Nie warto obcinać paznokci!
Rozmowa z Maksem Pawłowskim, napastnikiem Ruchu Chorzów
Max Pawłowski zdobył gola dla Ruchu podczas meczu w Siedlcach. Fot. Paweł Czado
Ruch po 90 minutach przegrywał z Pogonią w Siedlcach 0:1, pan od kilku chwili był na boisku. Udało się doprowadzić do remisu i ucieszyć kibiców z Chorzowa, bo porażka byłaby bardzo rozczarowująca, remis - zwłaszcza z tym rywalem - można jeszcze przeżyć Jak opisałby pan tę bramkę?
- Dobrze, że nie obciąłem dziś paznokci u stóp, bo... nie sięgnąłbym tej piłki (uśmiech). Zdarzyło się tak, że została z boku wrzucona w pole karne i wybita w górę. Powalczył o nią Shuma Nagamatsu, piłka się odbiła i oddałem strzał z tego paznokcia. No i piłka wturlała się do bramki (uśmiech).
To jakby paznokcie były obcięte, ta szansa by przepadła? (uśmiech)
- Nieeee... Wpadłoby, bo stopę mam przecież naprawdę dużą!
Zdobył pan już w tym sezonie bramkę w końcówce: to było w meczu z Lechią, wtedy wygraliście 1:0 (mecz odbył się w połowie sierpnia, wówczas Max Pawłowski też wszedł z ławki i zdobył bramkę w ostatniej akcji meczu - przyp. aut.). Mówił pan, że wtedy zadziałała zimna krew. Teraz też tak było?
- Uważam, że tak. Wiedziałem doskonale, po co wchodzę; wiedziałem w jakim momencie meczu. Trzymałem się pola karnego i skoncentrowany czekałem na ten jeden moment... Miałem to, co trzeba mieć w polu karnym czyli pazerność. Czekałem aż piłka spadnie, więc... fajnie, że mi spadła (uśmiech).
Siedlce wyjątkowo jednak Ruchowi nie leżą... Nie wiadomo, co sprawia, że dla Niebieskich to wyjątkowo trudny teren, a Pogoń to wyjątkowo niewygodny przeciwnik. Do dziś pamiętam 0:6 na Cichej w 2018 roku. Teraz udało się uratować punkt dosłownie w ostatniej chwili.
- Cieszę się, że mogłem się do tego przyczynić. Wszedłem i strzeliłem. Dobrze się czuję w tej roli (uśmiech). Ale tak jak z Lechią ta bramka smakowała, to teraz jest niedosyt. Chcieliśmy podtrzymać passę zwycięstw. Szkoda, że tym razem się nie udało, ale dobrze przynajmniej, że potrafiliśmy odrobić jednobramkową stratę i zremisować.
A przecież można było jeszcze wcisnąć tę drugą w doliczonym czasie...
- Tak jak mówię: ten niedosyt gdzieś w nas jest. Żałuję, że nie mogliśmy tym razem dać kibicom radości ze zwycięstwa, ale ważne, że wróciliśmy... Pogoń była podczas meczu z nami ustawiona bardzo nisko i trzeba jej oddać, że ten sposób gry przyniósł jej właściwie to, czego chciała. Gospodarze dobrze się bronili
Ruch przystępował do tego meczu wiedząc, że wygrana da pozycję lidera. Wiedzieliście o tym?
- Była na ten temat rozmowa, ale została tak ukierunkowana, żeby skupić się przede wszystkim na samym meczu; na tym, żeby dobrze wyglądać i wygrać. Nie mieliśmy się rozpraszać, patrzeć wokół... Nie do końca wyszło, mieliśmy w tym meczu przecież bardzo wiele sytuacji. Mogliśmy być bardziej skuteczni i na pewno trzeba się na tym bardziej skupić w następnych tygodniach, następnych meczach.
W Ruchu na pozycji środkowego napastnika trwa ostra rywalizacja. Jest was trzech: Daniel Szczepan, Argentyńczyk Agustin Coscia i pan. To chyba niełatwa sytuacja?
- Z przodu zrobiło się trochę gęsto (uśmiech). No co: będzie grał najlepszy. Ja się cieszę, że jest taka rywalizacja, lubię tego rodzaju wyzwania. Z konkurencją mam do czynienia od najmłodszych lat, we wszystkich akademiach, w II lidze, i teraz, na zapleczu ekstraklasy... Nigdy nie miałem pewnego miejsca w podstawowej jedenastce; gdziekolwiek grałem, trzeba było rywalizować z innymi napastnikami na treningach, pokazywać się w meczach. Ale powtarzam; ja to lubię, odpowiada mi to. Daje bowiem motywację do działania, do treningu. Zawsze z tyłu głowy jest, że trzeba się starać, pokazać, że się jest lepszym, żeby wywalczyć sobie to miejsce w składzie. Dobrze się czuję i jednocześnie z pokorą przyjmuję własną rolę w Ruchu. Pracuję, robię swoje i szukam szans. Gdy się nadarzą będę starał się je w stu procentach wykorzystywać. Jak w Siedlcach!
A koledzy traktują pana jako „młodego”, który swoje musi odczekać czy poważnego rywala do miejsca w składzie?
- Hmm... Wiadomo, że jestem młody (uśmiech). Atmosfera jednak jest zdrowa. Szacunek w obie strony jest.
Jak się panu współpracuje z Waldemarem Fornalikiem?
- To trener na pewno wymagający, z żelaznymi zasadami, z własnym stylem prowadzenia drużyny. Wiem, że minuty na boisku nie zostaną mi podarowane za darmo. Wiem, że muszę przekonać trenera postawą, jeśli chcę na dłużej zadomowić się w pierwszej jedenastce. Mam nadzieję, że dobrymi występami, statystykami, liczbami przekonam do siebie trenera.
Wierzy pan w awans Ruchu w tym sezonie?
- Oczywiście, że tak! Z taką myślą tu przychodziłem, obserwowałem Ruch w poprzednim sezonie. Uważam, że jak najbardziej jesteśmy teraz w grze o ten awans.
Max Pawłowski przyjmuje na boisku w Siedlcach gratulacje od kapitana Szymona Szymańskiego. Fot. Tomasz Jastrzębowski / Foto Olimpik / PressFocus
Urodził się pan w Baltimore, na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Dlaczego tam?
- Bo rodzice poznali się w Stanach, oboje są Polakami. Sam jestem więc Polakiem z krwi i kości, choć mam też paszport amerykański (dzieci urodzone w USA automatycznie nabywają obywatelstwo amerykańskie na mocy zapisu w 14. poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, co daje im pełne prawo do paszportu; dotyczy to również dzieci, których oboje rodziców są Polakami - przyp. aut.). Zdążyłem się tam urodzić nie tylko ja, ale i mój młodszy brat, Oskar. Potem wróciliśmy do Polski.
Brat też gra w piłkę?
- Już nie. Teraz... się bije.
Jak to?
- Chodzi na zajęcia z zapasów, z MMA. Zaczynał od piłki, potem był tenis stołowy, a teraz - sporty walki.
A propos walki. Pan jako środkowy napastnik też musi umieć wejść w fizyczny pojedynek z przeciwnikami, też musi umieć się rozpychać. Uważa się pan za zawodnika twardego, czy raczej technicznego?
- Przy moim wzroście (192 cm, 86 kg - przyp. aut.) będę traktowany jako ten „target man”, czyli ten, który przyjmuje podania górne lub po ziemi od obrońców, osłania piłkę ciałem przed rywalem i utrzymuje ją przy nodze, dając czas drużynie na podejście pod bramkę. W założeniu jest głównym zagrożeniem przy dalekich wrzutkach oraz stałych fragmentach gry. A do tego jest potrzebna, nie ma co ukrywać - umiejętność walki i przepychania się w polu karnym. Ale pamiętając o rozpychaniu, uważam, że dobrze się czuję również z piłką przy nodze. Gdy trafia do mnie, nie mam problemu z jej kontrolą. Nie jestem więc tylko fizycznym zawodnikiem.
Do Ruchu trafił pan z wypożyczenia z Rakowa. Przychodząc wiedział pan, jaki to zasłużony klub?
- Owszem. Fakt, że to taki klub, to tylko na plus. Szanuję to. Widzę na meczach, jak kibice podchodzą do Ruchu i wiem, gdzie jestem. Ważne również, że mogę się w tym klubie rozwijać, bo celuję wyżej niż... polska ekstraklasa.
O! Co to znaczy?
- Chciałbym wyjechać kiedyś na Zachód. Bardzo podoba mi się piłka angielska. Lubię ten taki szybki, twardy styl gry, to mnie kręci...
Jeszcze pytanie o reprezentację Polski. Myśli pan o niej czy jest poza marzeniami?
- Oczywiście, że nie jest! Występów w młodzieżówkach nie traktuję jednak jako przetarcia, jako wyroczni. Oczywiście jeśli będę dostawał powołania do młodzieżówek, zawsze z dumą będę je reprezentował. Trzeba jednak pamiętać: często nie jest tak, że gdy ktoś nie grał w młodzieżówkach, nie zaistnieje w pierwszej drużynie. Przykładem jest choćby Robert Lewandowski (w młodzieżówce wystąpił ledwie 4 razy, w pierwszej reprezentacji 170 - przyp. aut.). Zagrać jako środkowy napastnik w pierwszej drużynie narodowej to byłoby coś!
Rozmawiał Paweł Czado
MAX PAWŁOWSKI
◾ ur. 7.01. 2007 w Baltimore (USA)
◾ kluby: Olimpia Grudziądz (do 2019, 2025-26), Juventus Academy Bydgoszcz (2019-20), UKS SMS Łódź (2020-21), Legia Warszawa (2021-23), Raków Częstochowa (2023-25), Ruch Chorzów (od 2026); reprezentant Polski do lat 17 i do lat 19.
