Najdłuższy dzień w życiu

ZAPISKI AMERYKAŃSKIE (1)

Jazda po Nowym Jorku to największe wyzwanie. Fot. Michał Zichlarz

To był faktycznie najdłuższy dzień w życiu. Trwał ponad 24 godziny. Wszystko oczywiście przez zmianę czasu. Kiedy w Stanach jest poranek, to u nas już popołudnie. Mecz Francja – Senegal rozegrano na MetLife Stadium o godzinie 15.00 tutejszego czasu. U nas był już wieczór.

Sam przyjazd do miejsca zakwaterowania, a mieszkam na Queens w Nowym Jorku, zajął godziny, bo raz, że straszna odprawa paszportowa (o tym na stronie 4), a dwa kłopot z ogarnięciem miejsca swojego pobytu. AirTrain za 8.95 $ z lotniska JFK do miasta, potem metro, a potem miał być autobus Q58, ale takiego nie znalazłem. Wsiadłem – za podpowiedzią – do innego i kłopot, bo jechał w zupełnie inne miejsce. No ale dobra, do mieszkania dotarłem już następnego dnia po wyjeździe z domu w Polsce. U nas był już wtorek, po północy, tutaj wciąż jasno, ciepło, przyjemnie, bo było po 19.00.   

Jak tutaj jest? Największy problem to transport i odległości. Mieszkam w Nowym Jorku, ale sama wyprawa na leżący już w innym stanie, bo w New Jersey w East Rutherford, MetLife Stadium, to kawał drogi. Najpierw autobus Q59 – przejazd za trzy dolary potem metro i pod „Even Hotel” już na Manhattanie, w centrum miasta, nieopodal Empire State Bulding, jednej z wizytówek Nowego Jorku, wysokiego na (jak się tutaj podaje) 1250 stóp budynku, czyli na 380 metrów. Po ataku na wieże World Trade Center w 2001 to ponownie najwyższy budynek w mieście.

Spod media hotelu, gdzie zakwaterowanych jest część dziennikarzy, a gdzie ceny wysokie, wyjazd autobusem dla dziennikarzy na stadion MetLife. Na szczęście za darmo. Miał według rozkładu pojechać o 10.00, ale wyjeżdża wcześniej, bo jest full. I dobrze, bo ruch już o tej porze dnia spory, szczególnie w kierunku Manhattanu. Na miejscu załatwiam akredytację, wszystko trwa szybko i sprawnie, a Kolumbijczyk,który asystuje we wszystkich czynnościach, mówi po polsku: „dzień dobry”, „jak się masz” (miał dziewczynę Polkę, Agnieszkę, jak tłumaczy z uśmiechem). Ściska kciuki za swoich rodaków i wierzy, że w grupie K jego Los Cafeteros skończą co najmniej na drugim miejscu.

Odbieram akredytację i melduję się na swoim pierwszym meczu mistrzostw Francja – Senegal. Dziennikarzy nie tylko z tych dwóch krajów mnóstwo. Na ponad trzy godziny przed spotkaniem duże centrum prasowe jest już wypełnione po brzegi. Spotykam Bakary'ego Diakite, znajomego z Mali, pracuje dla Les Echos, którego w zasadzie spotykam na każdej imprezie, na której jestem, bo był i w Rosji na MŚ, i w Katarze, nie mówiąc już o Pucharach Narodów Afryki. Międzynarodowe towarzystwo, ale takie jest przecież na każdym mundialu, a tym bardziej teraz, kiedy uczestniczy w nim aż 48 reprezentacji, a liczba akredytowanych żurnalistów, fotoreporterów oraz ludzi mediów to rekordowa liczba, bo aż 16 tysięcy!

Michał Zichlarz

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się