O kasę, prestiż i… finał!
Z DRUGIEJ STRONY - Michał Zichlarz
W najgorszym razie nasze zespoły zagrają w tej dodatkowej fazie, ale po co komplikować sobie życie? „Jaga” z Olimpiją Lublana, która w tabeli jest 14. z ledwie jednopunktową stratą do białostocczan, musi zwyciężyć. Remis to za mało, by być w elicie. Czwartej w tabeli Legii do awansu powinien wystarczyć remis w Sztokholmie, gdzie wcześniej poległ Panathinaikos 1:2, ale wygrała Vitoria Guimaraes w takim samym stosunku.
Polskie zespoły mają o co grać. Raz, że śrubują swój klubowy ranking, co potem ułatwia życie w losowaniu w kolejnych edycjach pucharowych rozgrywek. Nabijają też punkty do krajowego rankingu. Na razie – za ten sezon - wynosi on 7,125 pkt. Jest na poziomie wyżej od nas notowanych ligi, jak tureckiej i greckiej. W klasyfikacji UEFA ekstraklasa jest na razie na 18. miejscu. Nie brakuje nam wiele do „przeskoczenia” znajdującego się o miejsce wyżej Izraela.
W końcu po trzecie - gra toczy się również, a może przede wszystkim, o pieniądze. Jasne, najmniej prestiżowa Liga Konferencji nie dorównuje Champions League, ale też można zarobić. Samo wygranie pojedynczego spotkania to już 400 tys. euro, po obecnym kursie to 1,7 mln złotych. Remis to 133 tys. euro (ponad pół miliona złotych). Tych punktów i Legia, i „Jaga” trochę nazbierały, więc budżety rosną, ale czemu nie ma być lepiej? Miejsce w pierwszej ósemce to premia 400 tys. euro. Gra w 1/16 finału, czyli miejsca 9-24, to 200 tys. euro. Za grę w 1/8 finału o ćwierćfinał to kolejne 800 tys. euro wpływu, a w ćwierćfinale pułap wzrasta do 1,3 mln euro, czyli 5,5 mln złotych.
Popuśćmy wodze wyobraźni. W zeszłym sezonie Ligę Konferencji Europy wygrał Olympiakos Pireus. Grecy w decydującym meczu w Atenach pokonali po dogrywce Fiorentinę (ma ona na koncie dwa przegrane finały LKE, bo wcześniej w Pradze z West Hamem). To był pierwszy grecki triumf w europejskich pucharach. Po co o tym piszę? Finał tegorocznej rozgrywki w Lidze Konferencji zaplanowano na 28 maja 2025 roku we Wrocławiu. Polska dotychczas może się poszczycić tylko jednym finałem. Było to lata, lata temu, a konkretnie w kwietniu 1970 roku, kiedy we Wiedniu w Pucharze Zdobywców Pucharów Górnik Zabrze rywalizował z Manchesterem City, ulegając 1:2.
Jakże wspaniale byłoby teraz zobaczyć u nas w decydującej grze któryś z polskich klubów! Byłoby to wielkie wydarzenie. No ale na razie zejdźmy na ziemię. Po porażkach przed tygodniem trzeba teraz się sprężyć i podtrzymać wywalczone przez siebie miano europejskich rewelacji, co zostało dostrzeżone przez innych. Dla legionistów i „Dumy Podlasia” to już mecze nr 32 w tym sezonie. Oby były one równie udane, jak większość spotkań naszego eksportowego duetu we wcześniejszych grach Ligi Konferencji!
Michał Zichlarz
