Nie ma co narzekać

Nie będzie potyczki Magdaleny Fręch z liderką rankingu Aryną Sabalenką. Łodzianka odpadła w 3. rundzie Australian Open, etap wcześniej niż przed rokiem.

Magdalena Fręch opuszcza Melbourne z podniesioną głową. PAP/Marcin Cholewiński

Dwanaście miesięcy temu sensacyjną łodziankę w Melbourne dopiero w 1/8 finału zatrzymała jedna z faworytek, Coco Gauff. To był wówczas życiowy sukces Magdaleny Fręch, pierwszy turniejowy triumf w imprezie WTA przyszedł dopiero we wrześniu, w Guadalajarze. Pod koniec sezonu tenisistka Górnika Bytom przebiła się do Top 30 i w tym roku po raz pierwszy w karierze była rozstawiona w Wielkim Szlemie – z numerem 23.

Walczyły na noże

Powtórzyć wyniku z zeszłego roku jej się nie udało, ale źle też nie było – o co można było mieć obawy po kiepskim początku sezonu i szybkich niepowodzeniach w imprezach w Brisbane i Adelajdzie. W Melbourne Park Polka wygrała jednak dwa pojedynki i dopiero w trzecim, po prawie dwóch godzinach zaciętej przebijanki, musiała uznać wyższość jeszcze wyżej sklasyfikowanej 17-latki Mirry Andriejewej (nr 14), przegrywając 2:6, 6:1, 2:6. Zabrakło nieco „fizyczności”. I to Rosjanka zagra o ćwierćfinał z liderką rankingu i broniącą trofeum Aryną Sabalenką.

- Walczyłyśmy jak na noże, to był bardzo „bliski” mecz - przyznała Fręch w rozmowie z Eurosportem. - Mirra wybierała takie piłki, że sama byłam w ciężkim szoku, bo już naprawdę rozganiałam ją z jednego narożnika w drugi. Ale ostatkiem ręki wyciągała to. A kiedy starałam się wchodzić bliżej, to mnie mijała. Zabrakło może wykończenia dwóch-trzech piłek. Również trochę szczęścia, żeby zagrać w linię, a był mały aut – analizowała Polka.

Niczym ściana

Fręch kiepsko zaczęła spotkanie. Już w swoim pierwszym gemie serwisowym została przełamana, a później zmarnowała dwa break pointy i w efekcie przegrywała 1:4. Odważnie grająca Rosjanka kilkanaście minut później zamknęła partię, ponownie przełamując Polkę. W drugim secie – co już stało się znakiem firmowym łodzianki – nastąpiło jej cudowne odrodzenie, podobne jak to od 0:6 do 6:0 w poprzednim spotkaniu, z Anną Blinkową. Fręch była jak ściana, od której odbijały się niemal wszystkie piłki zagrane przez Andriejewą, a punkty liczyły często ponad 30 uderzeń. Rosjanka nie radziła sobie z frustracją i po jednym z gemów wystrzeliła piłkę w trybuny, za co dostała ostrzeżenie od sędziego. W efekcie podopieczna trenera Andrzeja Kobierskiego - tylko 7 niewymuszonych błędów w secie, Rosjanka aż 19 - szybko objęła prowadzenie 4:0 i pewnie wygrała partię. Choć w dwóch setach rozegrano łącznie tylko 15 gemów, to łącznie trwały 75 minut.

Z podniesioną głową

Niestety, imponującej grą w obronie Fręch z czasem zaczęło dawać się we znaki zmęczenie. W ostatniej partii dotrzymywała kroku rywalce do stanu 2:2. Andriejewa ograniczyła liczbę błędów, które coraz częściej przytrafiały się Polce. Rosjanka wygrała cztery kolejne gemy i mogła się cieszyć z awansu.

Mimo porażki łodzianka jest zadowolona ze swojego występu. - To jest dobry prognostyk na dalszą część sezonu, a to dopiero jego początek. Obroniłam większość punktów z poprzedniej edycji turnieju (łodzianka straci ich 110 z 240 – przyp. red.). Nie będę więc narzekać, bo przyjeżdżałam tutaj z innym nastawieniem. Myślę, że wyjeżdżam z podniesioną głową - podsumowała.

(t)

„Nie mogę się doczekać, aż wejdę na kort i przetestuję swoją grę w starciu z jedną z najlepszych zawodniczek. To będzie dla mnie mecz, względem którego nie będę miała zbyt wielkich oczekiwań. Będę cieszyła się grą w świetnej atmosferze”

Brytyjka Emma Raducanu (61. WTA), która w nocy z piątku na sobotę na Rod Laver Arena rywalizowała o 4. rundę z Igą Świątek


3 MECZE 
i 3 pięciosetówki rozegrał już w tegorocznym AO Jack Draper. 23-letni Brytyjczyk w stosunku 3-2 pokonał Mariano Navone, Australijczyka Thanasi Kokkinakisa i w piątek kolejnego tenisistę gospodarzy Aleksandara Vukica, a na korcie spędził już 12,5 godziny.