Nikt nie odpuści
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Tu nie chodzi tylko o prestiż, emocje, ambicje i wzruszenia. Europejskie puchary są teraz tak skonstruowane, że każdy płotek na bieżni (czytaj: kolejna runda) to gruby szmal! Nikt z jego pokonania bez walki nie zrezygnuje, nawet – wydawałoby się – ci, znajdujący się w beznadziejnej sytuacji, jak choćby Legia po pierwszym meczu na Cyprze. Raków, który dostał klapsa od Izraelczyków, wydaje się w znacznie lepszej sytuacji niż stołeczny zespół – także dlatego, że rewanż odbędzie się na wyjeździe tak naprawdę dla obu drużyn. Maccabi jest przecież tylko gospodarzem z nazwy, bo spotkanie zostanie rozegrane całkiem niedaleko, bo w węgierskim Debreczynie (wiem, bo byłem tam 28 lat temu na meczu Ruchu z kolegą ze „Sportu”, Jurkiem Dusikiem; podróż była jak śmignięcie biczem – pojechaliśmy prosto na mecz, zobaczyliśmy i od razu wróciliśmy). Jak wiadomo, w Hajfie spotkanie nie może się odbyć ze względu na sytuację polityczną: państwo Izrael jest w trakcie ludobójstwa w Strefie Gazy, komisja ONZ oceniła te działania jako zbrodnie przeciw ludzkości. UEFA pozwala jednak Izraelczykom grać w pucharach.
Wracając do świata piłki: jesteśmy przekonani, że Raków jest w stanie odwrócić losy dwumeczu. Legia ma znacznie gorzej. Ku pokrzepieniu serc jej fanów warto przypomnieć, że pierwsze koty za płoty, a drugie czasem już na! Zdarzało się przecież, że drużyna, która przegrała pierwszy mecz trzema bramkami, potrafiła w pucharach odrobić straty. Wcale nie trzeba sięgać do mitycznych bojów z XX wieku, by takie przykłady znaleźć.
W kwietniu 2004 roku do hiszpańskiej Galicji przyjechali pewni siebie Włosi, którzy rzadko wypuszczają obrus z rąk, kiedy już szarpną go w swoją stronę. U siebie Milan wygrał z Deportivo 4:1, więc rewanż w tak bliskiej polskim sercom La Corunii wydawał się formalnością. Czy kręgosłup Dida-Maldini-Pirlo-Kaka-Szewczenko może nie tyle się złamać, ile w ogóle zgiąć? Ależ... oczywiście! Deportivo Włochów wtedy połamało, wygrało 4:0! „Jeśli awansujemy, to nawet na kolanach przejdę pielgrzymkę do Santiago de Compostela” – mówił przed meczem trener hiszpańskiej drużyny Javier Irureta. Nie wiem, czy dotrzymał obietnicy i przeszedł Camino.
Jeszcze lepszy numer zdarzył się niespełna dekadę temu. To, co przytrafiło się w Barcelonie w 2017 roku, jest właściwie ideałem powrotu – działacze UEFA zdeponowali nawet ten mecz w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sevres pod Paryżem. To spotkanie w formie kasety leży obok platynowo-irydowego walca, który do niedawna służył jako definicja kilograma… Oczywiście żartuję, ale gdyby taki depozyt miał być prawdziwy, to właśnie z okazji tamtego meczu Barcelony z PSG. W pierwszym spotkaniu drużyna z Katalonii przegrała w Paryżu 0:4, w rewanżu u siebie jeszcze w 88 minucie prowadziła tylko 3:1. A mimo to wyeliminowała rywala. W końcówce dwa gole dołożył Neymar, a rozstrzygająca bramka padła w dogrywce. Niewiarygodne…
Los daje i odbiera. Dał Barcie z PSG, a zaraz potem odebrał w starciach z Romą i Liverpoolem. W 2018 roku rzymianie na Stadio Olimpico wygrali 3:0 po klęsce w pierwszym meczu 1:4, a rok później The Reds złoili Barcę 4:0, po klęsce 0:3. Da się? Oczywiście, że tak! Skoro Barcelona potrafi aż tak zepsuć, to dlaczego Legia miałaby... aż tak nie naprawić? Do tego nie na Camp Nou, ale przy Łazienkowskiej? Tego się trzymajmy. Bo co innego nam pozostało?!
