Największe szczęście na świecie leży na końskim grzbiecie
Co by mi powiedziały o północy, gdybym wpadła do nich na Wigilię? - Magda zamyśla się na chwilę. Milczenie się przedłuża, trwa... - Chciałabym usłyszeć od nich, że im dobrze ze mną. A ja bym im na pewno wyznała, że jestem z nich bardzo zadowolona!
Chaman przyniósł Magdzie pierwszą wygraną w karierze!
Ze studentką drugiego roku fizjoterapii na katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego, dla której miniony rok na sportowej niwie był najlepszy w życiu, rozmawiamy w zimowej scenerii. W jej dyscyplinie to najczęściej okres krótkiego wyciszenia, opadania sportowych emocji. Tylko o żadnym z „ukochanych” zapomnieć nie można; nawet wtedy, gdy jest ich pięcioro. A „dopieścić” trzeba każdego! Nic dziwnego, że zabiera to naszej bohaterce sporo czasu z pakietu „godzin pozauczelnianych”. Dlatego przydaje się w tym pomoc całego teamu.
„Na karym koniu siedzisz, chmury pękają w słońce wzbijająa ty nie myślisz więcej nic i galopujesz i cwałujesz do nieba...”
- Pierwszy, przed laty, był Otello. A teraz są Colani 70, Satilio, Memphis, Jellieminka i Quincy – nasza rozmówczyni wymienia jednym tchem imiona końskich współtwórców swych sukcesów w minionych miesiącach. Zwłaszcza ten ostatni liczyć może na specjalne względy. - Sama sobie go wypatrzyłam, zakochałam się w nim od pierwszego spojrzenia. To moja perełka – uśmiecha się Magda. A Quincy zapewne odwzajemnia to uczucie i odwdzięcza się jej świetnymi występami na parcourze. To właśnie on poniósł ją do tytułu Mistrzyni Polski Młodych Jeźdźców w skokach przez przeszkody, który Magdalena Kałuża wywalczyła w Jaszkowie.
- Zaskoczona? Może trochę. Bo we wcześniejszych latach forma zawsze dopisywała mi przed mistrzostwami Polski. A w ich trakcie nagle ulatywała – podkreśla bohaterka tej opowieści. Ale – jak już zauważyliśmy – rok 2025 przyniósł przełom w tej niedobrej „tradycji”. Kiedy pytam Magdę o największe sukcesy w sportowej przygodzie, wymienia wyłącznie ubiegłoroczne osiągnięcia. Do wspomnianego zwycięstwa w Jaszkowie dorzuca start we wrześniowym finale Młodzieżowego Pucharu Narodów w belgijskim Lier, a także drugie miejsce w listopadowych zawodach w słowackim Šamorinie (Danube Champions Tour). No i wreszcie udział w grudniowej Perlage Cavaliada Tour w Poznaniu, który idealnie zakończył cały sezon. A to wszystko – ledwie po czterech latach treningów w dyscyplinie, w której zdecydowana większość zawodników pierwsze kroki stawia jako kilkulatkowie. Ale Magda w takim wieku miała zupełnie inne zainteresowania sportowe...
„Mówi się, że życie jest zbyt krótkie, by je poświęcić szachomAle to już wina życia, a nie szachów”
… dużo bardziej „statyczne” - chciałoby się rzec. Uprawiała bowiem (choć to słowo nie brzmi dobrze w tym kontekście) grę w szachy! Prawda, że to dość odległe od siebie dyscypliny? Choć laicy pewnie przywołają potoczną nazwę jednej z szachowych figur (bo „konik” zresztą z wyglądu przypomina konia), tak naprawdę fachowo określa się ją mianem skoczka. - Szachy wymyślili mi rodzice. Zetknęłam się z nimi już w przedszkolu, a potem w Akademii Szachowej Gliwice – opowiada nasza rozmówczyni. Przez kilka ładnych lat nie nużyło ją spędzanie wielu godzin nie tylko przy planszy, ale też nad księgami z szachowymi teoriami i zadaniami do rozwiązania. - Szachy, poza satysfakcją z wygranych partii czy zawodów (m.in. mistrzostw Śląska dzieci do lat 7; do dziś na półce w pokoju stoi kryształowy pucharek za ten sukces – dop. aut.), dały mi też umiejętności przydatne i w szkole, i w sporcie, i w codziennym życiu: myślenie strategiczne, zdolność przewidywania rozwoju wydarzeń, koncentrację na zadaniu – wylicza.
Rysa na obiecującej karierze pojawiła się w wieku 13 lat, a nazywała się „monotonia”. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rówieśnicy właśnie zaczynali umawiać się na pierwsze „imprezy”, a może i randki... - No i te długie godziny siedzenia nad planszą i wspomnianymi księgami zaczęły mi przeszkadzać – nie kryje Magda. - Dziś wciąż lubię sobie zagrać ze znajomymi, a czasem i rzucić okiem na analizę jakiejś partii z meczu o mistrzostwo świata – dodaje. Ale to już tylko chwilowa odskocznia od codzienności. W tejże – jak wiemy – najważniejsze są dziś konie.
- A zwierzaków zawsze wokół mnie było pełno: od psów i kotów, poprzez rybki, aż po... alpaki – śmieje się Magdalena Kałuża. „Koniarą” została jednak trochę z przypadku; od momentu, gdy jej rodzice dostali konia w prezencie. To był właśnie Otello, wymieniony już wcześniej z imienia. Starsza siostra Magdy, Martyna, „mięty” do niego nie poczuła, wolała sportową pasję realizować na nartach. Młodsza z córek państwa Kałużów natomiast łapnęła bakcyla jeździectwa. - Otello miał za sobą przeszłość sportową, więc na początku był dla mnie „za gorący” i za trudny. Czekał na mnie w klubie w Łabędach, ja natomiast pierwsze lekcje jeździectwa miałam w szkółce w Czechowicach. A gdy już do Otella dorosłam, wkrótce doznał on... kontuzji.
„Jeździć konno może się nauczyć każdyale jazda w harmonii z koniem jest sztuką”
Kiedy okazało się, że stadnina w Łabędach już nie gwarantuje naszej bohaterce możliwości rozwoju, rodzice zaczęli dowozić ją do Zbrosławic, do „Prerii Wilkowice”. I to był ten najważniejszy – jak dotąd – moment w jeździeckiej przygodzie Magdy. Oznaczał więcej treningów, więcej startów. Z pierwszym konkursem związana jest zresztą anegdota. - Klacz nazywała się Lady Coco. Mój pierwszy przejazd był udany, bez punktów karnych. Wprawił mnie w taką euforię, że drugi zaczęłam od... ostatniej przeszkody. I mój udział na tym się skończył – śmieje się nasza rozmówczyni.
Była jednak konsekwentna i ambitna, więc już po dwóch latach treningów doczekała się pierwszego zwycięstwa; na koniu o imieniu Chaman. - Wkrótce się rozstaliśmy, bo dał mi już wszystko, co mógł i trafił do nowego właściciela. Wciąż spotykam go jednak na różnych zawodach. Zawsze gdy go widzę, podrzucę mu marchewkę i powspominam tamte chwile.
Słowa „dał mi wszystko, co mógł” wymagają krótkiego wyjaśnienia. Kałuża: - W takiej fazie rozwoju to konie szkolą nas. Doświadczony zwierzak jest naszym „profesorem”. Potrafi przymknąć oczy na błędy początkujących jeźdźców, przeprowadzić ich przez pierwszy etap jeździeckiej przygody.
„Kto bywa na koniu, bywa i pod koniem”
Zwycięstwo na Chamanie dodało nastolatce energii i motywacji do dalszej pracy. Choć oczywiście nie było tak, że zdarzały się wyłącznie przyjemne chwile. Dzisiejsza mistrzyni Polski poznała bardzo dosłownie (i boleśnie) sens porzekadła „upadek z wysokiego konia”. - To prawda... Kości miałam twarde, więc poważniejszych urazów nie było, ale w pewnym okresie właściwie na każdych zawodach przynajmniej raz lądowałam na ziemi. Słyszałam nawet przydomek, jaki nadano mi wtedy w środowisku: „Królowa spadania”. Brak mi było techniki i doświadczenia – ważny okres w karierze, mocno się spiąć, więcej trenować. Ale ten czas i ten incydenty były dla mnie ważne: wpłynęły pozytywnie na moją motywację i ambicję. Mocno się spięłam, by się tego przydomka pozbyć! - podkreśla Magda.
Efekt rzeczywiście był budujący: kolejne treningi pod okiem Klaudii Rajtar-Wojciechowskiej (- Zawdzięczam jej wszystkie dotychczasowe sukcesy – mówi Magda) pozwoliły naszej rozmówczyni osiągnąć w minionym roku opisane już na wstępie rezultaty. - Aż mi żal, że w połowie grudnia sezon się skończył – wzdycha. Choć to właśnie w 2025 zdarzył się jej najgroźniejszy w całej karierze wypadek. Tym razem jej bliskie zetknięcie z twardym podłożem było wynikiem nie wysadzenia z siodła, a upadku wierzchowca na jednej z przeszkód. - Doznałam bardzo głębokiego rozcięcia wargi od wewnątrz. Wymagało szycia. Ale zanim trafiłam na SOR, przejechałam parcour jeszcze trzykrotnie, na dwóch różnych koniach. A do szpitala – mimo słów taty: „Dobrze było” - jechałam zła, bo czwarte miejsce oznaczało dla mnie duży niedosyt!
„Szable w dłoń i na koń!”
Co będzie dalej w tak ładnie rozwijającej się przygodzie z jeździectwem? Pytamy o „świętego Graala” w tej dyscyplinie. Magda: - Po pierwsze: igrzyska olimpijskie. Po drugie: zawodowstwo – odpowiada krótko. W obu tych przypadkach o polskich sukcesach (wyjąwszy oczywiście triumf Jana Kowalczyka w Moskwie w 1980) trudno mówić. Czy ambitna studentka AWF-u zdoła któryś z tych celów osiągnąć?
Dariusz Leśnikowski
zdjęcia: archiwum Magdaleny Kałuży
Jeszcze jedno zdjęcie z mistrzowskiej imprezy w Jaszkowie - Magda i Quincy, który poniósł ją po złoto
Moja perełka - mówi Magda o Quincym
Magda Kałuża Team. Od lewej - tata Zbignie, trenerka Klaudia Rajtar-Wojciechowska trenerka, luzaczka Agata Kowalczyk
Wielka radość po udanym starcie w Lier w finale Pucharu Narodów
Czar starych kadrów - pierwsza przejażdża konna Magdy, półtorej dekady wstecz
