczącego z nim o piłkę przeciwnika, będący bezpośrednią przyczyną podyktowania jedenastki, zostało wykonane prawidłowo ” – stwierdził nasz wysłannik. – Powinniśmy byli ten mecz wygrać – zauważył Kazimierz Górski.

Ciekawostką jest fakt, że Prokop posędziuje reprezentacji Polski jeszcze raz – choć już w trochę innej epoce, pod koniec komunizmu. W 1987 roku Polska przegra w Budapeszcie mecz eliminacji mistrzostw Europy 3:5. W tym szalonym meczu Prokop znów da rywalom karnego…

Dalsze losy obu drużyn

Reprezentacja Polski – ciągle bardzo silna – nie da rady awansować na mistrzostwa Europy. Mimo świetnego meczu z Holandią na Stadionie Śląskim w roku następnym Biało-czerwoni nie pojadą na turniej finałowy. Dwa lata później srebrny medal olimpijski czynniki decyzyjne uznają za klęskę i trener Górski pożegna się z reprezentacją.

Odwrotnie nasi południowi sąsiedzi, którzy scharakteryzowani zostali przez naszą gazetę jako zespół, który „czyni stałe postępy”. Po wspomnianej klęsce z Anglią wygrają właściwie wszystko, co będzie w grupie do wygrania. Złoją choćby Portugalię aż 5:0, również rewanż z dumnymi synami Albionu na Tehelnym Polu w Bratysławie im wyjdzie. Trener Vaclav Jeżek okaże się czechosłowackim Kazimierzem Górskim. Podczas turnieju finałowego Czechosłowacja dojdzie do finału, w którym po rzutach karnych ogra reprezentację RFN i zostanie mistrzem Europy. Okaże się, że przeciw Polsce wystąpiło w Pradze sześciu późniejszych mistrzów Europy. Stąd zdanie o mijaniu się na autostradzie na początku tekstu. Zresztą osiem lat później te drużyny znowu się miną… Czechosłowacy na mundialu w Hiszpanii zremisują w grupie z Kuwejtem i odpadną, a Polacy znowu zajmą trzecie miejsce na świecie.

Paweł Czado

13 LISTOPADA 1974 ROKU - PRAGA, STADION SPARTY


◼  Czechosłowacja – Polska 2:2 (0:2)

0:1 - Gadocha (31), 0:2 - Szarmach (53), 1:2 - Svehlik (60), 2:2 - Masny (73, karny)

CZECHOSŁOWACJA: Viktor – Pivarnik (61. Biros), Capković, Ondrus, Varadin - Bicovsky, Pekarik (38. Knapp), Gajdusek - Masny, Svehlik, Stratil. Trener Vaclav JEŻEK.

POLSKA: Tomaszewski  – Szymanowski, Gorgoń, Wyrobek, Drzewiecki – Bula, Deyna, Maszczyk – Lato, Szarmach, Gadocha. Trener Kazimierz GÓRSKI.