No to rasizm!
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Liam Rosenior przejmuje Chelsea i to jest wydarzenie futbolowe co niemiara, to jest wręcz fenomen, to trzeba odtrąbić, zwieńczyć fanfarami, walnąć na pierwszej stronie czerwonymi wersalikami, ale wcale nie ze sportowej przyczyny. Zmiana trenera w trakcie sezonu to nic nadzwyczajnego, kto bogatemu zabroni, włodarze Chelsea mają krótki lont i równie krótką pamięć, wszak Enzo Maresca nie zostawił The Blues gdzieś w dole tabeli po serii porażek, lecz w czubie Premier League (choć ze stratą punktową wykluczającą marzenia o mistrzostwie), a w Champions League dopiero co potrafił zdemolować Barcelonę (3:0 w listopadzie).
Rosenior to był najprostszy wybór – Racing Strasbourg stał się właściwie klubem filialnym Chelsea, w dodatku sam szkoleniowiec po prostu wraca do rodziny, która nie chciała się z nim przeprowadzić do Alzacji, jest Londyńczykiem z urodzenia, to dla niego kwestia nie tylko ambicjonalna (przeskok z Ligi Konferencji na poziom Ligi Mistrzów), ale i sprawa wygody. W Strasbourgu co prawda kibice pomstują, ale jak za bardzo będą pyszczyć na właścicieli, skończy się kasa i europejskie puchary, w których przecież Racing radził sobie całkiem niezgorzej (choć Jagiellonii ograć nie zdołał).
Owóż Rosenior, który dzielnie sobie radził z najmłodszą drużyną w lidze, teraz wypłynie na szerokie wody, by sprawdzić swój warsztat w gwiazdorskim klubie. Dlaczego zatem to takie wydarzenie? Bo ten trener, którego przodkowie wywodzą się z Sierra Leone, jest czarnoskóry. A czarnoskóry trener piłkarski zatrudniony w Europie to jest Anno Domini 2026 wciąż zjawisko na miarę zaćmienia słońca. Wobec masowego napływu i rozwoju gwiazd futbolowych o czarnym kolorze skóry, które stanowią mniej więcej połowę składów drużyn we wszystkich czołowych ligach Europy, a w niektórych reprezentacjach krajowych miażdżącą większość (Francja), dysproporcja jest porażająca. Rosenior jest jednym z… czterech czarnoskórych coachów w ligach europejskiego top 5. W Premier League oprócz niego wciąż pracuje Nuno Espirito Santo urodzony na Wyspie Świętego Tomasza, ale po zwolnieniu z Nottingham Forest w West Hamie wiedzie mu się kiepsko, więc jego posada nie jest pewna. W Monachium – wiadomo, Vincent Kompany, pół Kongijczyk, trzyma pieczę nad Bayernem, bodaj najsilniejszą obecnie drużyną świata. W Rennes Senegalczyk Habib Beye trenuje między innymi Przemysława Frankowskiego, który zresztą dołączył w miniony weekend do naszych rozhulanych napastników – nieobstawiony trafił głową na wyjeździe w Lillle. A że Zieliński kropnął cudnej urody gola lewym szpicem dla Interu przeciw Bolonii, a Lewandowski trafił splotem słonecznym w derbach Barcelony, zliczyliśmy anatomicznego hattricka w wersji klasycznej – nasi strzelali każdą z dozwolonych części ciała.
I to by było na tyle – czterech trenerów na dziewięćdziesiąt cztery drużyny najsilniejszych lig Europy. Niżej nie jest wcale lepiej – w ligach portugalskiej, holenderskiej i belgijskiej, czyli także w krajach postkolonialnych, nie ma ani jednego czarnoskórego trenera. Ja się wobec tego zastanawiam, czy banery ze szlachetnymi hasłami przestrzegającymi „No to racism!” nie powinny być tłumaczone jako hasła zachęcające: „No to rasizm!”. Przecież ci wszyscy piłkarze przechodzą taką samą drogę, co biali, zarabiają tyle samo, mają po zakończeniu kariery ten sam start, a jednak drogi szkoleniowej nie obierają, bo wiedzą, że i tak nie dostaną roboty? Tolerancja kończy się na etapie sportowym, a zatem nie jest żadną tolerancją, tylko rasistowską akceptacją siły roboczej: wiadomo, czarni szybciej dojrzewają, prędzej biegają, są sprawniejsi, ale kiedy odwieszą buty na kołek to koniec zabawy, no bo kto to widział, żeby czarnego uczynić menedżerem? To za poważna sprawa, to robota dla białych? Tu się uprzedzenia rasowe nagle wydostają spod pięknych sloganów i hulają w najlepsze.
Płotki się karze pod byle pretekstem, za obrazę słowną piłkarzy na tle rasistowskim grożą najwyższe kary, przez półgłówków udających na trybunach małpy kluby płacą krociowe grzywny – okazuje się, że to wszystko jednak tylko gra pozorów. Liczby nie kłamią, one wprost dowodzą, jak cały ten piłkarski bajzel jest zakłamany. Co z tego, że Złotą Piłkę dostał Dembele, a od kiedy zmieniono przepisy i nagrodę może otrzymywać najlepszy piłkarz świata niekoniecznie urodzony w Europie w ciągu 29 edycji wygrało plebiscyt już pięciu czarnoskórych graczy (tu akurat stawkę przyblokowali na lata Messi i CR7, więc wynik jest całkiem niezły). Czarni są akceptowani tylko jako boiskowi wyrobnicy i to tylko wtedy, o ile harują w Europie. Gdzie można obejrzeć rozgrywki o Puchar Narodów Afryki? Nigdzie, w żadnej telewizji, w dodatku najbogatsze kluby z naszego kontynentu tradycyjnie wściekają się, że muszą oddawać swoje gwiazdy na jakąś tam bieganinę po buszu.
