Nadzieje na mocnych podstawach
W środę rano ludzi jadących z Widzewa do śródmieścia Łodzi witał koło stadionu baner z napisem „Uczynimy Widzew znów wielkim”!
Kibice Widzewa niezmiennie wierzą, że wrócą dla klubu złote czasy. Fot. Mateusz Porzucek/PressFocus
Stary skrót, nowy klub
Rok 2000 kończył jednak nie tylko XX wiek, ale i widzewską „złotą erę”. Klub zaczął szybko się staczać, aż doszło do upadłości. Próby odrodzenia, podejmowane przez kolejnych właścicieli, okazały się nieudane, aż wreszcie w 2015 roku drużyna nie dokończyła rozgrywek, a klub nie wystąpił w ogóle o licencję na następny sezon.
Powstało wtedy nowe stowarzyszenie ze starym, nieaktualnym już, skrótem RTS (Robotnicze Towarzystwo Sportowe), ale z nowym jego rozwinięciem – Reaktywacja Tradycji Sportowych. Uratowano historię i tradycję, drużyna mozolnie odzyskiwała miejsce w wyższych klasach, aż wróciła do ekstraklasy. Ostatnie cztery lata to okres rządów Tomasza Stamirowskiego, łódzkiego biznesmena, wcześniej wyczynowego biegacza przez płotki, potem wielkiego i „nieuleczalnego” kibica Widzewa, posiadacza nie tylko sky-boksa na stadionie, ale i karnetu dla siebie i dla brata na widowni.
Zawsze wyżej niż ŁKS
Zmiana właściciela w klubach piłkarskich odbywa się zwykle wtedy, gdy katastrofa sportowa i finansowa jest nieunikniona. Tutaj jednak sytuacja jest inna: Stamirowski uznał, że jego możliwości się wyczerpały, ale oddaje spółkę w bardzo dobrej sytuacji. Widzew jest jednym z trzech klubów ekstraklasy, który notuje rok po roku zysk i nie musi się oglądać na żadne ratunkowe dotacje i pożyczki. Ma również swoje kibicowskie sukcesy. – Przywróciłem Widzewowi właściwe miejsce w piłkarskiej hierarchii w mieście, bo w minionych czterech latach Widzew był zawsze wyżej niż ŁKS. Z czterech meczów derbowych Widzew wygrał trzy i jeden zremisował, no i jeszcze udało się po kilkunastu latach wygrać z Legią – mówił.
W środę rano ludzi jadących z Widzewa do śródmieścia Łodzi witał koło stadionu baner z napisem „Uczynimy Widzew znów wielkim”. To nic, że po angielsku – nadzieje związane z nowym „większościowym udziałowcem”, a mówiąc prościej – właścicielem, są dla każdego zrozumiałe. Został nim Robert Dobrzycki, biznesmen nie tylko polskiej, ale i światowej ekstraklasy, właściciel firmy Panattoni. Odkupił on od Stamirowskiego część akcji i dokapitalizował spółkę, przez co ma teraz 70 procent udziałów, podczas gdy Stamirowski pozostawił sobie 20 procent, a pozostałe 10 jest w posiadaniu stowarzyszenia RTS. Skrót ten tym samym zyskał nieoficjalne, ale wiernie oddające strukturę spółki rozwinięcie: Robert-Tomek-Stowarzyszenie.
Robert Dobrzycki jest na tyle doświadczonym biznesmenem, że nie podejmuje decyzji pod wpływem chwilowego impulsu. Już od pewnego czasu angażował się we wspieranie klubowej akademii, jego firma była poważnym sponsorem poprzez reklamy na koszulkach meczowych, wspiera rozbudowę bazy treningowej. Pertraktacje w sprawie przejęcia zarządzania klubem trwały kilka miesięcy i niewiele było wiadomo o szczegółach. Teraz będzie głównym decydentem. – Chętnie zamienię te swoje akcje na kolejne trofeum w klubowej gablocie – mówił w pożegnalnym wystąpieniu Tomasz Stamirowski, który nadal będzie się angażował w kierowanie klubem, ale w mniejszym zakresie.
Okno szeroko otwarte
Szumnych zapowiedzi typu „Liga Mistrzów za trzy lata” nie było, a obaj wspólnicy zapowiedzieli zresztą, że „deszczu pieniędzy nie będzie”. – Plan na ten sezon, czyli utrzymanie się w ekstraklasie, jest już bliski realizacji. Wzmocnień można spodziewać się latem i nie będzie to skromne okienko transferowe, a szeroko otwarte okno, jak zapowiedział nowy właściciel.
Minie niedługo 30 lat od sukcesów końca lat dziewięćdziesiątych. Tamten okres może być inspiracją dla obecnych władz i pokazać drogę do sukcesu, ale i ostrzeżeniem, czego nie robić, by nie doprowadzić do upadku. Na szczęście mamy dzisiaj inne biznesy i innych biznesmenów niż w tych pierwszych latach polskiego kapitalizmu.
Wojciech Filipiak
