Nasz synek!
DZIENNICZEK WOLONTARIUSZEK (2)
Fotka z Kacprem Tomasiakiem, już medalistą olimpijskim - pamiątka na całe życie.
Czy wy to widzicie?! Żywe srebro! Ten Kacperek, który sześć albo siedem lat temu był jednym z dwustu dzieciaków, biorących udział w „orlenach” (czyli organizowanej do dziś serii zawodów Orlen Cup dla najmłodszych), jest wicemistrzem olimpijskim! Skłamałybyśmy, gdybyśmy napisały, że pamiętamy go z konkretnych zawodów – za dużo było tych skrzatów, którym trzeba było wydać numerek czy zaprowadzić do szatni, aby zapamiętać każdego z nich. Ale kiedy oglądałyśmy dekorację zwycięzców, kiedy Maja Włoszczowska wieszała medal na szyi Kacpra, zakręciła nam się łezka w oku, a przez głowę przeleciała myśl: „Nasz synek!”. A on... wcale się tego nie wypierał! Kiedy przechodził koło nas, spojrzał w naszą stronę, uśmiechnął się, posłuchał tych naszych chaotycznych, pełnych emocji zdań o „znajomości” trwającej od lat, a potem chętnie stanął do zdjęcia. Wiem, nie powinniśmy tego robić – przecież wszystkie byłyśmy w pracy, a selfie w takim momencie jest mało profesjonalne. Ale jak tu nie pstryknąć fotki z „syneczkiem”, którego przez kilka lat spotykałyśmy raz-dwa razy w miesiącu na skoczniach w Szczyrku czy Wiśle?
Swoją drogą w weekend poprzedzający rozpoczęcie igrzysk kilka z nas pracowało przy zawodach z cyklu FIS Cup, rozgrywanych właśnie w Szczyrku. Brał w nich udział Konrad, młodszy brat wicemistrza olimpijskiego. Nie, nie wygrał; nawet nie był w nich najlepszym z Polaków. Ale przecież Kacper w jego wieku też niekoniecznie zwyciężał w imprezach tego cyklu. Za to wciąż ma do nich – i do „orlenów” - słabość. 7 stycznia nad ranem wrócił do domu prosto z Turnieju Czterech Skoczni, a już kilka godzin później – niewyspany, ale szczęśliwy – dopingował Konrada w zawodach rozgrywanych na szczyrkowskim „Skalitem”!
I jeszcze anegdotka: już po zawodach, kiedy krótko przed północą wracałyśmy jednym z wolontaryjnych „shuttle busów” do naszych kwater w odległej o 10 km od Predazzo miejscowości Moena, nie mogłyśmy zapanować nad „głupawką”, która nas ogarnęła. No bo przecież jedna z nas była tego wieczoru – w ramach obowiązków – na wieży startowej; trzymając skoczkom narty, gdy wchodzili na kontrolę sprzętu. „Ale byłby czad, gdyby nagle narty Philippa Raimunda same zjechały po rozbiegu... Kacper byłby mistrzem olimpijskim” - rzuciła jedna z nas. Kierowca busa aż przyhamował na jednym z górskich zakrętów, gdy usłyszał gromki wybuch śmiechu w głębi pojazdu!
