Nic to!
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Miał być drugi polski medal w Mediolanie, a nie ma. Rozczarowani? Zaczekajmy, bo tym razem naprawdę... warto wstrzymać się z rozdzieraniem szat!
Tak, wiem; rzadko podczas zimowych igrzysk olimpijskich zdarza się, że przed startem wierzymy w medal polskiego zawodnika. Przypuszczam, że od Tygodnia Sportów Zimowych w Chamonix zorganizowanego jako pierwsze igrzyska w 1924 roku takie sytuacje można policzyć ledwie na palcach obu rąk. Tak, wiem; tym razem właśnie tak było: wierzyliśmy gorąco w medal polskiego panczenisty Damiana Żurka. Były ku temu przecież solidne podstawy. Startował na 1000 metrów, a w obecnym sezonie stawał na podium w trzech z pięciu startów na tym dystansie. Ostatecznie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata zajął drugie miejsce, co - gdyby przełożyć na podium olimpijskie - oznaczałoby srebrny medal. Wiadomo, że przyjęlibyśmy go z pocałowaniem ręki. Zresztą zawodnik, który zdobył mistrzostwo Europy, sam czuł się mocny. Nie deklarował medalu, deklarował jednak walkę o podium. Aspiracje potwierdzał w kolejnych startach. To już, przyznacie, dużo.
O złocie nie marzył. Czasem zdarzają się żelaźni faworyci, a właściwie platynowi - tak twardzi, tacy nie do zdarcia. W tym przypadku herosem okazał się Amerykanin Jordan Stolz. Ten dzik miał wygrać i wygrał. Nikt nie miał z nim szans. Żurkowi do medalu zabrakło siedmiu setnych sekundy. Podejrzewam, że wbicie kropki przy jakimkolwiek zdaniu tego tekstu trwa dłużej. Panczenista zapewne rozpaczałby, gdyby to była jego jedyna szansa. Musiał być oczywiście mocno rozczarowany. ale zaimponował mi chłodnym podejściem do tematu. Dystans 1000 metrów był bowiem tak naprawdę jedynie przygrywką do biegu o połowę krótszego, który dopiero przed nami. Na chłodno panczenista ocenił, że mogłoby być lepiej, gdyby mógł się z bezpośrednim rywalem pościgać, ale był wyraźnie lepszy, a wtedy jest... trudniej. W kolarstwie szosowym w dwójkę też łatwiej ucieka się przed przed peletonem niż w pojedynkę, nieprawdaż? Czasem o wszystkim decydują detale, tym razem tym istotnym detalem było, że w pewnym momencie musiał odpuścić jedno odbicie, żeby nie zderzyć się płozami (w porównaniu z kolegą z reprezentacji Piotrem Michalskim i tak miał dużo szczęścia). Gdyby mógł się odbić, dość prawdopodobne jest, że ten medal na szyi by mu zawisł.
Fajnie, że Żurek nie rozpacza, nie załamuje rąk, lecz z nadzieją czeka na sobotni wyścig na 500 metrów. Na tym dystansie w tym roku osiągał jeszcze większe sukcesy. Podkreśla, że forma jest topowa, że wystarczy trochę szczęścia, żeby role się odwróciły.... Po wczorajszym starcie wiemy, że nie jest to puszenie się, to nie jest prężenie muskułów. Jest pewny siebie, spokojny, szuka pozytywów w negatywach, zna po prostu własną wartość. To nas, kibiców, może napawać optymizmem. Nie marudzi. Najważniejsze dla niego teraz to dobrze zjeść i się wyspać. Niczym drwal po dniówce, w trakcie której zrąbał dziesięć drzew. Przed następną ciężką dniówką zawsze trzeba zadbać o brzuch i głowę.
Tak może mówić tylko człowiek pewny własnych umiejętności. Dlatego proponuję powiedzieć sobie w myślach kwestię, którą wygłosił kiedyś pan Wołodyjowski do Baśki.
- Nic to!
