O człowieku, który zarażał wolą walki

Wśród gwiazd polskiej piłki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku Marek Dziuba był postacią chyba najmniej medialną.

Marek Dziuba powstrzymuje Paolo Rossiego podczas mistrzostw świata w Hiszpanii. Fot. PAP

Nie pchał się na pierwszy plan, nie strzelał goli (w reprezentacji trafił do siatki rywali tylko raz – w listopadzie 1980 roku w meczu z Algierią 5:1 na stadionie Hutnika w Krakowie), ciężko było mu się przebić do miana piłkarza meczu w reprezentacji i w klubie, bo pierwsi w kolejce do takiego wyróżnienia byli zwykle ci, którzy popisywali się strzałami pod poprzeczkę, dryblingami, dośrodkowaniami i główkami z 15 metrów.

Dlaczego Marek nie przychodzi?

Bez takich jak on nie byłoby jednak wielkiej drużyny Antoniego Piechniczka z mistrzostw świata 1982, ligowego ŁKS i pucharowego Widzewa z połowy lat osiemdziesiątych. Urodził się w Łodzi, gdy miastem rządził ŁKS, a o dzielnicowym Widzewie mało kto słyszał, jego piłkarski życiorys zaczyna się więc właśnie na stadionie przy alei Unii, gdzie trafił z ogłoszenia w gazecie.

Mieszkał na Bałutach, więc w przeciwieństwie do swoich rówieśników z Retkini, Karolewa czy z Polesia, na treningi już jako trampkarz dojeżdżał tramwajem. I to właśnie z tramwajem związany jest incydent, który mógł zaważyć na jego karierze.

Tym samym tramwajem jeździł z pracy i do pracy w „Głosie Robotniczym” redaktor Władysław Lachowicz, przez wiele lat również korespondent „Sportu”, przyjaciel Tadeusza Bagiera i Franciszka Gorzelanego z początku lat pięćdziesiątych. Lachowicz był przed wojną piłkarzem Śmigłego Wilno, ale tylko rezerw, bo zadebiutować w pierwszym zespole nie zdążył. W Łodzi, gdzie się po wojnie osiedlił, wyczynowo już nie grał, zajmował się natomiast z upodobaniem szkoleniem piłkarskiej młodzieży. Był inicjatorem założenia pierwszej w Polsce „szkółki piłkarskiej” przy Zrzeszeniu Sportowym Włókniarz, prowadzonej profesjonalnie przez doświadczonych trenerów, z której wyszło wielu ligowych piłkarzy, z najbardziej znanym reprezentantem Polski Piotrem Suskim. Później realizował swoje pomysły w Łódzkim Klubie Sportowym, gdzie pracował z najmłodszymi. 

W jego grupie znalazł się wówczas 11-letni chłopak, który od razu się wyróżniał wśród kolegów. Nagle przestał pojawiać się na treningach. „Dlaczego nie przychodzi ten Marek? Co się z nim dzieje?” – zapytał jego kolegów. Jeden z nich powiedział prawdę: „Proszę pana, on się wstydzi. Jechał z tatą, który był wstawiony i awanturował się w tramwaju. Pan go zobaczył i teraz mu głupio”. Lachowicz opowiadał później, że nie zauważył w ogóle tego incydentu. Zareagował jednak natychmiast – poszedł do domu państwa Dziubów, przeprowadził zasadniczą „rozmowę wychowawczą” z tatą, a Markowi wytłumaczył, że odpowiada tylko za swoje zachowanie, a nie kogoś innego. Marek został jego pupilem; kiedy już było o nim głośno i wyróżniał się w reprezentacji juniorów, przyniósł i pokazał nam w redakcji jego zdjęcie ze szkolnej legitymacji, które przechował w swoim trenerskim archiwum. W tej samej grupie był także Andrzej Milczarski, inny 70-latek, który też zagrał w reprezentacji Polski. Obaj przeszli później pod opiekę Władysława Króla, legendarnego w Łodzi sportowca i trenera, którego imię nosi obecnie stadion ŁKS. On też doskonale wiedział, co zrobić z ich talentem. 

A Boniek siedział na ławce

W reprezentacji Polski juniorów grali w tym samym roczniku między innymi Stanisław Terlecki, Janusz Kupcewicz, Henryk Miłoszewicz. „A Boniek siedział na ławce” – z uśmiechem  uzupełnia tę wyliczankę bohater tego tekstu. Jeszcze przed 18. urodzinami przyszła pora na debiut w ekstraklasie. 14 listopada 1973 roku, miesiąc po zwycięskim remisie na Wembley, w meczu z Wisłą w Krakowie Dziuba pojawił się w składzie ŁKS obok Tomaszewskiego i Bulzackiego, a także Lubańskiego, Szadkowskiego (to byli później jego partnerzy w obronie), Polaka, Ostalczyka, Kasalika, Drozdowskiego, Maleńkiego i Mszycy. Trenerem ŁKS był wówczas Paweł Kowalski, a w jego debiucie miał też udział sam Kazimierz Górski, który był wówczas trenerem koordynatorem w klubie, ale faktycznie prowadził drużynę.

18-latek nie miał oczywiście szans na miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1974 roku i „Orłem Górskiego” nie został, ale widać było, że jego debiut w kadrze A jest tylko kwestią czasu. Dostał powołanie od Jacka Gmocha. Debiut 13 kwietnia 1977 roku był godny, bo na prestiżowym Nepstadionie w Budapeszcie w meczu przeciwko Węgrom, choć radość nie była pełna, bo Polska przegrała 1:2. Wszedł do gry z ławki, ale jeszcze w swoim pierwszym reprezentacyjnym sezonie aż osiem razy wyszedł do gry w pierwszej jedenastce. Grał w ważnym meczu eliminacji mistrzostw świata z Danią w Kopenhadze (2:1), brał udział w rekonesansowym tournée po Ameryce Południowej przed mistrzostwami świata (1:3 z Argentyną, 3:1 z Peru, 1:3 z Brazylią, a także nieoficjalnie z argentyńskimi drużynami klubowymi w Cordobie, Jujuy, Mendozie i Tucuman). To rekordowo długie tournée trwało prawie miesiąc, a 22-osobowa kadra grała aż osiem razy!

Marek Dziuba w reprezentacji Polski przed towarzyskim spotkaniem z Hiszpanią w Łodzi (2:3), które odbyło się 18 listopada 1981 roku. Był to pożegnalny mecz Jana Tomaszewskiego. Od lewej w górnym rzędzie: Tomaszewski, Tadeusz Dolny, Piotr Skrobowski, Stefan Majewski, Jan Jałocha. Od lewej w dolnym rzędzie: Zbigniew Boniek,  Grzegorz Lato, Dziuba, Włodzimierz Smolarek, Andrzej Iwan i Andrzej Buncol. 

Młody zawodnik nie wytrzymał fizycznie, a może i psychicznie takiego obciążenia. Już w spotkaniu z Austrią w Wiedniu (1:2) Dziuba nie wypadł najlepiej, a dwa tygodnie później w meczu z ZSRR w Wołgogradzie (1:4) – wręcz tragicznie. Przyszło mu mierzyć się z samym Olegiem Błochinem, wówczas gwiazdą światowej klasy. Błochin mijał Dziubę jak chciał, strzelił dwa gole i jeszcze przed końcem załamanego piłkarza zmienił rezerwowy. Gmoch go skreślił, Argentyna była już poza zasięgiem. Czy reprezentacja także? Dziuby nie było w kadrze po tym meczu przez półtora roku.

Zaufał mu ponownie Ryszard Kulesza, powołując na zimowy wyjazd kadry do Tunezji i Algierii w 1979 roku. W Tunisie (2:0 dla Polski) Dziuba zagrał na prawej obronie obok Pawła Janasa, Władysława Żmudy i Antoniego Szymanowskiego i z debiutującym Józefem Młynarczykiem w bramce – to była pierwsza próba „hiszpańskiego” ustawienia, choć do Mundialu 1982 było jeszcze trzy lata.

Kartka? Jaka kartka?

Jesień 1981 roku była w Polsce niespokojna. Rok kończył się ogłoszeniem stanu wojennego  i były ważniejsze sprawy niż przygotowania do mistrzostw świata. Nowym trenerem został Antoni Piechniczek, który pamiętał o Dziubie. Co więcej, awansował go na kapitana drużyny już w pierwszym meczu pod swoim kierunkiem z Rumunią w Bukareszcie (niestety – 0:2). W eliminacjach mieliśmy grupę trzyzespołową, co oznaczało, że nie ma marginesu błędu – trzeba było wygrać wszystkie mecze z NRD i z Maltą. Z NRD w Chorzowie było 1:0 dla Polski, Malta nie stwarzała problemów, kluczowy okazał się więc mecz w Lipsku. Oglądałem to spotkanie na żywo, a potem jeszcze kilka razy przy okazji rocznicowych powtórek w telewizji. Przypomnijmy więc i my, że po 5 minutach było już 2:0 dla Polski po golach Włodzimierza Smolarka i Andrzeja Szarmacha, a gdy zrobiło się 2:1, to Smolarek trafił jeszcze raz. Zwycięstwo 3:2 było wyraźniejsze sądząc po przebiegu gry niż sam wynik. To był jeden z najlepszych meczów reprezentacji w historii, a Dziuba (oczywiście w roli kapitana) był nie do sforsowania w defensywie. Grał w stylu „piłka może przejść, ale przeciwnik – nigdy” i przy dzisiejszym stylu sędziowania wyleciałby z boiska z czerwoną kartką. Skończyło się na żółtej i kontuzji, która nie pozwoliła mu dokończyć tego meczu. Zastąpił go nie byle kto – Roman Wójcicki. Taką mieliśmy wtedy reprezentację!

Akurat w NRD taki sposób gry nikogo nie dziwił. Kiedyś Dziubę wyrzucił z boiska w sparingowym meczu  ŁKS z Unionem Berlin znany tamtejszy arbiter Rudi Glöckner. Ponieważ część mojego zawodowego życia spędziłem w Lipsku i byłem korespondentem „Deutsches Sportecho”, znałem go osobiście. Poszedłem do szatni negocjować wykreślenie tej czerwonej kartki z sędziowskiego protokołu, by przypadkiem PZPN nie miał ochoty zawiesić zawodnika, ale Glöckner udając zdziwienie powiedział: „Kartka? Była jakaś czerwona kartka?”

Na same mistrzostwa Piechniczek miał już jednak inny pomysł – Stefana Majewskiego i Jana Jałochę na bocznej obronie. Dziuba znalazł się w takiej samej sytuacji, jak osiem lat wcześniej jego klubowy kolega Mirosław Bulzacki, który wywalczył remis na Wembley, ale w samych mistrzostwach w 1974 roku nie zagrał ani minuty. Był na pewno zawiedziony, ale rozumiał, że liczy się dobro zespołu. W trzecim meczu Polaków (5:1 z Peru) kontuzji doznał jednak Jałocha i Marek Dziuba przejął jego pozycję na boisku, ale Żmuda kapitańskiej opaski już mu nie oddał.

Jeszcze jedna fotka Marka Dziuby z półfinałowego meczu Espana'82 z Włochami. Zatroskana mina Marka Dziuby nie może dziwić - przegraliśmy 0:2... Fot. PAP

Turniej w Hiszpanii zakończył faktycznie reprezentacyjny rozdział kariery Marka Dziuby, bo potem były już tylko występy w roli rezerwowego w czterech spotkaniach. Oficjalny bilans jego meczów w reprezentacji zamyka się liczbą 53. Występów w koszulce z białym orłem było jednak więcej, bo kadra rozgrywała też mecze z zespołami klubowymi z innych krajów (na przykład podczas wspomnianego wcześniej tournée po Ameryce). Nie były to żadne sparingi na boisku za hotelem jak wyśmiewany często mecz z „olimpijską reprezentacją Bośni i Hercegowiny”, a ważne sportowo i medialnie potyczki z ligowymi drużynami z liczących się piłkarsko państw, do których pasuje określenie „oficjalny mecz towarzyski”.

Reprezentacja była od święta, codzienność to z kolei 477 meczów ligowych w ŁKS, Widzewie i Sint Truidense w 19 sezonach! Poza wspomnianą datą debiutu w ekstraklasie ani słowa nie było dotąd w tym tekście o występach Marka Dziuby w macierzystym ŁKS. No cóż, to trudny temat, o którym sam piłkarz nie chce nawet teraz wspominać. Dlaczego drużyna, w której nie brakowało reprezentantów Polski, nie osiągnęła niczego w krajowej rywalizacji? „Mógłbym urazić wielu ludzi, gdybym powiedział prawdę" – stwierdził niedawno w jednym z wywiadów. Dodam od siebie – za dużo w zespole było sprzecznych interesów, piłkarze nie zawsze grali razem do jednej bramki, a i słynny trener nie dawał najlepszego przykładu. No i był już w Łodzi Widzew. „Gdyby w ŁKS była taka organizacja jak w Widzewie, rządzilibyśmy ligą przez wiele lat” – twierdzi dzisiaj Marek.

Rodzinna atmosfera

Dziuba zbliżał się do trzydziestki, pora była więc pomyśleć o emeryturze, co dla piłkarza oznaczało wyjazd do klubu z zachodniej Europy. Podjął więc decyzję o przejściu do Widzewa, który przecież miał stały kontakt z Europą poprzez rozgrywki pucharowe. Jego autorytet w Łodzi i w ŁKS był już tak wielki, że przyjęto tę decyzję ze zrozumieniem. Żałował, że opuszcza swój klub: „Atmosfera w ŁKS była wspaniała, byliśmy ze sobą zżyci, spotykaliśmy się rodzinnie. Większość chłopaków była z Łodzi, mieszkaliśmy blisko siebie – to był rzeczywiście łódzki klub” – wspomina.

Sezon 1984/85 rozpoczął już w Widzewie. Mistrzowskiego tytułu nie udało się Widzewowi obronić, jego nowy klub zdobył natomiast Puchar Polski po wygranej karnymi w finale z GKS Katowice, a on sam zagrał „w Europie” już wcześniej przeciwko Duńczykom z Aarhus (2:0 i 0:1), Borussii Moenchengladbach (2:3 i 1:0) oraz Dynamu Mińsk (0:2 w Łodzi i 1:0 w Tbilisi). Rewanż z Dynamem rozgrywano daleko od centrum Europy, bo był grudzień i obawiano się, że na Białorusi będzie za zimno. Tymczasem to w Tbilisi było minus siedem i grano w gęstej śnieżycy. Bramkę zdobył Dariusz Dziekanowski, który ma z Dziubą tyle wspólnego, że niepochlebnie się o nim wyrażał w słynnym wywiadzie w „Sportowcu”, w którym żegnał się z Widzewem. W Łodzi wówczas bardzo Dziekanowskiego nie lubiliśmy, a przy okazji także... prowadzącego wywiad Jurka Chromika, dziś naszego kolegę z felietonowej strony „Sportu”. Zwycięstwo nie wystarczyło do wyeliminowania Dynama, żałoby podczas powrotu jednak nie było. Piloci zapraszali do zwiedzania kabiny i pozwolili posiedzieć na swoich fotelach. Marek Dziuba kapitanem drużyny już nie był, pełnił za to przez chwilę obowiązki kapitana samolotu. Dziennikarze wracali do Polski tym samym czarterem, ale nie baliśmy się, bo automatyczny pilot czuwał.

Mecz o trzecie miejsce MŚ z Francją: od lewej  Józef Młynarczyk, Marek Dziuba i Alain Couriol. Fot.. PAP

Nie wiem, czy to mecze pucharowe pomogły w transferze do belgijskiego zespołu Sint Truidense, gdzie Marek spędził aż pięć lat. Tam też rozpoczął pracę trenerską jako asystent trenera pierwszej drużyny. Po krajowej praktyce w Ceramice Opoczno zaproponowano mu pracę w jego ŁKS, w którym akurat realizowano to, czego nie było w latach jego gry: Antoni Ptak zapewnił takie warunki, że zdobycie mistrzowskiego tytułu pod jego kierunkiem stało się możliwe. Po wygraniu meczu z KSZO w Ostrowcu Świętokrzyskim, który zapewnił tytuł mistrza Polski w 1998 roku, grający w ŁKS Brazylijczyk Rodrigo Carbone wylał na niego wiadro wody. Takiej radości nie przeżył jako zawodnik, spełnił się natomiast jako trener. W eliminacjach Ligi Mistrzów jego drużyna zagrała na Old Trafford i w Łodzi z Manchesterem United, a na konferencji prasowej siedział obok Aleksa Fergusona i Bobby'ego Charltona. ŁKS przegrał 0:2 w Manchesterze, ale w Łodzi skończyło się bezbramkowo. To był jedyny mecz wyjazdowy w tym sezonie pucharowym, w którym Manchester nie zdobył bramki. Dziuby nie było na boisku. Wystarczyło, że biegał za boczna linią.

Rok później doprowadził Widzew do wicemistrzostwa. To było piękne ukoronowanie bogatej kariery najlepszego łódzkiego piłkarza w historii, łódzkiego nie tylko z racji gry w drużynie z tego miasta, ale i z urodzenia, i z wychowania.

Następne lata nie były już dla Marka tak pomyślne, sportowo i życiowo. Miał swoje problemy, nie do końca panował nad swoim życiem. Zmarła jego żona Danuta. Koledzy z klubu nie opuścili go jednak. Z obecną partnerką Anią mieszka teraz niedaleko mnie – na łódzkich Stokach. Czasem wracamy razem z meczu. Tramwajem numer dwanaście.

Entuzjazm w grze i wola walki

Żaden piłkarz ŁKS albo Widzewa nie miał takiego urodzinowego benefisu jak Marek Dziuba, który 19 grudnia skończył 70 lat życia. Organizatorami byli członkowie sekcji walking footballu ŁKS, gdzie Dziuba jest trenerem i zawodnikiem, bo to gra dla starszych panów. W hali ŁKS odbył się turniej z udziałem zaprzyjaźnionych drużyn z Almelo w Holandii, Dortmundu i Sint Truiden, gdzie pamiętają Marka do dziś. Przyjechali na urodziny trener Antoni Piechniczek („Zarażał wszystkich entuzjazmem w grze i wolą walki” – mówił o nim w okolicznościowej laudacji), Michał Listkiewicz, Józef Młynarczyk, Jacek Krzynówek, Piotr Świerczewski,  wiceprezes PZPN  Adam Kaźmierczak, prezes spółki Ekstraklasa SA Marcin Animucki, polski król kibiców Andrzej Bobowski, były rzecznik PZPN Tomasz Jagodziński, obecny właściciel ŁKS Dariusz Melon, olimpijczyk Zygfryd Kuchta (akurat piłkarz ręczny), koledzy z drużyny ŁKS, w której grał i ztej, z którą zdobył mistrzowski tytuł jako trener – Mirosław Bulzacki, Ryszard Polak, Marek Chojnacki, Andrzej Milczarski, Zdzisław Leszczyński, Leszek Kwaśniewicz, Marek Saganowski, Grzegorz Krysiak, Tomasz Kłos, Rafał Niżnik, Tomasz Lenart, Artur Kościuk, Ryszard Robakiewicz, Zdzisław Kostrzewiński, który również grał w ŁKS i w Widzewie. Była też delegacja Widzewa, bo Marek zapracował na szacunek po obu stronach miasta i jest wręcz symbolem pojednania. W Galerii Sław Łódzkiego Sportu na stadionie odsłonięto pamiątkową tablicę obok tablic z nazwiskami Marii Kwaśniewskiej-Maleszewskiej, Artura Partyki i Marcina Gortata. Ukazała się książka autorstwa Mariusza Gossa.

Apetyt Marka Dziuby na wielką piłkę został zaspokojony!Fot. PAP

Nie zabrakło dziennikarzy, bo zawsze ceniliśmy go za skromność, konkret w wypowiedziach, brak „gwiazdorstwa” we wzajemnych kontaktach. Był tam także niżej podpisany – znam Marka od ponad 50 lat, dokładnie śledziłem jego karierę, stąd też poufały ton niektórych przedstawionych tu obrazków z jego życia i z naszych wzajemnych kontaktów.

Wojciech Filipiak

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się