Nie owijam w bawełnę
Rozmowa z Arturem Ratajczakiem, wieloletnim kapitanem Mosty-Nowak MKS Będzin
Artur Ratajczak z MKS-em jest i na dobre, i na złe. Fot. PressFocus
– Uff! To już 8 lat. Czas szybko płynie. Nawet tego nie przeliczyłem. W Będzinie byłem jeszcze za czasów trenera Stelio DeRocco, czyli w sezonie 2016/17. Był to bardzo fajny okres i dobrze go wspominam. Byłem wtedy w drużynie z Michałem Poterą, Marcinem Walińskim, Brazylijczykiem Araujo. Atmosfera była dobra, walczyliśmy, wycisnęliśmy wtedy z zespołu, ile się dało. Tworzyliśmy naprawdę fajną ekipę.
Przez te osiem lat nie chciał pan odejść?
– Były dwa momenty, w których jedną nogą byłem w innym klubie. Czy to była dobra decyzja, że zostałem w Będzinie? Sam nie wiem, dlatego że klub miał wówczas bardzo duże problemy i były podejmowane złe decyzje… Ale z każdym kolejnym sezonem coraz większa część mnie była związana z MKS-em. Może to głupie, bo jako zawodnik powinienem myśleć o sobie, a nie o klubie, ale nie traktuję go jak miejsca na jednorazowy strzał.
Zaczynał pan w Kani Gostyń. To klub, którego wychowankiem jest wielokrotny reprezentant Polski w piłce nożnej i wicemistrz olimpijski z Barcelony Andrzej Juskowiak. Nie marzył pan o kopaniu piłki?
– Nie, nic nie ciągnęło mnie do piłki. Dzięki Tomaszowi Stańczakowi, który w Kani Gostyń poświęcił mi dużo czasu, zostałem siatkarzem. Duże ukłony dla Tomka, on mnie zaraził swoją osobą, tym jakim jest człowiekiem. Życzę każdemu, by trafił na kogoś takiego. Po Kani były jeszcze: SMS Spała, Trefl Gdańsk, wypożyczenie do Suwałk i powrót do Gdańska. Gdy przechodziłem z Gdańska do Będzina, przez moment miał duże plany sportowe. Później był problem ze sponsorem, wiatr nam nie wiał pod narty, że tak powiem. Teraz się bardzo cieszę, że przy obecnym prezesie, nie lukrując nikomu, ale obiektywnie oceniając, klub wychodzi na prostą. Mamy piękną halę, wszystko jest na miejscu, a przede wszystkim są bardzo dobre warunki, by pracować.
Nie zawsze gra pan w pierwszej szóstce, ale prawie zawsze koledzy obdarzają pana zaufaniem i… opaską kapitańską. Czym ich pan przekonał do siebie?
– Nie wiem. Może część kolegów mnie lubi, inna część nie... Raczej nie owijam w bawełnę, mówię tak, jak jest. Nie lubię półśrodków – albo coś robimy na maksa, albo nie robimy wcale. Zawsze staram się scalać grupę. Nauczyłem się przez te lata, że jednego trzeba ochrzanić, z drugim trzeba na spokojnie pogadać. Jeden może być skomentowany przy całej grupie, z innym trzeba pogadać na osobności. Łatwo mi to przychodzi. Daję z siebie maksa na treningach, więc też maksa wymagam od ludzi, z którymi pracuję.
Wierność to piękna cecha, ale musi być coś, co przekonało pana do tak długiej gry w klubie z Będzina...
– Wierność? Wie pan, jak jest z tą wiernością! Jak jesteś tak długo w jednym klubie, to przeżywa się piękne momenty, kiedy ucieraliśmy nosa murowanym faworytom, i te, w których było trzeba wygryźć dużo „mułu i piachu”, bardzo ciężkie chwile, do których już nie ma co wracać. Jestem taki, że po prostu utożsamiam się z miejscem, w którym gram. Widziałem, jak ten klub ewoluował. Mocno zanurzony wychodził spod wody i to w momencie, w którym wiele osób już straciło w niego wiarę. Po czasie MKS na nowo zaczęli otaczać ludzie, którzy idą w jednym kierunku i za główny cel mają ego rozwój. Staram się temu klubowi dać tyle, ile mam, w każdym aspekcie.
Trzeba też wspomnieć o Będzin Arenie, pięknej hali, która pozwoliła wam się wyprowadzić z Sosnowca, by zakosztować czegoś nowego w swoim mieście.
– To jest czołówka PlusLigi. Porównując obecne warunki do tych, jakie mieliśmy w trakcie mojego pierwszego sezonu w MKS-ie, to w ogóle nie ma czego porównywać... Ludzie, którzy teraz przychodzą do klubu, naprawdę mają znakomite warunki do pracy, a goście do kibicowania.
Jak to zrobiliście, że potrafiliście się podnieść po spadku z PlusLigi?
– Trzeba podziękować kibicom, tym prawdziwym kibicom, którzy byli z nami cały czas po spadku w 2021 roku. I to oni wierzyli, że ten klub się podniesie. Przez cały czas trwania rozgrywek utożsamiam się mocno z kibicami, którzy jeżdżą z nami po całej Polsce. Przeżyliśmy razem zarówno trudne, jak i piękne momenty.
Do ligowej elity mogliście wrócić wcześniej, ale ponad rok temu w skróconym finale play offu nieoczekiwanie przegraliście rywalizację z Norwidem Częstochowa. Mieliście niemal wszystko podane na tacy, ale w trzecim decydującym spotkaniu w Będzinie przegraliście 1:3. Dla was i waszych kibiców był to szok?
– Nie chcę rozdrapywać tamtych rzeczy, więc powiem tak: żeby zespół wygrywał, wszystko musi grać na boisku i w szatni. Bez ukrytych gierek i sztucznych uśmiechów. Poza tym wszyscy muszą podążać w tym samym kierunku i – to jest bardzo ważne – wszyscy muszą być szczerzy w tym, co robią. Zaczynając od człowieka, który tym dowodzi. Jeżeli w którymś z tych aspektów coś zawodzi, to w najważniejszych momentach przegrywasz...
W tym roku PlusLigę zdobyliście w sposób przekonujący, rozbijając BBTS Bielsko-Biała. Pytanie jest jednak przewrotne, czy opłacało wam się awansować akurat teraz, gdy z elity spadają aż trzy drużyny?
– Czy się opłacało? Nikt z nas nie kalkulował. Wystarczy spojrzeć na sektor B01, B02, B03 w naszej hali i na tych kibiców, którzy jeżdżą za nami po całej Polsce. I to już jest odpowiedź, czy się opłacało. Tym ludziom awans się po prostu należał! Patrzę na to bardzo realnie, z PlusLigi spadają trzy zespoły, więc beniaminkowi utrzymać się będzie bardzo ciężko. Założenie nasze jest proste – w Będzinie ma być PlusLiga! Trener Dawid Murek nas motywuje, nastawia. Wszyscy siedzimy na tym samym pokładzie, ale łatwo nie będzie.
Pierwszy mecz w tym sezonie i trzysetowa wygrana w Katowicach pokazała, że jesteście w stanie utrzymać się w PlusLidze. Ale potem przyjechał do Będzina Projekt Warszawa i był… zimny prysznic. Ten mecz nie zachwiał waszym morale?
– Oczywiście, dostaliśmy lekcję siatkówki, ale już o niej zapomnieliśmy. Wygraliśmy pierwszy mecz w Katowicach, ale nie lubię tego rozpamiętywać. Umówmy się, że PlusLiga jest tak mocna, że granie w niej to wielki zaszczyt. Nie mnie to oceniać, czy to najlepsza liga na świecie, czy nie. Faktem natomiast jest, że wystarczą jeden, dwa błędy i przegrywasz.
Macie ciekawy skład z ogranym w PlusLidze atakującym Damianem Schulzem. On plus kilku innych utalentowanych graczy i ambitny trener Dawid Murek to wystarczy, by się utrzymać?
– Wierzę w to zdecydowanie. Po to zresztą to robimy. Mój cel jest taki, żeby wszyscy, którzy będą przyjeżdżać do nas, szykowali się na trudny bój, tak jak to miało miejsce przy Żeromskiego w Sosnowcu. Każdy, kto tam przyjeżdżał, nawet murowany faworyt, mógł stracić punkty. Tak samo może być w Będzinie. My do każdego meczu będziemy wychodzić po to, żeby go wygrać, a nie zdobyć punkt czy seta. To jest nasze założenie.
Rozmawiał Jerzy Mucha
Wszystkie kluby „Arcziego”
Artur Ratajczak, urodzony 18 września 1990 roku w Gostyniu. Wzrost 206 cm, pozycja boiskowa – środkowy. Wychowanek Kani Gostyń, a następnie zawodnik SMS PZPS Spała, Trefla Gdańsk, Ślepska Suwałki (wypożyczenie) i od 2016 roku MKS-u Będzin. W 2015 roku z Lotosem Treflem zdobył Puchar i Superpuchar Polski.
