Nie posądzam nikogo, że się VAR-em bawi
Rozmowa z Adamem Lyczmańskim, byłym arbitrem ligowym, laureatem „Kryształowego gwizdka” naszej redakcji, dziś ekspertem Canal+ Sport od spraw sędziowskich
Jedna z najważniejszych - zdaniem naszego rozmówcy - decyzji nie tylko minionej kolejki: Paweł Raczkowski wyrzuca z boiska Filipa Cuicia. Bez pomocy VAR-u. Fot. Gleb Soboliev/Press Focus
Czy Adam Lyczmański, biegając dziś z gwizdkiem po murawie, cieszyłby się z obecności VAR-u?
- Zacznę anegdotką. Ostatnią Ligę + Extra, której gościem był Michał Janota, rozpoczęto klipem z meczu sprzed ponad 10 lat, z meczu Pogoni z Legią. Janota wszedł wówczas na boisko w 87. minucie, a w 90. minucie otrzymał ode mnie czerwoną kartkę. Pokazałem ją bezpośrednio z boiska, nie mając VAR-u do pomocy... A teraz serio. Nie jestem człowiekiem, który powie, że nigdy się nie pomylił. Błędy popełniałem i nie wstydzę się o tym mówić. Na szkoleniach, które prowadzę dla młodych sędziów, pokazuję te sytuacje, w których się myliłem – bo wiem skąd się dany błąd wziął. Z tego punktu widzenia VAR zapewne przydałby mi się w niektórych sytuacjach. Natomiast pewne rzeczy trzeba nazwać po imieniu: dziś niektóre kwestie z użyciem VAR-u to po prostu jedno wielkie kuriozum i nie powinny mieć miejsca. Zdarzają się sytuacje, kiedy VAR jest potrzebny sędziemu, a go nie ma. I przeciwnie: wychyla się wtedy, gdy nie trzeba. Mieliśmy już troszkę takich momentów w tym sezonie. I nie tylko w tym, bo ja od pięciu lat takie statystyki prowadzę.
A czy Adam Lyczmański – jako sędzia – siadałby dziś przed ekranem w niedzielny wieczór i oglądał jakiegoś „innego Lyczmańskiego”, punktującego jego błędy na zasadzie – proszę wybaczyć... - „show must go on”?
- Tak. Zawsze siadałem, kiedy w roli „innego Lyczmańskiego” pojawiał się najpierw pan Wit Żelazko, a potem Sławek Stępniewski. Zawsze czekało się na ten program, oglądając go pod kątem kontrowersji! Natomiast co do określenia „show must go on”: wielu osobom może się nie podobać, że ja mówię jak jest. Natomiast ja nie kalkuluję, kto sędziuje dany mecz z kontrowersyjną sytuacją. Czy jest to Szymon Marciniak, Tomasz Kwiatkowski, Paweł Raczkowski, czy młody Mateusz Piszczelok albo Mateusz Jenda - dla mnie nie ma znaczenia. Dla mnie to sędzia, którego pracę trzeba omówić. Ja nie oceniam człowieka; ja oceniam decyzje tego człowieka. Nigdy nie powiedziałem, że ktoś jest słaby czy ktoś się nie nadaje, i nigdy z moich ust to nie padnie. To nie jest ocena powodowana myślą „show must go on,” to ocena merytoryczna konkretnej decyzji. Nie mogę powiedzieć, że białe jest czarne i odwrotnie. Chcąc być wiarygodnym dla oglądających – mówię o zwykłych „fotelowych” kibicach, którzy w kapciach śledzą mecze - muszę stwierdzać, jak jest i mieć zawsze jedną linię interpretacyjną.
Wit Żelazko, Sławomir Stępniewski... Ile razy się pan nie zgadzał z ich werdyktami i wkurzał się pan, że mają milionową widownię, a pan w tym momencie nie jest w stanie im odpowiedzieć?
- Nie kojarzę takich sytuacji, bym się irytował. Sędzia zazwyczaj wie, kiedy się pomylił i co najwyżej mogłem się zastanawiać, czy tę moją sytuację pokażą, czy nie. Ale jak już pokazali i powiedzieli, jak było, a jak być powinno, nigdy się nie obrażałem. Mogłem się nie zgodzić z jakąś interpretacją, ale ja nie jestem człowiekiem, który lubi się kłócić. Taka jest moja natura, do dziś nie mam konta na X, nie dyskutuję w mediach społecznościowych. Za to starałem się jako sędzia – i staram się do dziś – zrozumieć, skąd się biorą błędy. I wie pan, że obecnie czasem nie jestem w stanie tego zrobić? Weźmy mecz Śląska z Widzewem. Gdyby zapytał pan o faul na zawodniku Widzewa swoją żonę, przygotowującą panu kanapkę na kolację, odwróciłaby głowę do telewizora i po dwóch sekundach powiedziałaby, że należał się rzut karny. Więc mówię o tym głośno. A jeśli ktoś miałby się z tego powodu obrażać, to jest to problem tego „ktosia”. Tylko przez pierwszy rok pracy w TV się przejmowałem, co o mnie mówią - „bo to koledzy przecież”. Dziś im życzę, żeby sędziowali tak jak większość – poza jednym - meczów w minionej kolejce, i żeby nie było o czym mówić.
Używając pojęcia „show must go on” zmierzałem do tego, że nawet ci, którzy omawiają pracę arbitrów – a prócz pana robi to na przykład inny były sędzia, Rafał Rostkowski – miewają krańcowo odmienne zdania
- Każdy ma dzisiaj prawo powiedzieć, co myśli, trzeba to uszanować. Natomiast powtórzę jeszcze raz: ja nie robię tego po to, by tworzyć show. Stąd często slajdy z przepisów, którymi podpieram klip, żeby to nie była tylko jałowa analiza słowna. Wtedy jestem wiarygodny, widz zaś może sobie wyrobić własne zdanie na dany temat. A dyskusje zawsze będą, bo u nas co człowiek, to teoria.
Wracam do oczywistych błędów, dostrzegalnych przy robieniu kanapki. Skoro VAR już działa tyle lat, to skąd rozbieżności w interpretacjach i to, co nazywamy błędami?
- No właśnie w niektórych sytuacjach nie jestem w stanie tego powiedzieć! Dygresja: koniec mojej kariery sędziowskiej podparty był argumentem kontuzji. Ale to było dla mnie tylko alibi; miałem już dosyć, bo pewne osoby po prostu obrzydziły mi sędziowanie. Jednak gdybym miał wtedy VAR do dyspozycji, pewnie bym sędziował do dzisiaj, bo jestem młodszy od wielu arbitrów dziś prowadzących mecze na poziomie ekstraklasy. VAR to jest doskonała pomoc, tylko należy z niej dobrze korzystać. Ona ma korygować błędy oczywiste, czarno-białe, a nie zamieniać kontrowersję w kontrowersję. Przykłady? Mecz dwóch Wiseł i przerwanie realnej szansy na zdobycie bramki. „Winowajca” dostaje kartkę żółtą bez korekty VAR-u. Za chwilę zaś w meczu Górnik – Wisła Kraków sędzia w identycznej sytuacji pokazuje prawidłowo kartkę żółtą i... jest wołany do monitora, by rozważyć kartkę czerwoną. Na szczęście podtrzymuje swoją pierwotną decyzję. Dwie sytuacje z tego samego zakresu do oceny i dwie różne interpretacje sędziów VAR-owych! A zatem kluczem do sukcesu jest umiejętne korzystanie z dzisiejszych możliwości; nie na zasadzie „będę się bawił VAR-em”. Nie posądzam nikogo, że się tym VAR-em bawi, ale niektórych interwencji – lub ich braku – nie potrafię zrozumieć.
Gra jest coraz szybsza, więc i VAR ma coraz krótszy czas na reakcję. Czy może się zdarzyć, że zwyczajnie przeoczy taką sytuację, jak słynne „sanki” Paulinho w meczu z Koroną czy ostatnio pokazywane przez pana „wymierzenie sprawiedliwości” przez Fornalczyka graczowi Lecha?
- Nie potrafię zrozumieć, dlaczego w tych sytuacjach nie było czerwonych kartek. Dlatego – na zasadzie kontry - celowo pokazałem sytuację z czerwoną kartką Cuicia w meczu Zagłębie – Pogoń. To była świetna decyzja świetnie sędziującego w tym sezonie Pawła Raczkowskiego. W tamtych przypadkach nie zareagował ani sędzia główny, ani VAR. A my siedzimy przed ekranem patrzymy na siebie i pytamy „o co kaman?”.
Ostatnio podkreślił pan w jednym z wywiadów ogromną rolę „operatora VAR-u”. Któż to taki?
- Ktoś, kto obsługuje technicznie system. Dostaje dyspozycję od sędziego VAR: „Pokaż mi daną sytuację”. Dobry operator jest na wagę złota: robi to szybko i sprawnie, czuje doskonale, jakie ujęcie pokazać, z jakiej kamery, w jakim tempie. A czasem właśnie tylko to jedno – za to trafnie pokazane - ujęcie wpływa na decyzję. Na sędziów VAR sypią się gromy, choćby za długość przerw, jaki powoduje ich interwencja. Ale to kwestia techniczna. Może właśnie ten operator się zapętlił, ma problem z pokazaniem całej sytuacji? Przez wiele lat na wozach VAR pracowali doświadczeni operatorzy. Teraz, kiedy uruchomiono centrum w Warszawie, pojawiło się w tym gronie wielu nowych ludzi. W tym m.in. spora grupa byłych arbitrów. Wybrani zostali nie przez Kolegium Sędziów, ale przez PZPN. I – jak słyszę od części środowiska sędziowskiego - jest problem, bo to czasami ludzie niedoświadczeni w pracy z VAR.
Jeszcze jeden aspekt techniczny: mówił pan w niedawnym wywiadzie w Interii o wadze „kamer GLT”. Proszę „kibicowi w kapciach” wyjaśnić, czemu mają one takie znaczenie?
- To kamery z systemu „goal line technology”, ułatwiające rysowanie linii spalonego. Dają optymalne ujęcie, bo kamera z „szesnastki” nie zawsze była wiarygodna przy sytuacjach z okolic pola bramkowego. Czasem widać było gołym okiem, że wyrysowane na jej podstawie linie są źle zrobione, więc trzeba się cieszyć, że te kamery GLT już są.
Czyli nie można już, co się zdarzało na początku sezonu, tej linii źle wyrysować?
- Nie można. Tym bardziej szkoda, że funkcjonują dopiero od 4. kolejki, bo akurat sytuacji stykowych w przypadku spalonych od początku sezonu mamy całe mnóstwo.
W tym samym wywiadzie sugerował pan „uderzenie pięścią w stół” przez zarządzających środowiskiem sędziowskim. Rozwinie pan tę myśl?
- Pamiętajmy, że Kolegium Sędziów nie ma autonomii od władz PZPN i ja to postrzegam jako wadę. Ale i tak rolą jego przewodniczącego jest – jeśli mamy problem, jak z brakiem owych kamer u początku sezonu – pójść do prezesa związku i powiedzieć: „Jeśli ma być lepiej, nie oszczędzajmy na pewnych rzeczach. Potrzebuję tego, tego i tego”. To po pierwsze. Po drugie – mam na myśli egzekwowanie konsekwencji wobec sędziów. Znowu będę kontrowersyjny. No na miłość Boską; mamy katastrofalny błąd sędziego w meczu Śląska z Widzewem, ale i tak za tydzień wyznaczamy go do pracy. Co z tego, że na mecz niższej ligi? On powinien pojechać na wczasy, zaszyć się, nie odbierać telefonu, zresetować głowę i wrócić po dwóch tygodniach! Nie jestem za tym, żeby karcić i zamykać, bo potem jest ciężko o tym zapomnieć. Ale jest liczna grupa młodych sędziów. Mają jeden mecz w najwyższych ligach na 3-4 tygodnie. I oni się z tych meczów naprawdę cieszą, dają serducho; kontrowersji z ich udziałem jest bardzo mało. Dajmy im więcej szans. Sam jestem ciekaw obsady na najbliższy weekend, która pojawi się w czwartek...
Sędziowie – również ci zawodowi – mają płacone dodatkowo za każdy prowadzony mecz?
– Tak
Więc takie „wysłanie na wakacje” to wymierna strata finansowa?
- Tak. Może również dlatego Adam Lyczmański mówi dziś o tym głośno, a sami sędziowie – nie. Bo się boją, że będą tydzień-dwa siedzieli „w poczekalni”...
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Adam Lyczmański jeszcze z czasów kariery sędziowskiej. Fot. Rafał Oleksiewicz/Press Focus
