Nienabite strzelby
Napastnicy ekipy trenera Wojciecha Łobodzińskiego najwyraźniej zapomnieli jak się zdobywa bramki. Nie trafiają nawet z „jedenastek”.
Bartosz Snopczyński (z lewej) czeka na gola od 19 września... Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus
ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC
Fakty mówią same za siebie - w październiku zawodnicy z przedniej formacji nie strzelili ani jednego gola, a z 19 bramek, jakie Zagłębie zdobyło od początku sezonu, zapisali ich 7.
Ponad miesiąc milczenia
Pięciokrotnie na listę strzelców wpisał się Jewgienij Szykawka, a dwukrotnie uczynił to Bartosz Snopczyński. Obaj jednak od dawna milczą. Białorusin ostatni raz gratulacje za gola odbierał 29 września w zwycięskim meczu z rezerwami ŁKS-u Łódź (3:1), a Snopczyński 10 dni wcześniej w wygranym 3:0 spotkaniu ze Świtem Szczecin. Szykawka ostatnią bramkę zdobył z rzutu karnego. Z gry natomiast we wspomnianym starciu ze Świtem, w którym - przy ustawieniu z jednym nominalnym graczem na szpicy - pełnił rolę zmiennika Szykawki. Co ciekawe, obaj od tamtej pory swój dorobek mogli wzbogacić przynajmniej o trafienie więcej, ale solidarnie nie wykorzystali rzutów karnych. Szykawka koncertowo wręcz spudłował w meczu z Hutnikiem (0:0), zaś Snopczyński z drugim zespołem ŁKS-u. Co warte podkreślenia, obaj wcześniej z powodzeniem egzekwowali „jedenastki”; Snopczyński jedną, a Szykawka dwie. Snopczyński od meczu ze Świtem, ostatniego z bramką, wystąpił we wszystkich spotkaniach, ale tylko w jednym - gdy Szykawka pauzował za kartki - od pierwszego gwizdka. W pozostałych przypadkach były to „ogony”. Co innego Białorusin, który był pierwszym wyborem.
Miało być łatwiej
Z przyjściem Białorusina w Sosnowcu wiązano spore nadzieje i trudno się dziwić, w końcu do Zagłębia przeniósł się z ekstraklasowej Korony Kielce. Wprawdzie w ubiegłym sezonie zdobył zaledwie dwie bramki, lecz sezon wcześniej aż 10. W 2. lidze miało być łatwiej, ale nie jest. W sumie Szykawka wybiegł na boisko 13 razy i - jak już wspomnieliśmy - jego licznik zatrzymał się na pięciu trafieniach, w tym dwóch z rzutów karnych. To zdecydowanie za mało, jak na piłkarza z takim ograniem i doświadczeniem. Snopczyński także nie ma czym zaimponować. W minionym sezonie po 15 kolejkach miał 5 bramek. Teraz ma zaledwie dwie, w tym jedną z karnego. Wówczas jednak, mimo że za rywala o miejsce w składzie miał Kamila Bilińskiego, grywał częściej. Wynikało to m.in. z faktu, że były mecze, w których pojawiał się na murawie obok tego doświadczonego gracza. Ówczesny trener Marek Saganowski widział go również na skrzydle.
Ryzyko do podjęcia
Dorobek napastników nie powala na kolana, a jeśli dodamy do tego, że tak ofensywni gracze jak Kameruńczyk Emmanuel Agbor czy Łotysz Deniss Rakels mają po jednej bramce, to faktycznie jest o czym myśleć. Być może w tej sytuacji trener Wojciech Łobodziński na zajęcia pierwszego zespołu powinien zaprosić graczy rezerw, Michała Barcia i Kacpra Wołowca, którzy do tej pory w 5. lidze śląskiej zdobyli odpowiednio 13 oraz 11 bramek. - To kiedyś była norma, że wyróżniający się zawodnicy drugiej drużyny otrzymywali szansę pokazywania się w pierwszej. W przypadku wyróżniających się napastników sprawa była o tyle prostsza, bo jeśli jeden czy drugi z rezerwistów zmarnuje sytuację, to nic takiego się nie stanie - uśmiecha się Leszek Baczyński, honorowy prezes Zagłębia. - A mówiąc poważnie, to sądzę, że trzeba ryzykować i dać szansę młodzieży. Mamy trochę chłopaków, którzy tylko czekają, żeby się pokazać. Jak nie teraz to kiedy? Ryzyka w tym przypadku naprawdę nie ma.
Krzysztof Polaczkiewicz
