Nie grają, bo się boją
Rozmowa z 20-krotnym reprezentantem Polski, byłym piłkarzem i kapitanem Lecha, mistrzem Polski z 2010 roku
Czy – a jeśli tak, to kiedy – piłkarze Lecha złapią odpowiednią dyspozycję? Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus
NA KOLEJKĘ ZAPRASZA BARTOSZ BOSACKI
Dużo mówimy o spłaszczonej tabeli ekstraklasy. Czy tak wyrównany poziom – 14 punktów między pierwszą a ostatnią drużyną – jest dobry dla rozwoju ligi?
– Trudno powiedzieć. To świadczy o tym, że coraz więcej zespołów aspiruje do gry o najwyższe lokaty. Z drugiej strony kluby, które wciąż liczą się w walce o mistrzostwo, mają już pięć, a czasem i więcej porażek. To zastanawiające. Nie wiem, czy nie powinniśmy się cieszyć, że są – na przykład – trzy-cztery drużyny, które są faworytami. Ktoś może oczywiście do nich dołączyć, a tutaj kandydatów nadal jest dużo, mimo że już przekroczyliśmy półmetek.
Z tabeli do pucharów mogą awansować cztery zespoły (a piąty przez Puchar Polski). Teoretycznie możemy wysłać do Europy zestaw: Wisła Płock, Górnik Zabrze, Cracovia, Zagłębie Lubin. Jaka byłaby pana reakcja na taki skład?
– Nikomu niczego nie odbieram. Jeżeli ktoś wywalczył dane miejsce, to nie dzieje się przypadkowo. Nie powiem, że to zespoły bez doświadczenia, ale one nie biją się o czołowe lokaty od ostatnich pięć lat. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej mam świadomość, że z takiej czwórki przynajmniej dwójka nie dowiezie takiego wyniku, jaki mamy obecnie. Nie ma w czubie zespołów, które są w czołówce od lat – mam na myśli Lecha czy Legię. Wielkie zmiany zachodzą w Widzewie, ale on jest... trzeci od końca. Robi się ciekawie, lecz myślę, że drużyny, które skończą na podium, nie powinny mieć tylu porażek, ile mają w tej chwili. Pamiętam, że w zespole, z którym miałem przyjemność zdobywać mistrzostwo, przegraliśmy trzy mecze. Tak więc Lech po dwóch spotkaniach tego roku... nie powinien mieć już szans. Nawet patrząc na inne ligi, widzimy tam dwa-trzy kluby bijące się o tytuł i one mają zupełnie inne statystyki.
Przywołał pan poznański wątek, więc nie mogę nie zapytać o Lecha, który w ostatnich 9 kolejkach wygrał ledwie raz, a mimo tego ma tylko 7 punktów straty do lidera. Abstrahując jednak od tabeli, „rozczarowanie” to chyba najlżejsze słowo, jakim można opisać Kolejorza?
– To bardzo rozczarowujące. Dwa-trzy lata temu śmiałem się, że mamy ligę, w której faworyci nie sprawiają wrażenia, że chcą zdobyć mistrzostwo. Patrząc na Lecha... to chyba tak jest (śmiech). Stracił tyle punktów, a – matematycznie – po trzech zwycięstwach znowu może być w czubie. Pytanie, czy zespół, który ma tyle porażek, zasługuje na to, aby być mistrzem?
Co jest największą bolączką Lecha?
– Mogę i chciałbym się mylić, ale wydaje mi się, że nie ma tam zespołu – a przynajmniej ten, który jest, sprawia wrażenie, że nie każdy za każdego będzie tam „umierał”. Nie widzę boiskowej złości. Ona powoduje, że na murawie jest więcej mobilizacji, ktoś na kogoś krzyknie, ktoś podbiegnie, klepnie po plecach. To wszystko jest takie: „a, nie wyszło, wracamy na swoje pozycje, czekamy”. To takie wyczekiwanie, ostrożność, które powodują, że potencjał nie jest w pełni wykorzystany. Brakuje odwagi na podjęcie decyzji. Potem to wygląda tak, że ktoś może powiedzieć, że zespół jest nieprzygotowany – ale oni nie grają, bo się boją! Nie wydaje mi się, żeby tak doświadczony trener potrafił tak popsuć okres przygotowawczy. Tym bardziej że to nieprzygotowanie powinno wyjść w 10. meczu, a nie w pierwszych dwóch. Pamiętam jednak, że za trenera Franciszka Smudy też początki bywały trudne, a potem odpalaliśmy. Być może nastąpiła jakaś zmiana w trakcie przerwy zimowej i chłopacy potrzebują jeszcze chwili – ale pytanie, czy ją mają. Przed dwoma tegorocznymi meczami można było mówić, że Lech ma jeszcze szanse grać o najwyższe cele, że zacznie zdobywać punkty – ale stracił ich już sześć. To nie jest łatwe. Ja bym się nie zasłaniał przygotowaniami, bardziej chodzi o mental, drużynę. Nie chodzi o to, że każdy ma się tam kochać, ale wychodząc na boisko, wszyscy mają być razem. Tego mi brakuje.
Odzwyczailiśmy się od mroźnych zim, które kiedyś były standardem – w większym i dłuższym wymiarze. Dużo w tym kontekście dyskutujemy o rozgrywaniu meczów ekstraklasy... A jak pan wspomina te mroźne okresy z czasów pana kariery, 20 czy 30 lat temu?
– Przede wszystkim wtedy nie było podgrzewanych muraw i grało się na zmrożonym boisku. Nie było sztucznych nawierzchni, więc trenowało się na śniegu, a jeśli udało się go trochę odgarnąć – to grało się na bardzo twardej trawie. Teraz jest łatwiej, choć obserwowałem mecz Legii, gdzie było widać, że murawa nie jest dobrze przygotowana. Było minus 12 czy 13 stopni i to nie jest nigdy przyjemność tak grać. Przyzwyczailiśmy się do tego, że liga kończy się późno w grudniu, a zaczyna się stosunkowo wcześnie – my kiedyś zaczynaliśmy później z racji tego, że nie było boisk. Niemcy jednak mają taki sam klimat, zaczynają wcześniej, więc... czemu to zmieniać? Obecnie są takie możliwości, że są sztuczne boiska, wymóg podgrzewanych płyt, więc przez pierwsze trzy-cztery kolejki trzeba niestety przyjąć tę temperaturę, choć zdaję sobie sprawę, że to nic komfortowego. Nie chodzi tu tylko o wybieganie treningu czy 90 minut, ale chłopaki są też narażeni na kontuzje.
Rozmawiał Piotr Tubacki
