Nie tak się goni lidera

Raków jest na szczycie tabeli, a jego konkurenci przegrywają w meczach z zespołami walczącymi o utrzymanie.

Po sobotnim meczu kibice Jagiellonii - tak jak Mateusz Skrzypczak - łapią się za głowę. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus

WYDARZENIE KOLEJKI

Jagiellonia Białystok i Lech Poznań stanowią grupę pościgową za liderującym Rakowem. Problem obu zespołów polega na tym, że w poprzedniej kolejce przegrały mecze, których – przynajmniej w teorii – nie powinny przegrać. Białostoczanie i poznaniacy mierzyli się z drużynami ze strefy spadkowej (Lechia po wygranej z mistrzami Polski już znalazła się nad kreską). Okazało się jednak, że wyścig o mistrzostwo Polski może paraliżować.

Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że „Duma Podlasia” zagrała bardzo słabo przeciwko gdańszczanom, których klub pogrążony jest w kryzysie finansowym, a sportowo daleko im do czołówki tabeli? Co z tego, że zespół Adriana Siemieńca częściej utrzymywał się przy piłce, miał więcej podań, częściej był w ofensywie, skoro oddał tylko jeden celny strzał? Przez to mecz musiał skończyć się porażką białostockiej drużyny. Paraliżująca myśl, że jest się bardzo blisko lidera sprawiła, że Jagiellonia straciła czujność w defensywie i Lechii wystarczyło jedno dośrodkowanie, żeby zdobyć trzy punkty. – Wszystko, co teraz powiem, będzie brzmieć jak wymówka po przegranym meczu, a nie chciałbym iść w te tony – stwierdził po spotkaniu opiekun Jagiellonii, który zwraca uwagę na to, że jego drużyna walczy na wielu frontach. – Nasz sezon jest długi. Po prostu trzeba grać od meczu do meczu, skupiać się na pojedynczych spotkaniach, starać się jak najlepiej punktować, wygrywać jak najwięcej spotkań i na koniec dopiero się rozliczać. Osiem kolejek przed nami, a w grze jest jeszcze Liga Konferencji i mecz o Superpuchar. Musimy mecz z Lechią podsumować, zamknąć i skupić się na kolejnym wyzwaniu, bo nie mamy dużo czasu – przekazał szkoleniowiec. Białostockim kibicom pozostaje mieć nadzieję na  to, że starcie na Pomorzu nie oznaczało zniżki formy zespołu Adriana Siemieńca i że w nadchodzącym meczu o Superpuchar, a przede wszystkim w spotkaniu w Lidze Konferencji z Betisem, mistrzowie Polski będą wyglądać lepiej.

Z bardzo podobnym do starcia Jagiellonia - Lechia meczem mieliśmy do czynienia we Wrocławiu. Różnica polegała na tym, że Śląsk trzy razy pokonał bramkarza faworytów z Poznania i stracił jedną bramkę. Trener „Kolejorza” Niels Frederisken zapewne łapie się z głowę i nie dowierza, gdy myśli o tym, jak trudne do przewidzenia są wyniki w ekstraklasie. Lech, który jesienią brylował na polskich stadionach, wiosną przegrał nie tylko ze Śląskiem w miniony weekend, ale także w lutym został pokonany przez Lechię. Z kolei w międzyczasie był w stanie ograć Pogoń Szczecin 3:0. Drużyna prowadzona przez Duńczyka jeszcze kilka miesięcy temu była oczywistym faworytem do mistrzostwa. Teraz jednak zespół gra znacznie gorzej, a mecz ze Śląskiem tylko to potwierdził. – Szczerze mówiąc, rywale byli lepsi i zasłużyli na zwycięstwo – nie owijał w bawełnę trener Lecha. Czy 54-latek znajdzie pomysł na to, jak przywrócić poznańską lokomotywę na właściwe tory? Czasu jest coraz mniej – co w kontekście gry Jagiellonii zaznaczył trener Siemieniec – do końca sezonu pozostało osiem kolejek, a przecież wszyscy życzylibyśmy sobie tego, żeby walka o trofeum trwała do samego końca, żeby piłkarze zagwarantowali nam prawdziwe sportowe emocje.

Kacper Janoszka