Nie dali im szans

Legia w drugiej połowie zdominowała pierwszoligowca z Łodzi.

Marc Gual (z lewej) po zmianie stron był nieustannym zagrożeniem dla rywali. Fot. Artur Kraszewski/PressFocus

W częstych w ostatnim okresie sezonach gry poza ekstraklasą jedynym kontaktem ŁKS-u z krajową czołówką były mecze o Puchar Polski. Owszem, udawało się wyeliminować na przykład Cracovię i Śląsk, ale z reguły wygrywali goście z ekstraklasy. Tak jak Legia trzy lata temu, która pokonała ŁKS w Łodzi 3:2. To była honorowa porażka. Tym razem jednak Legia nie dała gospodarzom żadnych szans, a pokonani mogli tylko z pokorą przyjąć tę lekcję.

Drużyna z Warszawy trzyma nie dwie, a aż trzy sroki za ogon – oprócz Pucharu Polski także krajową ligę i Ligę Konferencji. Składem za bardzo rotować się nie da, bo kadra jest szczupła, można natomiast zagrać oszczędnie. Takim podejściem wytłumaczyć można przebieg pierwszej połowy. Zachęcony szansą bramkową w 5 minucie, gdy Gabriel Kobylak wybił piłkę na róg po strzale głową Łukasza Wiecha, ŁKS zdobył terytorialną przewagę. Odważnie rzucił się na rywali pressingiem, często odzyskiwał piłkę na połowie Legii i zmuszał obronę do ciągłej uwagi. „Główka” Wiecha pozostała jedyną szansą na gola, bo obrońcy Legii łodzian w pobliże swojej bramki nie dopuszczali, pozwalając tylko na niegroźne i niecelne strzały z dystansu.

Kiedy Legia zacznie grać? – zastanawiano się w przerwie, bo nie ulegało wątpliwości, że ta przewaga łodzian jest jednak pozorna i wynika w dużym stopniu z ich ambicji pokazania się. Odpowiedź poznaliśmy szybko. Wystarczyło 15 minut podkręcenia  tempa, by Legia strzeliła trzy gole i można było mecz skończyć, a nie czekać do 90 minuty i jeszcze ośmiu doliczonych.

Marc Gual był bezwzględnym katem łódzkiej drużyny. Pierwsza bramka to efekt podania piłki przez Kacpra Chodynę niemal spod środkowej linii, na pole karne. Paweł Wszołek ledwie ją musnął i Aleksander Bobek sobie z tą próbą poradził, ale nie dał rady zatrzymać dobitki Guala. Drugą bramkę Hiszpan zdobył „spod wody”, niemal z zerowego kąta, trafiając po drodze piłką w Kamila Dankowskiego. Ortodoksyjna interpretacja nakazuje uznać taką bramkę za samobójczą, ale swoim przeglądem sytuacji i szybką decyzją Gual zasłużył przynajmniej na „moralny” hat-trick. Trzeci gol to już minięcie w pełnym biegu atakującego go obrońcę i precyzyjny strzał w kierunku dalszego słupka.

Potem były już tylko zmiany, parę kartkowych fauli i dwie przerwy na oddymianie boiska. Mecz zakończył się tak, jak się zaczął – szansą bramkową dla ŁKS. Kobylak czekał na drugą okazję do interwencji niemal 90 minut, ale nie stracił koncentracji i poradził sobie z groźnym strzałem Kelechukwu Ibe-Torti. To był piąty kolejny mecz ŁKS-u bez gola na swoim boisku!

Wojciech Filipiak

Brychczy grał też w ŁKS

Jak wszystkie mecze pucharowe także i ten rozpoczął się od uczczenia pamięci Lucjana Brychczego. Mało kto już pewnie pamięta, że 57 lat temu grał on także w ŁKS! Brychczy i Grotyński z Legii oraz Pieszko (wówczas w Zawiszy) wzmocnili ŁKS podczas tournée po USA latem 1967 roku, a Brychczy strzelił dwa gole w meczu z niemieckim Eintrachtem Brunszwik.