Najpiękniejsza historia

Po 17 latach od jedynej wygranej w Grand Prix Formuły 1 Robert Kubica triumfował w prestiżowym, 24-godzinnym wyścigu w Le Mans.

Robert Kubica (z lewej) poprowadził zespół AF Corse do zwycięstwa w Le Mans. Fot. PAP/EPA

Wygrana w 24-godzinnym wyścigu Le Mans jest marzeniem dla wielu kierowców. To niezwykłe wydarzenie, które jest kulminacyjnym momentem sezonu FIA World Endurance Championship. Przez 24 godziny wybitni sportowcy jeżdżą po torze Circuit de la Carthe w drużynach trzyosobowych. Zmieniają się za kierownicą, próbując pokonać jak najwięcej okrążeń w jak najkrótszym czasie. Wiąże się to z niemałym wysiłkiem, ale też z ogromnym prestiżem zawodów. Rywalizuje się w trzech kategoriach wyścigowych, spośród których najważniejsza jest kategoria Hypercar. To właśnie w niej w miniony weekend rywalizował Robert Kubica, najwybitniejszy kierowca wyścigowy w historii Polski. 40-latek wsiadł do Ferrari stajni AF Corse. Ten wielki zespół wystawia dwa fabryczne samochody Ferrari i jeden „niefabryczny”, który technicznie niczym nie różni się od pozostałych. Różni je tylko malowanie i brak „Ferrari” w nazwie. W tym trzecim samochodzie rywalizował Polak, współpracując z Brytyjczykiem Philipem Hansonem oraz Chińczykiem Yifeiem Ye. Interkontynentalna trójka w pełni wykorzystała zalety bardzo szybkiego samochodu i wygrała Le Mans. Dla Roberta Kubicy to jeden z najważniejszych sukcesów sportowych w życiu. Gdy wielu już go skreślało, gdy wielu o nim zapomniało, on po raz kolejny pokazał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Przekroczył metę

Wszystkie samochody Ferrari słabo poradziły sobie w kwalifikacjach. Rywale podejrzewali, że to zasłona dymna przed wyścigiem. I tak rzeczywiście było, bo włoskie auta po starcie szybko zaczęły przedostawać się na czoło stawki. Ekipa Roberta Kubicy startowała z 12. pozycji. Polak odegrał kluczową rolę w walce o zwycięstwo. Wsiadł do samochodu jako drugi z zespołu i przebił się na sam szczyt klasyfikacji. 

Problem pojawił się z czasem, gdy „góra” zaczęła mieszać się w wyścig. Zespół AF Corse chciał, aby to zespół fabryczny wygrał, więc Robert Kubica dostał instrukcje, aby trzymać się za Antonio Giovinazzim w fabrycznym samochodzie. Faworyzowana ekipa sama się wypisała z pościgu po pierwszą pozycję, bo… wpakowała się w żwir przy wjeździe do alei serwisowej. Takich błędów nie popełniała drużyna Kubicy, która objęła prowadzenie i utrzymała je do końca. 

Kubica na koniec przez ponad trzy godziny siedział za kierownicą i to on przekroczył linię mety po upływie 24 godzin na torze. To właśnie Polak zakończył wyścig, gwarantując swojej drużynie nieprawdopodobny sukces. 

- To były długie i trudne 24 godziny, ale zrobiliśmy wszystko, by wygrać. Byliśmy skupieni, skoncentrowani, jestem dumny z pracy swojej, moich kolegów, całego zespołu Ferrari. Wykonaliśmy świetną robotę... Nie było łatwo, ale zasłużyliśmy na to, choć było kilka błędów, których nie mogliśmy uniknąć, ale taki jest właśnie Le Mans – powiedział na antenie Eurosportu zaraz po zakończeniu rywalizacji Kubica, który wcześniej w tym prestiżowym wyścigu startował w niższej kategorii LMP2. W 2023 roku zajął drugie miejsce. Teraz, będąc za kierownicą Ferrari, nie miał sobie równych.

Wielki talent

Wygrana w Le Mans potwierdza, jak wybitnym sportowcem jest Robert Kubica. Historia jego kariery jest niebanalna. Na każdym kroku Polak udowadnia, jak wielkim talentem jest obdarzony. Gdy zaczynał przygodę z wyścigami w kartingu, nie miał najszybszej maszyny. Musiał rywalizować z zawodnikami, którzy mieli wsparcie finansowe, na które on nie mógł liczyć. Mimo wszystko był jednym z najlepszych w swojej kategorii wiekowej. Z czasem trafił do Formuły Renault 3000, następnie do Formuły 3 i do Formuły Renault 3,5. W 2005 roku został mistrzem tych ostatnich zmagań, dzięki czemu w 2006 roku dostał szansę występu w Formule 1. W zespole BMW Sauber zastąpił kontuzjowanego Jacquesa Villeneuve’a. Po debiucie w GP Węgier dokończył sezon, w którym raz, w GP Włoch, znalazł się na najniższym stopniu podium. Niemiecki zespół nie zmarnował okazji, żeby wykorzystać talent Kubicy. W Sauberze jeździł do końca 2009 roku.

Kanadyjskie historie

Jego historia w F1 jest nieprawdopodobna. W 2007 roku ani razu nie stanął na podium, ale kilkukrotnie pokazywał duże umiejętności. Trzy razy był czwarty. Sezon ten zapamiętany zostanie jednak przez jego wypadek w Kanadzie. Stracił kontrolę nad pojazdem i bolid koziołkował przez kilkaset metrów. Zdarzenie było przerażające, ale Kubica wyszedł z niego praktycznie bez szwanku. Co jednak ważniejsze, rok później wrócił do Kanady i… zajął tam pierwsze miejsce. To jedyne Grand Prix, w którym Polak wszedł na najwyższy stopień podium. Wielu ekspertów twierdzi, że gdyby Sauber nie zdecydował się przekreślić tego sezonu, zaprzestając pracować nad rozwojem bolidu (miało to pozytywnie wpłynąć na przyszłość zespołu), Kubica walczyłby o mistrzostwo świata. Ostatecznie zajął 4. miejsce.

Wypadek

W 2010 roku przeniósł się do Renault. Znów zaprezentował się jako niezwykły kierowca o niebanalnych umiejętnościach. Na torze czuł się jak ryba w wodzie i zauważyło to szefostwo Ferrari. Polak w 2012 roku miał dołączyć do włoskiej stajni. Miał na stałe przebić się na szczyt Formuły 1. Plan ten zapewne by wypalił, gdyby nie straszny wypadek. W ramach przygotowań do sezonu 2011 Robert Kubica wziął udział w rajdzie Ronde di Andora, jadąc Skodą Fabią. Przez śliską nawierzchnię i wystający korzeń drzewa Kubica stracił panowanie nad pojazdem i wpadł w barierkę bezpieczeństwa, która przebiła się przez karoserię samochodu do jego wnętrza. Przygniotła kierowcę, który jak najszybciej został przetransportowany do szpitala. Praktycznie cała prawa część jego ciała została uszkodzona. Musiał przejść przez kilkanaście poważnych operacji, żeby wrócić do zdrowia. W najgorszym stanie była prawa ręka, której nie udało przywrócić się do pełni sprawności. Pozostały blizny, a w dłoni nie odzyskał pełnego zakresu ruchów. Pomimo tego nigdy się nie poddał.

Powrót do F1

Wrócił do rajdów. W 2013 roku wygrał zmagania w WRC-2. Brał też udział w rajdach WRC. Dzięki dobrym wynikom znów znalazł się w kręgu zainteresowań teamów F1. Pomocną dłoń wyciągnęło do niego Renault. Tam przez moment był kierowcą testowym. Później trafił do Williamsa. Początkowo był rezerwowym, aż w końcu w 2019 roku osiągnął coś nieprawdopodobnego – biorąc pod uwagę straszny wypadek z 2011 roku – i stał się głównym kierowcą w brytyjskiej drużynie. Problem w tym, że Williams był po prostu słaby i nawet George Russell, który wówczas był kolegą zespołowym Kubicy, a aktualnie jest kierowcą wielkiego Mercedesa, nie zdobył choćby punktu przez cały sezon. Polak raz dojechał na punktowej pozycji. Z F1 jeszcze wtedy nie zrezygnował, bo stał się rezerwowym w Alfie Romeo. W tym bolidzie nawet dwukrotnie wziął udział w GP, ale ostatecznie stwierdził, że przenosi się do wyścigów długodystansowych.

Nie ma przypadków

I tak właśnie dotarliśmy do momentu, w którym Robert Kubica wygrał 24-godzinny wyścig Le Mans. Stało się to w czerwcu, w tym samym miesiącu, w którym po raz pierwszy i jedyny wygrał Grand Prix Formuły 1 w Kanadzie. Ponad 14 lat po tym, jak wydawało się, że już nigdy nie wróci za kierownicę. Osiągnął coś, co udało się naprawdę niewielu – wygrał Grand Prix Formuły 1 i wygrał Le Mans. Ta sztuka przed laty udała się m.in. Fernando Alonso, dobremu koledze Kubicy. Teraz obaj są jedynymi kierowcami, którzy osiągnęli to w XXI wieku. Hiszpan po zwycięstwie Polaka szczerze pogratulował mu w mediach społecznościowych. To swoją drogą ciekawa symbolika zwycięstwa Kubicy – gdyby nie wypadek, jeździłby w Ferrari jako partner Alonso. Symboli zresztą jest więcej, bo przecież właśnie w samochodzie marki Ferrari wygrał Le Mans. Ponoć nic nie dzieje się przez przypadek.

Kacper Janoszka

Gdziekolwiek jest Robert Kubica, tam też są jego wierni kibice. Fot.  IMAGO/PressFocus