Nie rezygnują z baraży
Wydawało się, że już jest po kryzysie. Jeszcze chwila, a nowy trener ŁKS-u Ariel Galeano faktycznie zostałby uznany za cudotwórcę…
Sebastian Rudol i trener Ariel Galeano – ich miny mówią wszystko o sytuacji w ŁKS-ie. Fot. Artur Kraszewski / Press Focus
W trzech meczach pod jego kierunkiem drużyna zdobyła siedem punktów (remis w Kołobrzegu, wygrane z Wartą i Chrobrym). Odra wydawała się łatwym kąskiem do połknięcia, ale cudu nie było. Nie zmienił się styl gry drużyny, pozostały te same błędy w defensywie i brak skuteczności w ataku. Nie pojawił się w drużynie nikt nowy, chociaż nie można lekceważyć szansy, jaką dostali ostatnio juniorzy z rezerw: Krzysztof Fałowski (kapitan reprezentacji do lat 18), Aleksander Iwańczyk i Mateusz Książek.
O pierwszą szóstkę
Oni jednak ciężaru walki o strefę barażową (bezpośredni awans jest już w praktyce niemożliwy) nie udźwigną. Na pewno osłabieniem i tak już cherlawej kadry jest brak w ostatnich meczach kontuzjowanych Andreu Arasy, Łukasza Wiecha i Piotra Głowackiego oraz Pirulo, który nie mógł grać z Odrą po czwartej żółtej kartce (w tym dwie za machanie łapami – nie da się jego reakcji inaczej określić – w kierunku sędziego) i mecz oglądał z sektora rodzinnego wśród najmłodszych kibiców ŁKS-u.
Efektów pracy wiceprezesa (to brzmi poważniej niż dyrektor sportowy, którym w istocie jest) Roberta Grafa nie widać. Spośród ściągniętych przez niego 10 zawodników, pewne miejsce w zespole ma tylko trzech: Koki Hinokio, Mateusz Kupczak i Sebastian Rudol, ale i do niego są pretensje za błędy w defensywie. Po meczu z Odrą, w którym dopuścił do straty gola, chociaż później sam zdobył bramkę, wziął na siebie ciężar obrony honoru kolegów. – Uprzedzę pytanie. To nieprawda, że nie chce nam się biegać i walczyć. Czujemy wielką frustrację. Przegraliśmy ważny mecz i to jest nie do zaakceptowania. Ale nadal wierzę i reszta drużyny też, że jesteśmy w stanie znaleźć się na końcu sezonu w pierwszej szóstce – powiedział, schodząc z boiska.
Trener Ariel Galeano nie wyszedł w swoich komentarzach poza tradycyjne ogólniki. – To była bolesna porażka, na którą nie zasłużyliśmy. W pierwszej połowie mieliśmy więcej szans na zdobycie gola. ŁKS popełniał błędy w ofensywie i w defensywie.
Galeano cudotwórcą nie jest i nikt tego od niego nie wymaga. Z trenerskiej ławki bliżej jest do boiska niż z widowni i z trybuny prasowej – widać lepiej, ale wycofanie w końcówce dwóch wyróżniających się piłkarzy ŁKS-u w ostatnim meczu, czyli Michała Mokrzyckiego i Maksymiliana Sitka, było zaskoczeniem. Czyżby to była właśnie próba „czarowania” oryginalnymi, choć ryzykownymi decyzjami? Widać, że trener chce rządzić drużyną sam, a przykładem tego jest odsunięcie od zespołu przydzielonego mu przez klub asystenta, znającego polskie i łódzkie realia Marcina Matysiaka, do niedawna trenera pierwszego zespołu.
Ruszą z taczkami?
ŁKS w kolejnym meczu miał przewagę, ale znów zawiodła skuteczność. Jesienią dwóch napastników, Stefan Feiertag i Andreu Arasa, zdobyło w sumie 16 bramek. Feiertaga nie ma w klubie od zimy, Arasa ostatnio nie gra. Nie ma w zespole zawodnika, który wiosną trafiłby do siatki więcej niż raz. Spośród sześciu z tych, którym się to udało w poprzednich wiosennych meczach, trzech nie było w ostatniej fazie meczu z Odrą na boisku.
Zmiana trenera i przetasowania we władzach klubu nie przyniosły zmian w grze. Nadzieje na baraże i ewentualny powrót do ekstraklasy są więc znikome, ale… podsyca je fakt, że strata do szóstego miejsca to nadal sześć punktów, czyli tyle, co po rundzie jesiennej.
Nadzieje, a może już tylko złudzenia? Następne mecze ŁKS-u to wyjazd do Siedlec (6 kwietnia), potem spotkanie z Niecieczą w Łodzi (10 bm.) i znów wyjazd do Płocka (13 bm.). Po tych spotkaniach okaże się, czy jeszcze jest o co walczyć, czy też trzeba będzie wymościć taczki, by elegancko wywieźć z klubu tych, co rządzili na boisku i w prezesowskich gabinetach.
Wojciech Filipiak
