Nagroda za uratowanie pucharów
Klub spod Jasnej Góry ogłosił decyzję w sprawie trenera. Nadal prowadził go będzie Dawid Kroczek.
Poprowadzenie Rakowa w kolejnym sezonie będzie największym wyzwaniem w karierze Dawida Kroczka. Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus
Czasami w życiu jest tak, że spotykamy kogoś w najgorszym możliwym momencie. Spotkanie w każdej innej konfiguracji i czasie zapewne przyniosłoby ogrom pomyślności i szczęścia, ale akurat nie „teraz”. Bo teraz ktoś nie był gotowy, nie miał argumentów, choć bardzo chciał i w gruncie rzeczy (z wzajemnością) o tym marzył. Ten wzniosły wstęp jest oczywiście o nieszczęśliwej „miłości” Łukasza Tomczyka i Rakowa. Historii, która w założeniu wyglądała na filmowo wyreżyserowaną, ale w świecie futbolu nie mogła się udać w tym momencie. Raków miał wielkie oczekiwania i ambicje, a trener był jeszcze żółtodziobem – bez doświadczenia, odpowiedniej charyzmy i kompetencji miękkich – mówiąc wprost szatnia Rakowa go przerosła i wypluła.
Zdany egzamin
Po przegranym finale Pucharu Polski (0:2) Michał Świerczewski doszedł do wniosku, że ten projekt nie tylko nie obroni się długofalowo, ale może skończyć się totalną katastrofą bieżącą, czyli miejscem poza pucharami. Dymisja na cztery kolejki przed końcem i sięgnięcie po Dawida Kroczka to nie był tylko impuls dla drużyny, wyraz frustracji na coś, co nie działa. To była pragmatyczna próba ratowania „czego się da”. I Kroczek to uratował. Przed ostatnią serią gier zapewnił Rakowowi pewność kontynuacji gry w Europie w kolejnym sezonie. Skończyło się „tylko” na Lidze Konferencji, ale w tamtym momencie trzeba to było docenić. Kroczek wygrał trzy z czterech spotkań (średnia 2,25 pkt). Przegrał najważniejszy mecz z Jagiellonią (0:2), ale to w nim Raków pokazał jedno ze swoich najlepszych oblicz, grając ofensywie, oddając... 25 strzałów na bramkę przeciwnika. W tamtym meczu z całą mocą dała o sobie znać największa zmora Częstochowian w tym sezonie, czyli nieskuteczność. To jednak ten element piłkarskiego rzemiosła na który trener ma najmniejszy wpływ.
Kroczek w bardzo krótkim czasie nie tylko poprawił grę drużyny oraz wyniki, ale również zbudował zawodników wydawało się – już spisanych na straty. Mowa przede wszystkim o Marko Bulacie, który przez większość rundy wiosennej grał koszmarnie, a obecność na boisku zawdzięczał jedynie kontuzji Karola Struskiego oraz niegotowemu do gry jeszcze przez 90 minut po zerwaniu ACL (więzadło krzyżowe przednie) Władysławowi Koczerginowi. Końcówkę sezonu miał jednak piorunującą – z Arką (3:0) zaliczył wyjątkowej urody bramkę oraz asystę piętą, a jak mówi przysłowie – jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Przy Kroczku zdecydowanie lepiej grali również Jean Carlos, Michael Ameyaw czy Adriano Amorim. Nowy szkoleniowiec zmienił również narrację podczas konferencji prasowych, wiele spraw zaczął nazywać po imieniu, ale co chyba jeszcze ważniejsze - biła od niego pewność siebie, czyli coś czego przede wszystkim brakowało Tomczykowi.
„Wymarzony trener się nie pojawił”
Wszystkie te argumenty okazały się przekonujące dla Świerczewskiego, który postanowił, że powierzy mu zadanie poprowadzenia Rakowa również w kolejnym sezonie. - Czy to dobra decyzja, to się dopiero okaże, ale uważam że słuszna – ocenia pozostawienie Kroczka zapytany przez nas były gracz Rakowa, Robert Załęski. - Nie jestem zwolennikiem zbyt częstych zmian trenerów. Jeśli już powierzono mu tą misję, to zwalnianie go po czterech meczach byłoby bez sensu. Teraz przed nim zadanie zbudowania zespołu, wyrobienia odpowiednich relacji, bo od tego bardzo dużo zależy. Według mnie dobrze się stało. Dobrze i szybko wkomponował się w tę szatnię. Wyniki go obroniły, a teraz dostanie szansę nieco spokojniejszego popracowania. Wydaje mi się również, że ta decyzja podyktowana jest tym, że właściciel nie znalazł swojego wymarzonego trenera na szybko. U niego proces rekrutacji nie trwa tydzień, a tu czasu na taki proces nie było – komentuje nasz rozmówca. Od Kroczka w Rakowie wymagać będą nie tylko skutecznego punktowania, ale i efektownej, ofensywnej gry.
Mariusz Rajek
