Niech stanie się reset

Rozmowa z Markiem Leśniewskim, prezesem Polskiego Związku Kolarskiego

Fot. Dorota Dusik

Kolarz, trener, działacz... Która z tych ról z przeszłości najbardziej przydaje się w pierwszych dniach prezesowania Polskiemu Związkowi Kolarskiemu?

– W kolarstwie przeszedłem wszystkie etapy. Byłem zawodnikiem i trenerem zarówno takim na rowerze w czasie pobytu we Francji, jak i później kadry narodowej młodzieżowców i juniorów w Polsce. A ponadto byłem członkiem zarządu Polskiego Związku Kolarskiego, członkiem Rady Nadzorczej Areny Pruszków Sp. z o.o., dyrektorem sportowym polskiej grupy zawodowej i Polskiego Związku Kolarskiego. Po drodze byłem też urzędnikiem samorządowym; mam 7-letnie doświadczenie z pracy w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy w Wydziale Sportu oraz Biurze Promocji i Współpracy z Zagranicą. Jestem więc przygotowany do nowego wyzwania.

Jaki cel postawił pan sobie na pierwsze miesiące?

– Tu chodzi o całą kadencję, a konkretnie naprawę wszystkich obszarów polskiego kolarstwa. Na tej drodze przyda się zarówno moje doświadczenie i znajomości z czasów ścigania, jak i z pracy trenerskiej oraz działaczowsko-urzędniczej. Nazwałem moją kadencję „Reset” i mam zamiar odnowić, odświeżyć, odbudować i bardziej rozwinąć naszą dyscyplinę sportu. Nie ukrywam, że liczę w tym projekcie na wsparcie znacznej części środowiska kolarskiego, a w szczególności takich ludzi jak na przykład Andrzej Sypytkowski, kolega z drużyny, z którą na igrzyskach olimpijskich w Seulu w 1988 roku i rok później na mistrzostwach świata w Chambery sięgaliśmy po srebrne medale. Cieszę się, że zadeklarował swoją pomoc i chce być ze mną w budowaniu lepszego jutra dla polskiego kolarstwa.

Czy PZKol może wykorzystać także doświadczenie Czesława Langa?

– Tylko wspólna praca osób życzliwych z naszego środowiska może przynieść pozytywny efekt. Oczywiście, jak tylko będzie taka możliwość, spotkam się z Czesławem Langiem, by porozmawiać i wymienić poglądy na temat stanu polskiego kolarstwa. Znamy się dobrze, więc rozmowa będzie konkretna. Doceniam to, co zrobił i nadal robi dla kolarstwa. Minęło już 31 lat od momentu, w którym zdecydował się wskrzesić Wyścig Dookoła Polski i uczynił z niego jedną z największych i bardzo cenionych imprez. A jako srebrny medalista igrzysk olimpijskich z 1980 roku i dyrektor generalny Lang Team ma doświadczenie zarówno sportowe, jak i biznesowe. Wspólne działanie z osobami i instytucjami wspierającymi i propagującymi kolarstwo oraz przyczyniającymi się do poprawy wizerunku polskiego kolarstwa jest niezbędne i wyczekiwane przez całe środowisko. Zdaję sobie sprawę, że nie ze wszystkimi będzie mi po drodze, ale tak jak to bywa nieraz w życiu – nie musimy się kochać, ale możemy i powinniśmy współpracować.

Jest już nowy zarząd. Na kogo z tego grona liczy pan najbardziej?

– Część członków nowego zarządu ma doświadczenie w kolarstwie, a część w biznesie. Ci drudzy, owszem, muszą czuć kolarstwo, ale specjalizując się w różnych formach działalności, stworzą wraz ze mną dobry, sprawny zespół. Pod tym kątem rozmawiałem z każdym kandydatem przed zaprezentowaniem propozycji mojej listy do zarządu podczas sprawozdawczo-wyborczego zebrania delegatów PZKol. Członkom zarządu przede wszystkim chce się chcieć, działają w kolarstwie, które leży im na sercu i są bardzo zmotywowani. A w tym momencie i w twardych realiach właśnie motywacja jest bardzo ważna. Jest wiceprezes do spraw sportowych Adam Sieczkowski, który swoją siedzibę ma 15 kilometrów od mojego domu. To pozwala na niemal codzienne przedyskutowanie i przeanalizowanie wielu spraw. Każdy z nas ma swoje spore doświadczenie i znamy realia, więc o aktualnych problemach polskiego kolarstwa możemy mówić w cztery oczy. Mamy też, oprócz zarządu, grupę delegatów, którzy mi zaufali i wiem, że będę miał cały czas w nich oparcie. Liczę na wszystkich, bo nie ukrywam, że w aktualnym stanie PZKol-u sam wszystkiego nie jestem w stanie zrobić. Dodatkowo jako zarząd powołamy Radę Przedstawicieli Okręgowych Związków Kolarskich, by w szerokim gronie decydować o przyszłości polskiego kolarstwa. W Polsce mamy duże ośrodki kolarskie, które działają prężnie, ale są też mniejsze okręgi i to niekoniecznie pod względem powierzchni, a pod względem liczby klubów. Kiedyś funkcjonowały bardzo dobrze, ale po przemianie ustrojowej coś się w nich zacięło i brakuje im siły przebicia, możliwości finansowania. W warunkach, jakie mamy, trzeba „walczyć” o każde pieniądze dla klubów i okręgowych związków kolarskich. Nie można się bać, tylko należy składać aplikacje na różnego rodzaju programy i jeżeli stworzymy system wsparcia merytorycznego z centrali, czy to pracownika, czy grupy ludzi, to te konkretne pieniądze, które są w Ministerstwie Sportu i Turystyki czy w Urzędach Marszałkowskich oraz w Urzędach Miast i Gmin będzie można pozyskać. Przeglądałem jeden z takich programów, w którym na 1578 podmiotów wspartych dofinansowaniem tylko kilka było z obszaru kolarstwa, więc musimy się uaktywnić. Lepiej późno niż wcale i wierzę, że jest możliwość lepszego dofinansowania większości klubów w Polsce.

Czy zmieni się struktura organizacyjna biura?

– Związek, moim zdaniem, powinien mieć nawet 15-osobową ekipę podzieloną na działy lub referaty. My jednak jesteśmy zahibernowani i na razie nie jest to niemożliwe. Mamy po prostu kadrowe ograniczenia. Musimy to odbudować. Z drugiej strony, jeżeli coś dobrze funkcjonuje, to dlaczego nie ma dalej funkcjonować, choć po delikatnej korekcie. Wychodzę z założenia, że najpierw trzeba się dobrze przyjrzeć i porozmawiać z trenerami, co dobre, a co nie, jakie są problemy, oraz poszukać rozwiązań. Na pewno nie będę robił rewolucji. Tym bardziej że nie ma takiej potrzeby ani czasu.

Jakie jest zadanie na już?

– Trenerzy muszą przedstawić plan działania na 2025 rok i ścieżkę do igrzysk olimpijskich w Los Angeles 2028. Czeka więc ich sporo papierowej roboty. Ważną kwestią jest także to, kto będzie operatorem programu dofinansowania ze środków budżetu państwa przygotowań kadry narodowej do udziału w imprezach mistrzowskich i programu dofinansowania zadań z obszaru wspierania szkolenia sportowego i współzawodnictwa młodzieży. Czy to będzie – tak jak w tym roku – Wielkopolski Związek Kolarski czy też Instytut Sportu? Niewiadomych jest sporo, więc na razie nie mogę dać odpowiedzi na pewne kwestie, bo dopiero wszystko się rozpędza i myślę, że jak porozmawiamy za miesiąc – na przykład na Ogólnopolskiej Wigilii Kolarskiej 13 grudnia w Wiśle – to będę już mógł powiedzieć więcej o konkretach.

Zjazd pokazał, że środowisko jest mocno podzielone. Czy będzie pan prezesem całego polskiego kolarstwa?

– Uważam, że większą część tego środowiska jestem w stanie przekonać do tego, że razem możemy zrobić wielkie rzeczy. Wiem, że niektórzy ludzie się nie zmieniają, więc jeżeli ktoś nie chce, to nie musi brać udziału w tym procesie, ale tych, którzy chcą się przyczynić do powrotu prestiżu kolarstwa w Polsce, oczywiście zapraszam do współpracy.

Czy przeprowadzi się pan do Warszawy lub Pruszkowa, żeby trzymać rękę na pulsie?

– Na razie nie będę mieszkał ani w Warszawie, ani w Pruszkowie. Jest to temat, o którym myślę, bo wiadomo, że wszystkie decyzje zapadają w centrali i trzeba być na miejscu, by sprawnie zarządzać organizacją. Nie wykluczam więc takiej sytuacji, że czasowo zakwateruję się w stolicy polskiego kolarstwa, czyli w Pruszkowie, gdzie będą podejmowane najważniejsze decyzje.

Rozmawiał Jerzy Dusik