Nowy Jork wita!
Choć robi to po kilkunastogodzinnej podróży i staniu do odprawy przez dwie-trzy godziny na reprezentacyjnym lotnisku JFK. Nawet sami Amerykanie są wkurzeni i zdziwieni tym, o co tutaj chodzi.
Do Stanów, gdzie rozegranych zostanie 78 ze 104 zaplanowanych meczów XXIII mistrzostw świata, codziennie przyjeżdżają tysiące kibiców z całego świata. W sumie nie tylko kibiców, bo zaczyna się okres urlopowy, więc turystów wszędzie też jest coraz więcej. Co jak co, ale wydawałoby się, że główny organizator imprezy, słynący zawsze z doskonałej organizacji wszystkiego, przygotował się odpowiednio do przyjęcia fanów. Niestety, nie na John F. Kennedy International Airport…
Olbrzymie kolejki
Choć na zdjęciu w olbrzymim holu, gdzie znajdują się stanowiska oficerów emigracyjnych – US Customs and Border Protection – widać wielką reklamę z napisem „To czas na Nowy Jork – gdzie wszyscy są witani”, to w praktyce nie do końca tak jest. Doświadczyłem tego wraz z setkami innych pasażerów, niekoniecznie samych piłkarskich fanów, na własnej skórze. Po ponad ośmiogodzinnym locie z Frankfurtu nad Menem trzeba było czekać w ogromnej kolejce na rozmowę i na możliwość wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jedna kolejka dla dyplomatów, tam tłoku nie było. Kolejna dla członków samolotowych załóg, też idzie sprawnie. Amerykanie także są szybko przepuszczani. Reszta czeka godzinami, nam zajęło to prawie trzy! Nawet pani, Afroamerykanka z groźnym wyrazem twarzy, ale życzliwa jak tylko mogła być (bo bez kolejki kierowała do odprawy wizowej rodziny z małymi dziećmi) nie szczędziła wyzwisk pod adresem tego, jak wszystko wygląda. – Stanowisk kilkanaście, a dwie osoby pracują. To coś niemożliwego, że ludzie po długiej podróży muszą tak czekać – rzuciła przy tym kilka przekleństw.
Raczej nikt nie został zawrócony, jak słynny już sędzia z Somalii Omar Artan, którego przecież przed kilkoma dniami odprawiono z kwitkiem na Miami International Airport. Ciekawe, czy tam też były napisy takie jak Nowym Jorku, że Miami wita wszystkich…
Nie ma za wielkiej reklamy
Żeby jednak nie było. Zawsze są jakieś komplikacje z przyjazdem na mundial. Przed ośmioma laty w Rosji po przyjeździe trzeba było złożyć… meldunek kwaterunkowy: u kogo się jest, na jak długo i podać wszystkie swoje dane w odpowiednim urzędzie kwaterunkowym. W Katarze też był obowiązek zarejestrowania się, ale tam akurat wszystko szło sprawnie i szybko. Teraz w Stanach jest sporo problemów i nerwów tych, którzy przylatują.
Co dziwi, to że nie ma wielu reklam mistrzowskiej imprezy. Owszem, przy wyjściu z lotniska są informacje, że odbywają się mistrzostwa w soccer, że Nowy Jork to główna arena mistrzostw, w metrze tez widziałem reklamy turnieju, ale jakiegoś wielkiego szału – jak było to w przypadku poprzednich kilku mundiali – nie ma. Inna rzecz, że Nowy Jork żyje swoim życiem, a przede wszystkim tym, że koszykarze New York Knicks po ponad pięciu dekadach znowu są najlepsi w NBA!
Soccer w górę
Piłka, soccer, przebija się jednak do przodu w amerykańskim sporcie. Tak jest od lat i ten trend jest widoczny. Jadąc z lotniska JFK do swojego miejsca zakwaterowania, widziałem kilka boisk z pełnym obłożeniem – grają starsi, młodsi. Tutaj boisk nikt nie zamyka. Każdy plac zajęty. Zerkam do amerykańskich gazet. „New York Times” pisze, że na podstawie raportu grupy Nielsena soccer przestał już być jakąś tam dyscypliną uprawianą przez potomków emigrantów. Mało tego, przeskoczył amerykański baseball i sytuuje się za tutejszą odmianą futbolu, tą znaną z ligi NFL, i za koszykówką.
W jeszcze lepszej promocji ma pomóc udany występ na mundialu u siebie, w domu. Kiedy Jankesi w 1994 roku organizowali pierwsze piłkarskie święto, to bardzo nie chcieli zostać pierwszym gospodarzem turnieju, który nie przeszedł fazy grupowej. Udało się (ten mało zaszczytny tytuł przypadł RPA w 2010). W swoim drugim meczu pokonali Kolumbię 2:1 – między innymi po samobójczym trafieniu Andreasa Escobara, który niedługo potem został zastrzelony w swoim kraju – a z grupy wyszli z czterema punktami, remisując jeszcze ze Szwajcarią i ulegając Rumunii. Tam nie dali rady późniejszemu mistrzowi świata, Brazylii, ale siępostawili się. Było tylko 1:0 dla Canarinhos.
W drużynie prowadzonej przez słynnego trenera-obieżyświata z byłej Jugosławii Borę Milutinovicia błyszczał wtedy środkowy obrońca Alexi Lalas, który z racji fryzury i bezkompromisowego stylu grania zaskarbił sobie sympatię wielu kibiców. Teraz Amerykanie mają znacznie większe ambicje niż wtedy. Jak będzie, pokażą kolejne spotkania z ich udziałem. Po rozbiciu Paragwaju na początek 4:1 teraz w grupie D zagrają z Australią i na koniec z Turcją.
Na tę wizytówkę można się napatrzeć na lotnisku JFK godzinami, czekając na rozmowę z oficerem imigracyjnym. Fot. Michał Zichlarz
Nowy Jork to miejsce finału XXIII MŚ. Odbędzie się na MetLife Stadium 19 lipca. Fot. Michał Zichlarz
Christian Pulisić (nr 10) ma poprowadzić Jankesów do wielkich zwycięstw. Fot. Chris Torres PAP / EPA
