Niech żyje kalkulacja!

CZADOBLOG - Paweł Czado

W piłce nożnej bardzo złe skojarzenia budzi termin ”kunktatorstwo”. Ma to być bowiem coś śliskiego, niegodnego szlachetnej rywalizacji.

Nie zgadzam się oczywiście! Nie rozumiem tego świętego oburzenia... Żeby było jasne: sam jestem zwolennikiem gry efektowej i widowiskowej, ale w pełni rozumiem pobudki, tych, którzy jednak… kalkulują.  Warto przypomnieć, że kunktatorstwo jest stare jak świat.  W III wieku żył wódz i polityk rzymski Kwintus Fabiusz Maximus (nie mylić z gościem z „Gladiatora” granym przez Russella Crowe’a, to cztery stulecia wcześniej, jeszcze za republiki). Właśnie on zyskał przydomek Cunctator, czyli „Ociągający się”, Mierzył bowiem siły na zamiary i unikał bezpośrednich starć z Kartagińczykami w czasie II wojny punickiej. Tym ociąganiem uratował przed Hannibalem Rzym.

Kunktatorstwo musi występować w futbolu, bo tworzą go ludzie rozumni. Czasami okoliczności sprawiają, że tylko dzięki kalkulacji można coś osiągnąć, choćby zajść dalej w takim turnieju jak mundial. Dla mnie kalkulowanie jest elementem dozwolonej strategii. Wiesz co to za sobą niesie i wybierasz to - lub nie. Musisz nawet skalkulować, czy kalkulowanie jest opłacalne; nazwijmy to na potrzeby tego tekściku „rekalkulacją"...

W 1962 roku Czechosłowacja kalkulowała i została wicemistrzem świata. Wybitny strateg trener Rudolf Vytlacil  zbudował zespół oparty na pragmatyzmie i żelaznej dyscyplinie taktycznej. Jego zespół bazował na głębokim cofnięciu się i zagęszczeniu środka pola, no i oczywiście na kontrach. Po zwycięstwie z Hiszpanią i remisie z Brazylią, Czechosłowacy nieoczekiwanie przegrali ostatni grupowy mecz z Meksykiem. Co to oznaczało? Łatwiejszego przeciwnika w ćwierćfinale! Po porażce były nimi Węgry, już nie tak silne jak za czasów Puskasa czy Kocsisa osiem lat wcześniej. Ogranie ich było prostszą sprawą niż Anglików, na których trafili ostatecznie Brazylijczycy. Opłaciła się ta kalkulacja.

Oczywiście nie uznaję za kalkulację przykrych zdarzeń z 1982 roku i „hańbę z Gijon”, kiedy Niemcy z Austrią zmówili się, żeby awansować bez wysiłku kosztem Algierii. Wystarczało 1:0 dla RFN, więc było 1:0, a ostatnie minuty były parodią futbolu. Nie, takie historie nie mają jednak nic wspólnego ze zdrowo pojętym kunktatorstwem, ze zdrowo pojętą kalkulacją…

Piszę o kalkulacji i kunktatorstwie, bo możemy przecież zaobserwować te zjawiska również na obecnym mundialu. Norwegowie zdecydowali się kalkulować i – jak widać - dobrze na tym wyszli. Nie wykrwawiali się w walce o pierwsze miejsce w grupie z Francją. Nie chcieli rzucać wszystkiego w wir bitwy z jedną z najsilniejszych drużyn tego mundialu. – Pewnie nas pokonają, pewnie wygrają cały turniej – mówił przed tym meczem Erling Haaland i… usiadł na ławce. Norwegia została zadziobana przez galijskiego koguta, ale oprócz straconego wyniku, wyszła… bez szwanku. Aż dziesięciu norweskich piłkarzy w porównaniu z poprzednim meczem usiadło na ławce rezerwowych i mogło wypocząć. Mogło nabrać sił przed kolejnym wyczerpującym starciem, już w fazie pucharowej. Przydały się, bo Wybrzeże Kości Słoniowej to jedna z najlepiej przygotowanych do mundialu drużyn pod względem fizycznym. Zabiegać Słonie jest bardzo trudno, a jednak wypoczęta – a ten wypoczynek był skalkulowany – Norwegia dała ostatecznie radę.

Wniosek? Niech żyje kalkulacja!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się