Nie tylko o sporcie
Spokojni, uśmiechnięci ludzie w cieniu trudnej historii i wciąż tlącego się konfliktu.
Ze szczytu Kaskad w Erywaniu można dostrzec w oddali zarys świętej dla Ormian góry Ararat. Fot. Olimpia Sułowicz
Kacper Janoszka z Armenii
Armenia to kraj, który znajduje się w bardzo skomplikowanej sytuacji geopolitycznej. To była republika radziecka otoczona przez państwa, z którymi nie jest jej po drodze. Z jednej strony sąsiaduje z Azerbejdżanem, z którym od lat żyje w konflikcie, a którego źródłem jest spór o Górski Karabach. Azerowie i Ormianie toczyli wojny o te tereny na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego wieku, a także w 2020 roku – od tego momentu Górski Karabach znajduje się w granicach Azerbejdżanu. Mimo podpisania traktatu pokojowego oba państwa nadal mają podstawy do sporu. Wynika on z tego, że terytorium Armenii oddziela azerską eksklawę – Nachiczewańską Republikę Autonomiczną. Azerowie chcieliby stworzyć eksterytorialny korytarz na terenie Armenii do swojej eksklawy, ale armeński rząd, choć chce dać możliwość tranzytu sąsiadom, żeby polepszyć stosunki dyplomatyczne, nie chce zgodzić się na współpracę na kompletnie otwartych zasadach. Wciąż więc granica pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem pozostaje zamknięta, a konflikt pomiędzy oboma narodami trwa.
Święta góra
Podobnie zresztą wyglądają relację Ormian z Turkami. W 1915 roku podczas I wojny światowej Imperium Osmańskie (dzisiejsza Turcja) rozpoczęło czystki etniczne na terenie ówczesnej Armenii. Szacuje się, że wówczas w ciągu dwóch lat zginęło ponad milion Ormian. To jedno z najlepiej udokumentowanych ludobójstw na konkretnej grupie etnicznej w czasach nowożytnych, obok holokaustu. W wyniku agresji Imperium Osmańskiego powstała ogromna diaspora ormiańska – szacuje się, że dziś ok. 10 milionów Ormian żyje poza Armenią. A warto podkreślić, że w ramach granic kraju żyje ich ok. 3 milionów. Po wojnie Armenia stała się częścią Związku Radzieckiego, a zmianie uległy jej granice. Jest to o tyle ważne, że od tego momentu poza Armenią pozostaje góra Ararat, święte miejsce, a od ponad 100 lat ormiański symbol utraconej ojczyzny. Szczyt znajduje się blisko granicy armeńsko-tureckiej, dzięki czemu z wyższych partii stolicy, Erywania, Ormianie mogą patrzeć na swoją świętą górę, jeśli tylko są sprzyjające warunki pogodowe. Ararat jest dla nich na tyle ważny, że znajduje się na etykietach produktów spożywczych, piw oraz opakowaniach papierosów.
Bracia z północy
Poza Turcją i Azerbejdżanem Armenia graniczy też od północy z Gruzją, a od południa z Iranem. W tych przypadkach relacje pomiędzy państwami są dobre. Ormianie czują szczególne przywiązanie do Gruzinów. Są bardzo podobni kulturowo. Mają wspólną historię – m.in. oba państwa były republikami radzieckimi – a także wspólnie przynależą do grupy krajów chrześcijańskich. Wspierają się wzajemnie wobec dzielenia granic z Azerbejdżanem i Turcją, krajami islamskimi, które przy okazji należą do Organizacji Państw Turkijskich (organizacja zrzeszająca kraje posługujące się językami turkijskimi, która według ekspertów w przyszłości może stać się organizacją, której podstawą będzie współpraca militarna). Podobieństwa Gruzinów i Ormian widać w Erywaniu na każdym kroku – w każdej ormiańskiej restauracji podaje się dania, które w Polsce znamy głównie jako potrawy kuchni gruzińskiej.
Dziki kraj
Gdy w październiku oznajmiłem mojej rodzinie, że wraz z dziewczyną wybieramy się do Armenii, musiałem się sporo nasłuchać o tym, jak bardzo muszę być uważny, jak blisko siebie muszę trzymać telefon, portfel i paszport. Nie dziwiłem się tym głosom, skoro zaledwie pięć lat temu Armenia była w czynnej wojnie z Azerbejdżanem i na pierwszy rzut oka jest państwem niebezpiecznym. „To dziki kraj” – mówiono mi. Próbowałem zatykać uszy, gdy na każdym kroku słyszałem przestrogi. Mimo wszystko zostały one w mojej głowie, więc gdy wylądowałem w Erywaniu, byłem lekko zaniepokojony. Szybko jednak zapomniałem o nerwach, bo po wyjściu z lotniska myśli się tylko i wyłącznie o zapachu papierosowego dymu. Unosi się on nad całą stolicą Armenii. Papierosy pali każdy, niezależnie od wieku. Powietrze robi się ciężkie, nawet jeśli jest się na „świeżym powietrzu”. Okazało się jednak, że nie tylko przez odwracający uwagę zapach palonego tytoniu można zapomnieć o myślach związanych z przebywaniu w „dzikim kraju”. Tam po prostu jest bezpiecznie.
Nocne życie
W Erywaniu mieszka ok. miliona ludzi. To 1/3 populacji całego państwa. Gdy wychodzi się na miasto, trudno znaleźć dla siebie miejsce na chodniku, niezależnie od pory dnia. Ludzie są wszędzie i nie są to turyści. Staliśmy w notorycznym korku, nawet jeśli nie jechaliśmy samochodem, a zwyczajnie przechadzaliśmy się po mieście. Nawet w tak zatłoczonym miejscu można czuć się w pełni bezpiecznie. Choć Ormianie – podobnie zresztą jak Polacy – nie uśmiechają się bez powodu, to nie widać w nich chęci oszukania turysty. Są uprzejmi, jeśli jest się dla nich uprzejmym. Z ciekawością patrzyłem na cykl życia mieszkańców Erywania, który trwa nieprawdopodobnie długo. Nawet w środku tygodnia potrafią spędzać czas w barach czy na skwerach do późnych godzin nocnych. Miasto przystosowało się do tego stylu życia, ponieważ wiele sklepów, nawet małych biznesów, jest otwartych do północy. Jeśli ktoś zamarzy, żeby na kilka minut przed zaśnięciem kupić kwiaty, w pobliżu z pewnością znajdzie otwartą kwiaciarnię. Miasto żyje po zachodzie słońca, ale ani przez moment nie czułem się tam niebezpiecznie.
Wszechobecne wpływy
Poza Ormianami na ulicach Erywania najczęściej można spotkać Rosjan. W pierwszym dniu wizyty w Armenii trafiłem do baru „13:20”. Po wejściu do lokalu okazało się, że jestem rodzynkiem (co szczególnie mnie nie zdziwiło)… pośród Rosjan. Nikt – ani obsługa, ani goście – nie posługiwał się językiem ormiańskim. Wszyscy mówili po rosyjsku. Z uwagi na to, że w Erywaniu nie ma wielu turystów, ja także zostałem uznany za Rosjanina. I nie był to jedyny raz podczas kilkudniowej wizyty w stolicy Armenii. Rosyjskie wpływy można zresztą zobaczyć w wielu zakątkach Erywania. Na bazarze, który nosi urokliwą nazwę „Wernisaż”, można zakupić matrioszki czy podrabianą odzież sportową w rosyjskich barwach. To o tyle ciekawe, że relacje między Armenią i Rosją w ostatnich latach mocno się ochłodziły. Wpływ na to ma kilka czynników. Gdy w 2022 roku Azerbejdżan zaatakował cele militarne w Armenii, rząd Nikola Pasziniana poprosił Rosję o pomoc, jako członek Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Rosjanie na prośbę nie odpowiedzieli, przez co Armenia zrozumiała, że nie może liczyć na swojego sojusznika. Rosjanie zacieśnili w tym czasie współpracę z Azerbejdżanem i Turcją, poniekąd opowiadając się po ich stronie w konflikcie z Armenią (dlatego członkostwo Armenii w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym zostało zawieszone). Ponadto w 2008 roku, gdy Rosja napadła na Gruzję, rząd Armenii sprzeciwił się temu, zabraniając Rosjanom agresji na sąsiada ze swojego terytorium. W dobrych relacjach z Rosją nie pomaga też fakt, że aktualny rząd Nikola Pasziniana uznawany jest za „proeuropejski”. To wszystko są jednak czynniki, które są paradoksalne, jeśli spojrzy się na to, że Rosjanie wciąż mają swoją bazę wojskową na terenie Armenii, stacjonują na terenach przygranicznych, a także odgrywają ważną rolę w gospodarce kraju.
Wsparcie z trybun
Ormianie, zapytani w ankiecie o to, jakie państwo może być dla nich największym zagrożeniem, odpowiedzieli kolejno: Azerbejdżan, Turcja, Rosja. Sprawa geopolityczna kraju jest więc szalenie skomplikowana. Nie dziwiło mnie więc to, że na każdym kroku Ormianie chcą pokazać swoją niezależność. Są prawdziwymi patriotami, którzy nie wstydzą się swoich symboli narodowych. Armeńskie flagi są porozwieszane w całym Erywaniu.
Patriotyzm Ormian widoczny jest także podczas rywalizacji sportowej. Podczas mojego pobytu w tym kraju rozgrywany był mecz eliminacji mistrzostw świata w piłce nożnej z Węgrami. Udaliśmy się na Stadion Republikański im. Wazgena Sarkisjana (premier Armenii wybrany w 1999 roku, zmarły kilka miesięcy po objęciu stanowiska po zamachu terrorystycznym na parlament; pośmiertnie odznaczony tytułem honorowym „Bohater Armenii”). Choć Armenia nie jest futbolową potęgą i nie miała już nawet matematycznych szans na to, żeby dostać się na mundial, trybuny zostały szczelnie wypełnione (na arenie zmieścić się może niecałe 14,5 tysiąca widzów). Było to zaskakujące także z powodu tego, że przecież Węgrzy też nie są piłkarskimi hegemonami, nie ma w ich zespole – poza Dominikiem Szoboszlaiem – gwiazd światowego formatu. Ormianie chcieli jednak zademonstrować swoją miłość do ojczyzny, wspierając swoich zawodników. I to im się udało. Nie tylko paradowali z narodowymi barwami, ale także czynnie wspierali ulubieńców. Na tyle rzadko oglądają okazje bramkowe zespołu Eghishe Melikjana, że przy każdej – nawet zupełnie niegroźnej – kontrze wstawali i próbowali zagrzać zawodników do boju. To z pewnością działało, bo Węgrzy, którzy byli oczywistymi faworytami, musieli się natrudzić, żeby wygrać z silnie zmotywowanymi gospodarzami. Ostatecznie Armenia przegrała 0:1, ale pokazała charakter. I chyba właśnie tego oczekiwali kibice.
Hajastan!
Dla nich mecz był przede wszystkim dobrym pretekstem do przedstawienia swojej miłości do kraju. Nie tylko trzymali w rękach szaliki, nie tylko dopingowali głosowo (wykrzykiwane słowo „Hajastan”, czyli Armenia w języku ormiańskim, było słyszalne nie tylko na stadionie, ale także w jego bliższej i dalszej okolicy) i nie tylko z odpalonych kolorowych rac tworzyli barwy widoczne na fladze Armenii. Mecz z Węgrami był też pokazem historii. Na przykład jeden z Ormian przyszedł na stadion z połączonymi flagami Gruzji i Armenii, na znak braterstwa obu narodów.
Śpij spokojnie
Z kolei najbardziej zagorzała grupa kibicowska wywiesiła flagę z angielskim napisem: „Welcome to Armenia. Here you can sleep safely”, czyli „Witamy w Armenii. Tutaj możesz spać bezpiecznie”. Było to nawiązanie do zabójstwa Gurgena Margarjana w 2004 roku, w Budapeszcie. Był to porucznik armii ormiańskiej, który pojechał do stolicy Węgier, aby wziąć udział w kursie języka angielskiego. W trakcie snu został zabity siekierą przez innego uczestnika kursu, Ramila Safarowa, wojskowego z Azerbejdżanu. Napastnik miał w planie zabić także innego ormiańskiego uczestnika kursu, Hajka Makuczjana, ale drzwi do jego pokoju były zamknięte. Safarow szybko został zatrzymany przez policję. Przyczyną morderstwa Margarjana był konflikt Azerów z Ormianami o Górski Karabach. Safarow został skazany na dożywocie, ale w 2012 roku władze węgierskie zgodziły się na ekstradycję więźnia do ojczyzny. Od razu po przylocie do Baku Safarow został ułaskawiony. W Erywaniu w 2013 roku stanął pomnik Gurgena Margarjana. I choć od tych zdarzeń minęły już lata, Ormianie pamiętają o swojej bardzo trudnej historii i nie mają zamiaru o niej zapomnieć.
Podróże dookoła stadionu
Atmosfera sportowego święta w Armenii jest więc dość specyficzna. Widać, że kibicom zależy na tym, żeby ich zespół wygrał. Pod tym względem Ormianie nie różnią się od innych narodów. Mają jednak przyśpiewki o zupełnie odmiennej linii melodycznej. Ponadto trochę inaczej zachowują się na trybunach. Przede wszystkim palą papierosy, co w Polsce jest już bardzo rzadko spotykane. Dym papierosowy – o czym było już wyżej - jest na tyle wszechobecny, że choć jest się na dworze, to i tak po powrocie do domu trzeba uprać ubrania. Ponadto Ormianie z jakiegoś powodu bardzo dużo chodzą. Przemieszczają się po stadionie, odwiedzając w różnych sektorach kolejnych znajomych. To oczywiście przeszkadza w komfortowym oglądaniu widowiska, ale żaden z kibiców nie ma wielkich pretensji o to, że sąsiad z krzesełka obok co chwilę wstaje i rusza w wędrówkę dookoła stadionu. Specyficzny jest też obiekt im. Wazgena Sarkisjana. Choć w 2000 roku przeszedł gruntowną renowację, a także spełnia wszystkie wymogi UEFA, to widać po nim upływ czasu. To jednak nie przeszkadza w tym, żeby podziwiać jego niecodzienną architekturę, bardzo dobrze wpasowującą się w erywański klimat.
Tesla i Łada
A klimat jest specyficzny. W mieście brakuje zieleni, jest bardzo dużo budynków i betonowych placów. Z jednej strony na ulicach widać nowiutkie samochody (dwukrotnie jechałem TANIĄ taksówką, dzięki czemu dwukrotnie miałem okazję przejechać się najnowszym modelem Tesli), a zaraz za nimi w korku stoją starsze modele Łady, dziś już niespotykane na polskich drogach. Przy deptakach widoczne są luksusowe sklepy, a pod nimi błąkają się bezdomne psy. W Erywaniu można kupić kryształy Swarovskiego, ale nie znajdzie się ani jednej restauracji McDonald’s.
Zdaję sobie sprawę, że nie jest to pierwszy kierunek urlopowy, który przychodzi nam do głowy, i nie dzieje się to oczywiście bez powodu. Istnieje jednak bezpośrednie połączenie lotnicze Erywania z Warszawą i w 4 godziny, w miarę komfortowych warunkach,można dotrzeć do nieco innego, zupełnie nieeuropejskiego świata. Warto do niego zajrzeć, choćby na kilka dni.
P.S. W Armenii niemile widziane są tureckie pieczątki w paszporcie. Przy próbie wylotu z Erywania zostałem przetrzymany przez kilka dobrych minut podczas kontroli paszportowej tylko dlatego, że w paszporcie miałem jedną pieczątkę – z lotniska w Antalyi. Strażnik spojrzał na mnie spode łba, pytając łamanym angielskim: „Ty Kacper?”. Wpatrywał mi się w oczy, po czym zawołał drugiego strażnika. Obaj patrzyli na mnie, nie mrugając przez minutę, po czym bez słowa otworzyli mi bramkę. Chyba więc wygrałem tę próbę nerwów.
Źródła: materiały Ośrodka Studiów Wschodnich
Ormianie są przywiązani do barw narodowych. Fot. Olimpia Sułowicz
Na mecz z Węgrami Ormianie zapełnili stadion w Erywaniu. Fot. Kacper Janoszka
Do widoku bezpańskich psów w centrum Erywania szybko można się przyzwyczaić. Fot. Kacper Janoszka
Łada Niva przy Placu Republiki w centrum Erywania. Fot. Kacper Janoszka
